La dolce vita, słodkie nieróbstwo, ogólnie nazywane dolce far niente itd…wszystko to zdaje się być możliwe tak naprawdę w krajach śródziemnomorskich…a przynajmniej moja wyobraźnia tak sobie zawsze te pojęcia umiejscawia;)
Owo słodkie nicnierobienie uprawia sobie wciąż Dublinia, od której otrzymałam kolejną pocztówkę (a wysłana tego samego dnia, co ta wczorajsza z Pizy, ciekawe), która poinformowała mnie na kartce, że siedzi sobie właśnie w knajpce i raczy się miejscowym białym winem. To jest okrutne;)) Pocztówka pochodzi z miasta San Gimignano, które według mnie brzmi z opisu ciekawie, a pocztówka jest super, przedstawia miasteczko wieczorem. Widzimy jedną z jego uliczek, a patrzymy z góry, prawdopodobnie fotograf był na którejś z wież, z których słynie owo miasteczko. A więc patrzymy na uliczkę z góry, widzimy dachy domów stojących wzdłuż uliczki a uliczka jest oświetlona rzęsiście światłem ze sklepików i restauracji, której najprawdopodobniej są właśnie na tej uliczce. Skąd wiem? Ano stąd, że widać nawet stojak z pocztówkami, uwieczniony przed jednym ze sklepów, kto wie, może w nim właśnie nabyła dla mnie pocztówkę dla Dublinia?
W tle widać owe wysokie wspomniane już przeze mnie wieże, budowane ku chwale, jak rozumiem zamieszkujących miasto bogaczy. Najwyraźniej nic się od wieków nie zmieniło i niektórzy jak myśleli, że eksponowanie własnego bogactwa jest super tak do dziś niektórzy tak sądzą;) Mentalność człowieka tak naprawdę nigdy się nie zmienia, zmieniać się mogą najwyżej formy wyrazu.
A propos Włoch i la dolce vita, wczoraj, zupełnie przypadkiem natknęłam się na coś takiego, może kogoś to zainteresuje.
Podaję więc link.
„Szepty zmarłych”. Simon Beckett.
Wydana w Wydawnictwie Amber, 2009.
Trochę mnie "postraszyły" dziewczyny na Forum Kryminały i Sensacje, że to najgorsza z jego dotychczas wydanych książek i obawiałam się, że lektura faktycznie okaże się nieudana, ale na szczęście, mnie nie zawiodła. Nie mówię,że to faktycznie najlepsza jego książka, bo nie, mnie wciąż przypomina się jego rewelacyjny kryminał "Zapisane w kościach", który zrobił na mnie największe wrażenie, ale ta książka nie była według mnie zła.
Nasz bohater, doktor Hunter, jednak wylizał się z jak wydawało się, śmiertelnego ciosu zadanego mu przez wroga z poprzedniej części i aby powoli powrócić do swojego zawodu zgodził się na prośbę swojego amerykańskiego przyjaciela i przybył na tak zwaną Trupią Farmę , gdzie ma powoli dojść do równowagi psychicznej i wrócić do zawodu, który przecież dotąd wykonywał z pasją.
Niebawem po jego przybyciu zostają niedaleko odkryte zwłoki mężczyzny, jak szybko zaczyna się przypuszczać, jest to dzieło seryjnego mordercy, tym bardziej, że szybko zaczyna się ta teoria potwierdzać.
Hunter nie do końca może powinien brać udział w działaniach badawczych, ale jednak to robi i powoli poznajemy wyniki prowadzonego przez policję śledztwa.
Mnie mimo wszystko zakończenie zaskoczyło, książkę czytało się szybko, nie narzekam.
