„Moje pierwsze życie”. Bodil Malmsten.

Podtytuł "Ukochany przez bogów nie umiera".

Wydane w Wydawnictwie Literackim, 2009.


Opowieści, nie wyznania, jak twierdzi w "Moim pierwszym życiu" autorka "Ceny wody w Finistere". Jak sama twierdzi na końcu, "Wybrałam to, co pamiętam, a resztę dośpiewałam".

Trudno opowiada się o książce, która dotyka w jakiś sposób emocjonalnie, która coś w nas porusza silnie. Zresztą nie wiem, może inni umieją o takich książkach opowiadać, ja nie. Zawsze mam wrażenie, że o uczuciach, takich z wielkiej głębi, nie da się opowiedzieć,bez poczucia totalnego poczucia emocjonalnego ekshibicjonizmu. Niektórzy to potrafią , inni nie.

"Moje pierwsze życie" poruszyło mnie ogromnie. Książka ta, myślałam, będzie luźnymi opowieściami Malmsten o jej życiu w Szwecji, o latach dzieciństwa. O tych latach beztroski, które wspomina się będąc dorosłymi i, co tu dużo kryć, w wielu przypadkach, ubarwiając je po trochu.
Autorka , owszem, snuje opowieści, są to opowieści niezwykle interesujące, o swoim wczesnym dzieciństwie w domu rodzinnym, kiedy to wraz z nieco młodszą siostrą, otoczone były ciepłem rodziny, mamy, babci i dziadka. Jednak to nie jest tylko opowieść tknięta ckliwą nutą wspomnień z czasów dzieciństwa.
Te rywalizujące ze sobą istoty, jakimi były Bodil i jej siostra Asa, do pewnego momentu życia wierzyły, że jedyne, co może im się przydarzyć niedobrego, to przegranie siostrzanej rywalizacji w tej czy innej dyscyplinie, jaką mógł być na przykład wyścig do odebrania dzwoniącego telefonu. Do czasu, kiedy ich układ rozpadł się, a świat runął. Stało się to w dniu, kiedy Bodil trafiła do rodziny zastępczej. Niejasno o tym mówi autorka i prawdę mówiąc, od momentu, kiedy o tym zaczęła opowiadać, czułam wielkie podenerwowanie i niepokój, który, niestety, towarzyszył mi do końca lektury. Nie do końca wiem, co tak naprawdę stało się przyczyną rozpadu jej rodziny i faktu, że teoretycznie mając całkiem przyzwoitą "bazę rodzinną" pod postacią dbającej o nią matki, i dziadków ze strony matki, trafiła do rodziców zastępczych, w dodatku niezbyt dobrze przez nią samą wspominanych.
Nie ma jednak obowiązku Malmsten wywlekania na wierzch czegoś, o czym nie chce pisać. To jej książka, to jej kawałek literatury, który ja chwytam z tak zwanym dobrodziejstwem inwentarza i może mi się to podobać albo nie, mogę się do tego przekonać albo nie. Mnie się akurat podoba, komuś innemu, sądząc po dotychczasowej ocenie książki na biblionetce, niekoniecznie. Też jego prawo. Prawo czytelnika.
Nie jestem typem osób wyciągających od innych zwierzenia. Prawdę mówiąc, zawsze czekam, że jeśli ktoś chce mi o czymś opowiedzieć, to tak właśnie się stanie. Dlatego nie mam pretensji do ludzi piszących blogi, że niektórzy z nich za mało się wywnętrzają i tak samo nie mam o to pretensji do Malmsten. Ale nie ukrywam, zaintrygowało mnie to. Jest to dla mnie fakt niejasny, że teoretycznie będąc w normalnej rodzinie, owej rodziny została ona jako małe dziecko pozbawiona. Najwyraźniej działo się coś, co stało się powodem takiej a nie innej decyzji, nie wiem, jej bliskich, czy sądu rodzinnego, czy też jakiejś innej instytucji.
Dość, że nie była to najwyraźniej decyzja przez kogoś trafnie podjęta i niekoniecznie przemyślana, dlaczego, to wynika z książki autorki, nie chcę za wiele mówić.
W przeciwieństwie do jej poprzedniej czytanej przeze mnie książki, ta mnie nie uspokoiła. Nie sądzę, aby taki był cel autorki, ale jakoś niestety ta książka wręcz rozedrgała mnie emocjonalnie, poruszyła we mnie pokłady jakichś ukrytych lęków, niepokojów.

To chyba nie całkiem jeszcze skompletowana próba dotarcia przez Malmsten do samej siebie, do głębi, do tego, co się stało w przeszłości. A przeszłość, jak widać, ma na nią wielki wpływ, zresztą, nie oszukujmy się, na kogóż z nas nie ma? Ja takich osób nie znam. Myślę, że Malmsten sama jeszcze nie do końca poukładała sobie pewne sprawy, tak to przynajmniej odbieram po lekturze jej książek, ale jest chyba na tym etapie, w którym snując rodzinne wspomnienia, opowieści, czy historie, które jej się zdaje, że miały miejsce (co niekoniecznie musi mieć odbicie w faktach), uświadamiając, jak mocno tkwi w przeszłości i historii własnej rodziny, jak wiele z niej ma, powoli do stworzenia tego wewnętrznego porządku się zbliża.
Chcąc nie chcąc, nie uciekniemy od tego, z czego się wywodzimy. Niektórzy usiłują się o tym przekonać i niestety, porażka bardziej boli. Oczywiście, że możemy nie popełniać błędów rodzinnych, nie musimy powielać dziejącego się kiedyś zła, ale nie możemy całkiem odciąć się od tego, co tak naprawdę nas stworzyło, ukształtowało.

Jak pisze autorka:


"Każdy, kto chodzi po świecie wystarczająco długo, wie, że człowiek
nigdy nie opuszcza czegoś do końca. Niezależnie od tego, ile razy uda
się po nowe, stare nigdy go nie odstąpi".


Na koniec moich słów o książce słowo o pracy tłumaczki, która zrobiła naprawdę dobrą pracę. Nie podlizuję się tylko dlatego, że razem bywamy na tym samym forum;) ale naprawdę , z przyjemnością czytałam tę książkę również ze względu na schludne tłumaczenie i ładną polszczyznę.

Polecam, aczkolwiek uprzedzam wrażliwych czytelników, którzy wgłębiają się w lekturę , że jest to książka z gatunku poruszających emocje.

o czym śni kanarek…

…czyli mam dowód, że kanarki też sny mają.
Właściciele psów opowiadali mi nie raz, że ich psy czasem w nocy przebierały łapami, czasem podszczekiwały cicho albo i warknęły na coś tam, co prawdopodobnie im się przyśniło. Bo i właściwie czemu by nie?
Zastanawiałam się kiedyś, czy takiemu Sowie coś się śni, ale stwierdziliśmy, że chyba takie małe zwierzątko nie może mieć snów. Błąd.
Wczorajszy dzień najwyraźniej okazał się dla Sowy dość emocjonujący. Goście, zaproszeni specjalnie na zapoznanie się z nim spodobali mu się na tyle, że wyśpiewywał ładnie prawie całą wizytę swoje trele (a bałam się syndromu niemowlaka, który puszcza pawia na najładniejszy pajacyk zaraz po przybyciu gości, którzy mają się owym niemowlakiem zachwycać;).
Wyśpiewywał więc, nic się nie bał i ogólnie zrobił dobre wrażenie. Jednak goście również na nim najwyraźniej wrażenie zrobili. Nocą, kiedy P. czytał sobie swoją sensację a ja usiłowałam dokończyć film argentyński "Niespodziewanie",  kanarek sobie spał. Zasnął tyłem do tv, żeby mu nie świeciło w oczy. Spał,kiedy nagle usłyszeliśmy, że …śpiewa. Cichuteńko i tylko trochę, ale wyraźnie śpiewa. Po czym on sam nagle się tym swoim własnym trelem obudził i trochę nawet tym zdenerwował. Może się przestraszył, co to za kanar wlazł nocą do jego klatki?? Zaczął nerwowo piskać i skakać z żerdki na żerdkę, więc czym prędzej zamknęliśmy i książkę i tv i wynieśliśmy się z pokoju, żeby sobie już spokojnie zasnął.
Ale według mnie to dowód na to, że nawet taki mały ptaszyna ma jakieś swoje kanarze sny. Przeżył widać wizytę, kto wie, może śniło mu się , że znowu się przed gośćmi popisuje? Tak, czy siak, uśmialiśmy się z niego wczoraj, bo był zabawny, kiedy się tak dziwił, co to mu śpiewało w klatce i nie wiedział, że to on sam;)…

Z życia alergika;( niestety, chciałam się przekonać, jak tam moje uczulenie na krem różany, który zaczął mnie uczulać po latach używania i posmarowałam na noc dłonie. No i wstałam z takim uczuleniem, że aż się prawie popłakałam z bezsilności. Krem wynocha, a maść , mam nadzieję, poprawi stan dłoni, bo się chyba załamię;((