Wyspy Cooka, Anioł…

…fasolka i laleczka na zmartwienia;) Od razu wyjaśniam, że o żadnych ciążach mowy nie będzie (zakład, że niektórym po przeczytaniu hasła fasolka takie do głowy skojarzenie przyszło;).

Ponieważ poniżej we wpisie atmosfera zaczęła skręcać w niebezpiecznie niefajne klimaty wylewam przysłowiowy kubeł zimnej wody pod postacią zmiany tematu:)

Wczoraj dostałam pocztówkę z Wysp Cooka, a konkretnie, to stąd , na których to bawiła przez tydzień moja koleżanka z Australii. Trzeba przyznać, że klimat zdecydowanie na totalne lenistwo, raczej nie dla osób, które lubią wypoczynek aktywny , ze zwiedzaniem itd, ale nie ukrywajmy, czasem miło jest też się wyleżeć na złotym piasku i pokołysać pod palmą (chociaż nigdy pod palmą się nie kołysałam, ale tak wnioskuję).

Doszła też przesyłka od Capucine, dzięki piękne. Po pierwsze, zdradź, kobieto, z czym ta pocztówka, to znaczy czy Wiesz, kto jest autorem tej ciekawej grafiki?? Po drugie w kopercie były trzy zabawne przedmioty, wisiorek z Aniołkiem, który podobno ma czuwać nad spokojem, fasolka, której ziarno ściskane w dłoni ma przynieść szczęście i laleczka, której powierza się wieczorem zmartwienia kładąc ją pod poduszkę i rano zmartwienia idą sobie precz ;)) Aniołek na razie czuwał nie tyle nad moim spokojem, co nad przesyłką, bowiem doszła wyraźnie uszkodzona, róg koperty był naderwany, co mogło spowodować, że fasolka, jako najdrobniejsza , mogła wypaść, ale na szczęście, nie wypadła.
Worry dolls znam, jako, że pierwszy worek z nimi przytargałam sobie z fajnego sklepiku w Rzymie, w którym były takie różne różności a ja nabyłam w ramach mojego kolekcjonowania przedmiotów mających przynosić bądź chronić szczęście.

Capucine, dziękuję za fajny pomysł i wysyłkę;) Miło mi się zrobiło.

Niestety, dzisiaj nic w skrzynce nie było a znowu tak się złożyło, że czekam na cztery przesyłki. No, wróć, w skrzynce było, oczywiście, rachunek. Nie do nas. Nawet nie do kogoś z bloku a z zupełnie innej ulicy;/

blogosfera a obowiązki blogera

Bloger ma obowiązek:

1. pisać na tematy, które zaciekawią wszystkich go czytających. Nieważne, że jednego czytającego bardziej interesują książki a innego najnowsze trendy w modzie. Ma zainteresować wszystkich i basta!

2. pisać często, a najlepiej codziennie, bloger wszak nie ma prawa mieć życia osobistego, chandry czy braku pomysłu na wpis.

3. bloger powinien słodzić i kadzić wszystkim dookoła, bo tak;)

4. bloger ma obowiązek pisać poprawną polszczyzną, nawet jeśli wychował się z dala od ojczyzny i polski wbrew wszystkiemu nie jest jego obecnie pierwszym językiem.

5. bloger ma obowiązek zabawiać każdego swoją osobą, swoją elokwencją i nigdy ale to nigdy nie znudzić czytelników.

6. Co za tym idzie, bloger nie może prowadzić zwykłego, szarego życia i na własnym blogu zamieszczać swoich własnych myśli, zapisków, czy odzwierciedlenia tego, czym żyje. Powinien zaś wykreować się na super ciekawego, żyjącego życiem niezwykłym, wypełnionym przygodami niemal jak życie słynnego Bonda. Bo inaczej się znudzi, patrz punkt 1.

Te refleksje naszły mnie po tym, jak w przeciągu może tygodnia na dwóch niezależnych blogach, na które zaglądam wyczytałam dość podobną informację. Otóż owe osoby otrzymały emaile od czytelników, którzy w obu przypadkach delikatnie mówiąc, skrytykowali. Niestety, z tego, co się orientuję, w taki dość polski sposób, a więc raczej średnio delikatny a raczej z poczuciem wyższości niemal.
I tak się zastanawiam czemu, o czym już kiedyś pisałam, polska blogosfera wciąż należy do najbardziej dziwnych, jakie znam. To znaczy tyleż naprawdę fajnych i sympatycznych osób można na niej spotkać, co jakichś mocno sfrustrowanych osobników. Szczerze? Ja wychodzę z założenia, że czytam te blogi, które z tych, czy innych powodów mnie interesują. Jak mnie któryś przestaje interesować czy zauważam, że nam się zaczyna być nie po drodze z danym blogerem, to po prostu ów blog porzucam, ale nie tracę własnego cennego czasu na wymyślanie emaila z ochrzanem za to czy owo.
No, ale jak napisałam polska blogosfera to jedna z najdziwniejszych, jakie istnieją…