…to jest to, co mnie zawsze cieszy…ci, którzy mnie znają, wiedzą, że brazylijskie składanki, czy latynoskie ogólnie, to to, co uwielbiam…Z podróży do Rzymu przywiozłam sobie dwie płyty , składanki o miłym tytule "Brazilia the very best of the new Brasilian sound" składające się na płyty Up Tempo i Down Tempo…
Dlatego być może zainteresowała mnie ta płyta, czyli Fiesta Samba , którą udało mi się nabyć po więcej, niż przyzwoitej, cenie, a uważam, że jest ciekawa. Jak to mówił Czesio z Włatców , smakowa;)
Ciekawa składanka, na której, uwaga, uwaga, znalazło się miejsce nawet na piosenkę w rytmie latynoskim śpiewaną po japońsku! Mam na myśli piosenkę pod tytułem "Yume", którą śpiewa Akari Rokumoto. Baaardzo ciekawe połączenie. Od razu, kiedy ją usłyszałam, wiedziałam, to śpiewa Japonka. Jest w niej klimat Japanese-pop, którą czasem sobie słucham…
Jak na coś, co kupiłam trochę w ciemno, skuszona niską ceną, muszę przyznać, że płyta mnie nie zawiodła. A nawet poprawia ostatnie nastroje…
Latynoskie rytmy to jest to!
z lepszych wieści;)
…cofnięto zakaz wstępu do lasu, co oznacza, że mniej więcej wiem, gdzie będziemy spacerować w weekend;))
Już się nie możemy doczekać, super;0)
Londyn, Oxford i…
…laleczka do kolekcji;)
Niezawodna Maga-mara zrobiła mi niespodziankę i znowu zaskoczyła (miło;) dwiema pocztówkami , tym razem z Oxfordu i z Tower Bridge z Londynu.
Oxford podziwiam bowiem na pocztówce jest przedstawiona jego panorama. Sama Maga-mara napisała, że jest tam sporo terenów zielonych, która nadają się na spacery. Co faktycznie widać. Pocztówka londyńska spodobała by się Monoli, bowiem dominują w niej jej ulubione pocztówkowe barwy, taka sepia właściwie…
Nie byłam w Londynie, jakoś się dotąd nie złożyło, ale myślę, że kiedyś będę i sama zobaczę to miasto. Spodobało mi się wyrażenie Magi-mary, która wyraziła się o Londynie, że "tym bardziej go lubi, że nie musi w nim mieszkać". Ja odczuwam podobnie, kiedy przebywam w centrum Warszawy, zdecydowanie przyzwyczaiłam się do życia na naszej "wsi":)
Regina zaś przysłała kolejną laleczkę do mojej kokeshowej kolekcji. Laleczka co prawda nie jest kokeshi, raczej luźną wariacją na temat, ale bardzo jest ładna i dziękuję Wam dziewczyny za pamięć i przesyłki;)
głupia sprawa…
…ale od paru dni mam nastrój wujkostaszkowy. To oznacza, że w większości przypadków na pewne teksty i ogólnie mam ochotę posłać pozdrowienie Wujka Staszka Mistrza Ciętej Riposty. Hmmm…..
Ateny ponownie…
…zawitały do mojej skrzynki, tym razem na pocztówce Akropol . Od tej samej znajomej, co poprzednio. Jak Wiecie, tego miasta dotąd nie odwiedziłam, ale kiedyś-muszę…Wiem, co się o Atenach opowiada, że tłok, że smog itd, ale i tak kuszą.
Z tego typu klimatów, to jakiś czas temu dotarła też kartka z Cypru od Shyja, dziękuję. Cieszę się, że urlop się udał. Jak mogo być inaczej?
Otrzymałam też miłą przesylkę od Froginthefogg. Oprócz pocztówki z Białegostoku, parę zdjęć z okolic, w których mieszka. Ciekawy to sposób na pokazanie komuś swojej okolicy. Dziękuję za ten pomysł;)
Chiny zaś pojawiły się u mnie a to za sprawą pocztówki od Monoli, która właśnie w tym kraju spędziła ostatnie trzy tygodnie. Na pocztówce jest Stare Miasto w Lijiang, które, muszę przyznać, robi wrażenie. Kartka, oczywiście, w tak lubianym przez Monoli, jeśli chodzi o pocztówki, kontraście biało-czarnym;)
Judytta podesłała mi książkę , o której na forach i blogach widzę, że panują tak zwane totalnie rozbieżne opinie, a mówię tu o "Powiedział mi wróżbita" . Jak tak czytałam opinie czytelników, jednych ta książka porwała i dała to, czego się po tego typu lekturze spodziewali, innych odrzuciła. Pozytywną opinię czytałam w komentarzach pod recenzją u Prowincjonalnej_nauczycielki gdzie wypowiedział się ktoś, który jak sam stwierdził, zanurzony jest w ezoterycznym widzeniu świata. Ja w czymś takim nie siedzę, dlatego trochę się obawiam, jak też odbiorę tę książkę. No nic, zobaczę, przecież nie ma musu, żebym przez nią przebrnęła, jak się nie będzie podobać. Tym bardziej, że jak wspomniałam, opinie o książce są raczej skrajne, Zosikowi się niezbyt podobała.
Za pamięć i przesyłki wielkie dzięki;)
„Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”. Eduardo Mendoza.
Wydawnictwo Znak, 2009.
Ale się uśmiałam nad tą książką. Parę lat temu znakomicie humor poprawiła mi czytana w czasie wakacyjnym trylogia kryminalna z wielkim przymrużeniem oka w stronę samego gatunku kryminalnego, czyli "Sekret hiszpańskiej pensjonarki", "Oliwkowy labirynt" i "Przygoda fryzjera damskiego". Czułam, że "Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa" będzie czymś w tamtym klimacie i stylu , kiedy tylko pojawiły się pierwsze zapowiedzi książki i kiedy czytałam opinie na książkowych blogach i …nie zawiodłam się.
Zauważyłam, że ci, którym się trylogia nie podobała, chyba trochę zbyt serio podeszli do książek. A te jego książki, to naprawdę wielki uśmiech w stronę czytelnika. Eduardo Mendoza bowiem bawi się zarówno gatunkami (wątki kryminalne w jego książkach są przerysowane, często karykaturalne, budzące raczej śmiech, niż grozę), jak i bawi się samym czytelnikiem co i rusz zaskakując go czy to grą słowną , czy zabawnym skojarzeniem. Mnie się to podoba, mnie to pasuje, ja zdecydowanie lubię być zaproszona go takiej literackiej zabawy , która w dodatku budzi u mnie wybuchy śmiechu co miało miejsce zarówno podczas lektury wyżej wspomnianej trylogii jak i właśnie książki, o której piszę w niniejszym wpisie.
W "Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa" poznajemy rzymskiego patrycjusza, który to uprawiając raczej zdecydowanie hobbystycznie filozofię przemierza wschodnie ziemie w poszukiwaniu źródeł o niezwykłych właściwościach. Jedyne, co go spotyka po zakosztowaniu wody ze źródeł, to nieustanna biegunka i kłopoty gastryczne, niemniej jednak wciąż próbuje. Trafia do Ziemi Świętej, gdzie zbiegiem okoliczności spotyka dwunastoletniego chłopca o imieniu Jezus. To Jezus zwraca się do Pomponiusza Flatusa z prośbą. Oto jego ojciec , Józef, cieśla, zostaje oskarżony o zamordowanie pewnego bogacza. Jezus wierzy w niewinność swego ojca i zamawia u Flatusa ni mniej ni więcej a usługę detektywistyczną. I tak oto Pomponiusz Flatus początkowo niechętny , godzi się dowieść, że Józef jest niewinny.
Co zaowocuje rozmaitymi przygodami i barwnymi zwrotami akcji.
Co mi przeszkadzało podczas lektury, to fakt zmienności czasów, a to opowieść snuta była w czasie teraźniejszym a to w przeszłym, jakoś mi to nie grało.
Niemniej jednak to jedyne, do czego się mogę przyczepić.
Uśmiałam się, ubawiłam, tego mi było trzeba podczas lektury. Polecam.
„Manikiur dla nieboszczyka”. Daria Doncowa.
Aż strach się bać, co teraz znajdę w statystykach, to znaczy wejścia z jakim hasłem, po takim wpisanym w blog tytule…
No nic, co robić, taki tytuł książki wydanej w Wydawnictwie Videograf II (2009).
Ucieszyłam się, kiedy na Forum Kryminały i Sensacje została polecona najnowsza na naszym rynku książka Doncowej.
Przed paru laty wyszło kilka jej książek, ale potem zrobiła się nagle cisza i nic.
Ustalmy jedno. Doncowa, to zapewne nie ta sama wysoka półka , co Marinina czy nawet Polakowa. Ale szczerze? Mnie to nie przeszkadza. Może intryga kryminalna czasem nie jest niesamowicie wyśrubowana (chociaż akurat w przypadku tej książki podobała mi się),ale to, co powoduje, że je lubię, to poczucie humoru i ciepło, z jakim traktuje swoich własnych bohaterków autorka. Bo to wcale nie jest tak łatwo, pisać o kimś i go lubić. A Doncowa zdaje się lubić postaci, które tworzy na kartach swoich kryminałów. Może nie są to chodzące ideały, może czasem zbiegi okoliczności, jakie są w ich życiu zdają się być aż nadto lukrowane i bajkowe, ale powiem, że czasem mam chęć na coś właśnie lżejszego i takiego polukrowanego optymizmem i zapowiedzią, że z każdego problemu da się wyjść, przy pomocy serdecznych ludzi.
W książkach Doncowej bowiem występują oprócz złoczyńców i przestępców także ludzie ciepli, gotowi sobie pomagać, ofiarujący innym tak zwaną pomocną dłoń.
"Manikiur dla nieboszczyka" to pierwsza z nowej serii, tym razem opowiadająca o hobbystycznie zajmującej się śledztwem Eulampii Romanowej. W tej części dowiadujemy się, jak w ogóle stało się, że Eulampia została takim damskim detektywem. Rzucona na głębokie wody życia ta do tej pory nie musząca się niczym poważnym przejmować kobieta, nagle odnajduje się w nowej roli i rozpoczyna grę o wolność dla Katii, kobiety, która podała jej pomocną dłoń wtedy, kiedy Eulampia najbardziej tego potrzebowała.
Szkoda, że autorka nie pokusiła się tylko o dodanie na przykład na końcu książki przepisów, wymienionych w niej. Niektóre wbrew pozorom, zaintrygowały mnie i chętnie bym je zobaczyła zebrane w zbiorek.
Jak wspomniałam, to zdecydowanie literatura lekka i przyjemna, za to okraszona ciepłem i poczuciem humoru. Mnie pasuje, ja ją czytam;)
update:
mała uwaga…na stronie 92 jest mowa o jednym na najciekawszych weterynarzy, który w dodatku popełnił wspaniałe książki o swojej pracy, pełne niezwykłego poczucia humoru i ciepła w stosunku do zwierząt, jak i ich opiekunów. Bardzo zirytowała mnie błędna pisownia nazwiska autora, która musiała się zdarzyć już w polskim druku, bo nie bardzo chce mi się wierzyć, że autorka aż tak źle by napisała owo nazwisko. Chodziło oczywiście o James’a Herriota a w książce widnieje nazwisko Cherriot….brrr, aż mnie zęby rozbolały, jak doszłam po opisie do odkrycia, o kim mowa…czasem taka, nie wiem, literówka? błąd a potrafi mnie zirytować.
ta czekolada może uratować życie;)
Idąc za radami dobrych kobiet wynalazłam sobie dzisiaj w lodówce czekoladę , która, jak owe dobre kobiety twierdziły, powinna wspomóc w nastrojach. Czekolady u mnie w domu nie ma na ogół, bowiem mam na nią uczulenie i raczej nie powinnam się nią objadać, ale znalazłam jeszcze jedną , którą Regina podarowała konkretnie nie mnie a P. Ponieważ P. jest z tych, którzy ze słodkości najbardziej lubią kiełbasę, czekolada czekała sobie najwyraźniej na mnie. Nie byle jaka czekolada, bo ta właśnie . Ja się pytam, jaka armia w kraju, który jest neutralny?:) Ale nazwę wymyśliła sobie firma fajną;)
Na mojej czekoladzie widniało ni mniej ni więcej a obwieszczenie, iż jest to ni mniej ni więcej a "Survival Portion", jednym słowem ta czekolada może uratować życie;)
Może aż w takim celu stosować jej nie musiałam, ale muszę przyznać jedno, nastrój w jakiś sposób się poprawił, bo czekolada pycha.
Obiezy_swiatce dziękuję za pocztówkę a Spacerkowi za płytę Diany Krall, które do mnie dzisiaj doszły.
dziwna aura za oknem…
…na przemian trochę słońca przebijającego przez chmury i właśnie sporo owych chmur, z których ciekawe, czy popada. Wczoraj deszczu nie zapowiadali a padał. Niedługo wprawdzie, ale dość nagle, w dodatku udało mu się zaskoczyć sądząc po tym, jak pędzili w kierunkach domu ludzie, którzy parasoli nie wzięli.
W poniedziałek miałam rozmowę z moją lekarką, poruszyłyśmy przy okazji pewien temat, który za mną chodzi. Nie powiem, że nie przybiła mnie rozmowa. Babka nie chciała mnie na pewno dobijać, ale jakiś mnie taki dopadł czarny nastrój, czarnowidztwo. Za pewne sprawy trzeba się będzie wreszcie wziąć intensywniej a jakoś to czarno widzę. W dodatku wczoraj dowiedzieliśmy się o pewnych kłopotach zdrowotnych naszych bliskich, na razie wszystko jest na etapie badań i mam nadzieję, że te nie wykażą nic bardzo złego, ale oczywiście też mnie to przybiło, biorąc pod uwagę nasze zdrowotne problemy, z którymi wciąż walczymy poczułam, że jakoś za wiele się nam na głowę zwala. Być może to taki chwilowy nastrój, ale obecnie przybita się czuję i oczywiście już układam scenariusze na zapas i co za tym idzie, zamartwiam się na zapas a co mi to da? ja się sama siebie o to pytam, czy coś mi to daje, oprócz zwiększenia się złego nastroju i uczucia przygnębienia. Ale trzyma, niestety.
Nastrój mój więc, jak ta aura za oknem, chmury jakieś , uczucie przybicia, ciężkości, nie wiadomo, czy nie popłynie deszcz łez…
Ratuje mnie perspektywa wyjazdu już w sumie niebawem, biorąc pod uwagę jak czas szybko biegnie, ale też się cykam lotem (ze względu na to, jak straszą tą grypą;/).
„Przytul mnie mocno”. Tatiana Polakowa.
Wydane przez Przedsiębiorstwo Wydawnicze "Rzeczpospolita" S.A, 2009.
Tytuł "Przytul mnie mocno" bardzo adekwatny do tego, co się dzieje w tej częsci w życiu głównej bohaterki serii, czyli Olgi Riazancewej.
Jak wiedzą ci, którzy czytają dłużej mój blog, Olgę polubiłam. Chyba najbardziej za to, że nie jest tak zwanym chodzącym ideałem. Co jak co, ale na takowe mam alergię. Jakoś najwyraźniej bliżej mi do osób, które mają różne zamieszanie w swoim życiu, które gdzieś tam parę razy pobłądziły, które nie zawsze i nie do końca wiedzą, co i jak trzeba w życiu zrobić.
Taka właśnie jest Olga Riazancewa. Której przez te kolejne wydawane u nas części kryminałów z nią w roli głównej życie zdążyło się nieźle pokomplikować. I która, przynajmniej na koniec książki, zasługuje na solidne przytulenie i uściśnięcie. Takie przytulenie, które niesie ze sobą obietnicę poprawy losu.
W tej części, muszę to przyznać, chyba widać, że faktycznie autorka żegna się z bohaterką. Nie wiem, czy w rzeczywistości to ostatnia z cyklu opowieści o Oldze, ale skoro na okładce książki zapowiadają wydawanie całkiem nowego cyklu , nowej serii, to najwyraźniej więcej się z Olgą nie spotkamy.
Autorka więc, jak napisałam, żegna się z bohaterką i co za tym idzie, jakby prowadziła pożegnanie czytelników z bohaterką i według mnie trochę za bardzo jej to wyszło, a mianowicie niestety, kosztem intrygi kryminalnej, której rozwiązania praktycznie łatwo się domyślić od niemal samego początku książki. A ja lubię główkować wraz z prowadzącymi śledztwo detektywami…
W tej części mam wrażenie, że Polakowa chwyciła trochę za wiele srok za ogon i trochę to widać, szkoda. Nie wiem czy wynikło to z jej znużenia losami przez siebie stworzonej bohaterki, czy po prostu tak to wyszło, dość, że według mnie czytając książkę nie do końca było jasne, czy do czynienia mamy z rozwiązywaniem zagadki kryminalnej, czy ostatecznym rozliczeniem się z postacią Olgi Riazancewej i jej bliskim.
Może szkoda, że nie rozbito tego na dwie książki a usiłowano zmieścić w jednej, ale jak zawsze powtarzam, to jedynie moje własne odczucia i zdanie, więc, być może inni czytelnicy tego tak nie będą postrzegać.
Jak niemal zawsze, autorka na sam koniec zostawiła niezłą niespodziankę, ale tego się można było po niej spodziewać. A może jednak ona sama nie do końca chce się pożegnać ze stworzoną przez siebie postacią?
Tak, czy inaczej, ja z żalem pożegnam się z Olgą i mam jednak nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś spotkać…
Na zakończenie, bardzo cenię sobie wydawnictwo za fakt wydawania książek we właściwej kolejności. Jak wiemy, nie zawsze wydawnictwa tak robią, a często, szczególnie w przypadku cykli, w których pewne sprawy następują po sobie, jest to niezwykle ważne. Mam więc nadzieję,że i nowy, zapowiadany przez wydawnictwo cykl będzie wydawany po kolei.
A oto, jaki nosi tytuł kolejna książka Tatiany Polakowej, jakiej możemy się spodziewać (mam nadzieję, że szybciej, niż tę, którą teraz czytałam):
"Pułapka na sponsora".
