Aż strach się bać, co teraz znajdę w statystykach, to znaczy wejścia z jakim hasłem, po takim wpisanym w blog tytule…
No nic, co robić, taki tytuł książki wydanej w Wydawnictwie Videograf II (2009).
Ucieszyłam się, kiedy na Forum Kryminały i Sensacje została polecona najnowsza na naszym rynku książka Doncowej.
Przed paru laty wyszło kilka jej książek, ale potem zrobiła się nagle cisza i nic.
Ustalmy jedno. Doncowa, to zapewne nie ta sama wysoka półka , co Marinina czy nawet Polakowa. Ale szczerze? Mnie to nie przeszkadza. Może intryga kryminalna czasem nie jest niesamowicie wyśrubowana (chociaż akurat w przypadku tej książki podobała mi się),ale to, co powoduje, że je lubię, to poczucie humoru i ciepło, z jakim traktuje swoich własnych bohaterków autorka. Bo to wcale nie jest tak łatwo, pisać o kimś i go lubić. A Doncowa zdaje się lubić postaci, które tworzy na kartach swoich kryminałów. Może nie są to chodzące ideały, może czasem zbiegi okoliczności, jakie są w ich życiu zdają się być aż nadto lukrowane i bajkowe, ale powiem, że czasem mam chęć na coś właśnie lżejszego i takiego polukrowanego optymizmem i zapowiedzią, że z każdego problemu da się wyjść, przy pomocy serdecznych ludzi.
W książkach Doncowej bowiem występują oprócz złoczyńców i przestępców także ludzie ciepli, gotowi sobie pomagać, ofiarujący innym tak zwaną pomocną dłoń.
"Manikiur dla nieboszczyka" to pierwsza z nowej serii, tym razem opowiadająca o hobbystycznie zajmującej się śledztwem Eulampii Romanowej. W tej części dowiadujemy się, jak w ogóle stało się, że Eulampia została takim damskim detektywem. Rzucona na głębokie wody życia ta do tej pory nie musząca się niczym poważnym przejmować kobieta, nagle odnajduje się w nowej roli i rozpoczyna grę o wolność dla Katii, kobiety, która podała jej pomocną dłoń wtedy, kiedy Eulampia najbardziej tego potrzebowała.
Szkoda, że autorka nie pokusiła się tylko o dodanie na przykład na końcu książki przepisów, wymienionych w niej. Niektóre wbrew pozorom, zaintrygowały mnie i chętnie bym je zobaczyła zebrane w zbiorek.
Jak wspomniałam, to zdecydowanie literatura lekka i przyjemna, za to okraszona ciepłem i poczuciem humoru. Mnie pasuje, ja ją czytam;)
update:
mała uwaga…na stronie 92 jest mowa o jednym na najciekawszych weterynarzy, który w dodatku popełnił wspaniałe książki o swojej pracy, pełne niezwykłego poczucia humoru i ciepła w stosunku do zwierząt, jak i ich opiekunów. Bardzo zirytowała mnie błędna pisownia nazwiska autora, która musiała się zdarzyć już w polskim druku, bo nie bardzo chce mi się wierzyć, że autorka aż tak źle by napisała owo nazwisko. Chodziło oczywiście o James’a Herriota a w książce widnieje nazwisko Cherriot….brrr, aż mnie zęby rozbolały, jak doszłam po opisie do odkrycia, o kim mowa…czasem taka, nie wiem, literówka? błąd a potrafi mnie zirytować.
