Czas letniej laby zaczęty;) Przynajmniej w Szwecji. Pozdrowienia więc otrzymałam od Margotka dzisiaj, a to słowo w tytule bloga, to jak rozumiem, właśnie po prostu "pozdrowienia". A na kartce letniskowe klimaty, czyli woda, nadmorski kurort, łódki leniwie kołyszące się na wodzie, leżaczek na którym leży słomkowy kapelusz, który wydaje się, że ktoś położył na chwileczkę, aby zaraz powrócić na leżak ze słodkim nicnierobieniem…Jest też, a jakże, skoro woda, to i mewa;) i obowiązkowo koło ratunkowe. Jednym słowem, czas letniej laby rozpoczęty.
Od razu przypomniało mi się , jak na którymś z ostatnich spotkań moja koleżanka opowiadała, jak to jedna z kolei z jej znajomych miała podjąć pracę w dużej szwedzkiej firmie w Polsce. I oto mimo, że była na okresie próbnym, została zaskoczona pytaniem "a kiedy planujesz urlop?"…Dziewczyna nieco się zdziwiła. Polski pracodawca jakby nie było z pewnością zadałby to pytanie jako ostatnie w okresie próbnym, wyraziła ostrożną wątpliwość i usłyszała, że tam, w Szwecji lato jest tak naprawdę tak krótkim czasem, że staje się niemal narodowym dobrem i celebruje się go z należytą pieczołowitością i że ludzie mają zażyć tego lata. I wskutek czego pani miała i pracę i letnie wakacje…
Margotku, dziękuję, od razu poczułam letnią atmosferę wokół siebie;)
„Chiński dysydent”. Nell Freudenberger.
Wydana w Wydawnictwie MUZA, 2009.
No proszę…a spodziewałam się trochę oklepanego schematu "człowiek wschodu przybywa na zgniły zachód" i okazuje się, jak to:
b) ukazuje wieczny i zdaje się niemożliwy do pokonania konflikt a raczej nie do pokonania różnice kulturowo mentalnościowe na wspomnianej powyżej linii wschód-zachód
c) ogólnie pokazane zostaje, jak to oni ze wschodu są lepsi a te z zachodu nic nie warte.
Na szczęście, nie znalazłam w "Chińskim dysydencie" nic z wyżej wymienionych możliwości. I dobrze. Ja wiem, wiem, zapewne znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że nie znalazłam tegoż z pewnego jasnego powodu, czyli dlatego, że książka została napisana przez Amerykankę, Nell Freudenberger.
Tylko, że ja myślę, że nie znalazłam tam tego wszystkiego z zupełnie innego powodu. Oto autorce udało się, a doskonale wiem, że to niełatwe, nie skupiać się na oklepanych już mocno schematach postrzegających ludzi na tych jakże okropnie różniących się kulturowo a właśnie uchwyciła coś niezwykle prostego tak naprawdę a jakże często gdzieś pomijanego. Nie skupiła się bowiem na różnicach a na podobieństwach. A raczej na tym, co nas, wszystkich ludzi, tak naprawdę łączy. Na tym, jak łatwo jest nam popełniać błędy.
Na tym, jak tak naprawdę lubimy czasem poudawać. Że jesteśmy lepsi, mądrzejsi, lepiej wykształceni, lepiej sytuowani,mamy więcej przyjaciół, lepszą pracę, jesteśmy lepsi jako dzieci albo jako rodzice itd itd.
Skupiając się na tych podobieństwach udało się jej według mnie pokazać, że człowiek tak naprawdę staje się czasem niewolnikiem własnych dawnych na swój temat oczekiwań i jak często trudno jest się nam potem z takich układów wyplątać.
Książka opowiada teoretycznie o przyjeździe na coś w rodzaju stypendium , chińskiego artysty, dysydenta, który ma w Los Angeles nie tylko zaprezentować na wystawie swoje prace ale także spędzić pewien czas jako wykładowca w jednym z lepszych tamtejszych liceów.
Oprócz tej opowieści jednak mamy kilka innych problemów, na które zwróciła uwagę autorka.
Na przykład na ten, jak duże problemy istnieją w obecnych rodzinach. I jak bardzo sama instytucja rodziny ulega rozchwianiu. A może tak było zawsze, jedynie mniej akcentowane? Może w każdej rodzinie nadchodzi czas, że dorastające dzieci mają swoich rodziców dość? Że przestają się im zwierzać, że mają ich jeśli nie za wrogów, to na pewno nie za przyjaciół? Dlaczego tak się dzieje? Przecież spora część tych rodziców naprawdę cieszyła się na to, że dzieci pojawiły się w ich życiu i żadne z nich nie założyło, że te same dzieci, które kiedyś z ufnością wyciągały ku nim rączki prosząc o pomoc staną się tak naprawdę obcymi im ludźmi, którzy nie będą chcieli się im zwierzyć z tego, co je gryzie, co im dokucza…i że czasem może być niemal o krok od tragedii?
Kiedy ci kiedyś tak bliscy nam ludzie stali się nam obcy? Dlaczego tak musiało się stać? Czemu podejmujemy się pewnych gier, które, nie oszukujmy się, w większości przypadków i tak kończą się rozszyfrowaniem?
Autorka zdała mi się nieco zbyt nie dość skupić na tym wątku, a szkoda. Wiem, wiem, chodziło głównie o wizytę dysydenta, ale mnie zaciekawił właśnie ten wątek.
Miałam nieco wrażenie, jakby autorka chciała uchwycić zbyt wiele problemów na raz, rozpad rodziny, rozpad związku, rozpad naszego dobrego o sobie mniemania.
Mimo to jednak książka wciągnęła mnie i udało jej się nawet zaskoczyć pewnymi rozwiązaniami na sam jej koniec.
Mnie się podobała i ją polecam.
