…żeby Wam nie było smutno zarzucam Wam najświeższy smaczek z dosłownie przed chwili…
Bo dawno nie prezentowałam z cyklu poszukiwań głębi, czyli czego szukają w necie i mają niefart do mnie trafić.
Panie i panowie, a może w czasie, gdy mnie na blogu nie będzie oddacie się pasjonującej dyskusji na temat:
"Czy można zajść w ciążę oglądając filmy erotyczne?"
Mój P. twierdzi, że jak najbardziej, bo te filmy często jednak ogląda się z kimś.
A więc, uwaga, po filmach erotycznych zdecydowanie może być fasolka;)
jutro pakowanie…
…w niedzielę wyjazd.
Nie cierpię się pakować. Nie idzie mi to szybko i ogólnie denerwuje mnie ta czynność. Ale lubię wyjechać raz na jakiś czas. Nie jestem podróżnikiem, jestem totalnym turystą, czego się nie wstydzę, ale zawszeć to milej zobaczyć coś nowego i ciekawego.
Tym razem nie, nie jest to Grecja, a powtórka z rozrywki sprzed 2 lat, czyli Alpy, ale nie Tyrol, tym razem stacjonujemy pod Salzburgiem, tak więc poznamy też miasto narodzin Mozarta. Bardzo bym sobie życzyła, żeby pogoda dopisała, a boję się deszczy. Z tego, co pamiętam sprzed dwóch lat, jak tam pada, to ho ho. Mam nadzieję, że nie będziemy się musieli o tym często przekonywać.
Wpadłam w kiepski nastrój, z powodu problemów, które nas znowu męczą. Pewne sprawy "przyschły" na parę miesięcy, ale znowu dają znać o sobie cudze intrygi. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale nie dość, że dobijają mnie same problemy, które narastają i gnębią, to jeszcze osoby , które teoretycznie powinny być najbliższe i na przykład (ach, co za truizm) pocieszyć, powiedzieć coś optymistycznego , nie dość, że nie robią tego, to jeszcze właściwie dobijają samym swoim gadaniem;/
Na wyjeździe mam jednak zamiar przestać na te wszystkie tematy myśleć, a czy się uda, zobaczymy. Jak siebie znam, to niestety wiem, że pewnie nie do końca;(
Nie wiem jeszcze, co wezmę ze sobą do czytania. Myślę, że któryś z kryminałów Connell’ego, ale coś jeszcze? Muszę przejrzeć półkę w poszukiwaniu czegoś lekkiego, co gra rolę w pakowaniu się.
I chyba dobrze zrobi mi przerwa od blogowego świata…takie mam jakieś ostatnio nastroje, że stwierdzam, że dobrze, że sobie trochę od tego zrobię przerwę. I że dam odpocząć innym od siebie…
San Gimignano…
La dolce vita, słodkie nieróbstwo, ogólnie nazywane dolce far niente itd…wszystko to zdaje się być możliwe tak naprawdę w krajach śródziemnomorskich…a przynajmniej moja wyobraźnia tak sobie zawsze te pojęcia umiejscawia;)
Owo słodkie nicnierobienie uprawia sobie wciąż Dublinia, od której otrzymałam kolejną pocztówkę (a wysłana tego samego dnia, co ta wczorajsza z Pizy, ciekawe), która poinformowała mnie na kartce, że siedzi sobie właśnie w knajpce i raczy się miejscowym białym winem. To jest okrutne;)) Pocztówka pochodzi z miasta San Gimignano, które według mnie brzmi z opisu ciekawie, a pocztówka jest super, przedstawia miasteczko wieczorem. Widzimy jedną z jego uliczek, a patrzymy z góry, prawdopodobnie fotograf był na którejś z wież, z których słynie owo miasteczko. A więc patrzymy na uliczkę z góry, widzimy dachy domów stojących wzdłuż uliczki a uliczka jest oświetlona rzęsiście światłem ze sklepików i restauracji, której najprawdopodobniej są właśnie na tej uliczce. Skąd wiem? Ano stąd, że widać nawet stojak z pocztówkami, uwieczniony przed jednym ze sklepów, kto wie, może w nim właśnie nabyła dla mnie pocztówkę dla Dublinia?
W tle widać owe wysokie wspomniane już przeze mnie wieże, budowane ku chwale, jak rozumiem zamieszkujących miasto bogaczy. Najwyraźniej nic się od wieków nie zmieniło i niektórzy jak myśleli, że eksponowanie własnego bogactwa jest super tak do dziś niektórzy tak sądzą;) Mentalność człowieka tak naprawdę nigdy się nie zmienia, zmieniać się mogą najwyżej formy wyrazu.
A propos Włoch i la dolce vita, wczoraj, zupełnie przypadkiem natknęłam się na coś takiego, może kogoś to zainteresuje.
Podaję więc link.
„Szepty zmarłych”. Simon Beckett.
Wydana w Wydawnictwie Amber, 2009.
Trochę mnie "postraszyły" dziewczyny na Forum Kryminały i Sensacje, że to najgorsza z jego dotychczas wydanych książek i obawiałam się, że lektura faktycznie okaże się nieudana, ale na szczęście, mnie nie zawiodła. Nie mówię,że to faktycznie najlepsza jego książka, bo nie, mnie wciąż przypomina się jego rewelacyjny kryminał "Zapisane w kościach", który zrobił na mnie największe wrażenie, ale ta książka nie była według mnie zła.
Nasz bohater, doktor Hunter, jednak wylizał się z jak wydawało się, śmiertelnego ciosu zadanego mu przez wroga z poprzedniej części i aby powoli powrócić do swojego zawodu zgodził się na prośbę swojego amerykańskiego przyjaciela i przybył na tak zwaną Trupią Farmę , gdzie ma powoli dojść do równowagi psychicznej i wrócić do zawodu, który przecież dotąd wykonywał z pasją.
Niebawem po jego przybyciu zostają niedaleko odkryte zwłoki mężczyzny, jak szybko zaczyna się przypuszczać, jest to dzieło seryjnego mordercy, tym bardziej, że szybko zaczyna się ta teoria potwierdzać.
Hunter nie do końca może powinien brać udział w działaniach badawczych, ale jednak to robi i powoli poznajemy wyniki prowadzonego przez policję śledztwa.
Mnie mimo wszystko zakończenie zaskoczyło, książkę czytało się szybko, nie narzekam.
Piza…
…a dzisiaj dotarła do mnie kartka z Pizy z pozdrowieniami od Dublinii. Jak się można tego było spodziewać, Dublinia jest ze swojego urlopu wielce zadowolona, bawią się z towarzystwem rewelacyjnie. Co prawda, o ile się zorientowałam , dokuczają im upały (słyszałam, że w Rzymie jakieś okropne upały są), ale myślę, że dziewczyny rozsądnie je sobie dawkują albo przeniosły zwiedzanie na godziny popołudniowe lub wieczorne.
Na kartce budowle w charakterystycznej dla tamtych rejonów barwie sieny palonej i widać między innymi a jakże , Krzywą Wieżę😉
Toskania wygląda na kartce naprawdę kusząco…Dublinii dziękuję za pamięć, może doczyta po powrocie;)
Hälsningar!
Czas letniej laby zaczęty;) Przynajmniej w Szwecji. Pozdrowienia więc otrzymałam od Margotka dzisiaj, a to słowo w tytule bloga, to jak rozumiem, właśnie po prostu "pozdrowienia". A na kartce letniskowe klimaty, czyli woda, nadmorski kurort, łódki leniwie kołyszące się na wodzie, leżaczek na którym leży słomkowy kapelusz, który wydaje się, że ktoś położył na chwileczkę, aby zaraz powrócić na leżak ze słodkim nicnierobieniem…Jest też, a jakże, skoro woda, to i mewa;) i obowiązkowo koło ratunkowe. Jednym słowem, czas letniej laby rozpoczęty.
Od razu przypomniało mi się , jak na którymś z ostatnich spotkań moja koleżanka opowiadała, jak to jedna z kolei z jej znajomych miała podjąć pracę w dużej szwedzkiej firmie w Polsce. I oto mimo, że była na okresie próbnym, została zaskoczona pytaniem "a kiedy planujesz urlop?"…Dziewczyna nieco się zdziwiła. Polski pracodawca jakby nie było z pewnością zadałby to pytanie jako ostatnie w okresie próbnym, wyraziła ostrożną wątpliwość i usłyszała, że tam, w Szwecji lato jest tak naprawdę tak krótkim czasem, że staje się niemal narodowym dobrem i celebruje się go z należytą pieczołowitością i że ludzie mają zażyć tego lata. I wskutek czego pani miała i pracę i letnie wakacje…
Margotku, dziękuję, od razu poczułam letnią atmosferę wokół siebie;)
„Chiński dysydent”. Nell Freudenberger.
Wydana w Wydawnictwie MUZA, 2009.
No proszę…a spodziewałam się trochę oklepanego schematu "człowiek wschodu przybywa na zgniły zachód" i okazuje się, jak to:
b) ukazuje wieczny i zdaje się niemożliwy do pokonania konflikt a raczej nie do pokonania różnice kulturowo mentalnościowe na wspomnianej powyżej linii wschód-zachód
c) ogólnie pokazane zostaje, jak to oni ze wschodu są lepsi a te z zachodu nic nie warte.
Na szczęście, nie znalazłam w "Chińskim dysydencie" nic z wyżej wymienionych możliwości. I dobrze. Ja wiem, wiem, zapewne znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że nie znalazłam tegoż z pewnego jasnego powodu, czyli dlatego, że książka została napisana przez Amerykankę, Nell Freudenberger.
Tylko, że ja myślę, że nie znalazłam tam tego wszystkiego z zupełnie innego powodu. Oto autorce udało się, a doskonale wiem, że to niełatwe, nie skupiać się na oklepanych już mocno schematach postrzegających ludzi na tych jakże okropnie różniących się kulturowo a właśnie uchwyciła coś niezwykle prostego tak naprawdę a jakże często gdzieś pomijanego. Nie skupiła się bowiem na różnicach a na podobieństwach. A raczej na tym, co nas, wszystkich ludzi, tak naprawdę łączy. Na tym, jak łatwo jest nam popełniać błędy.
Na tym, jak tak naprawdę lubimy czasem poudawać. Że jesteśmy lepsi, mądrzejsi, lepiej wykształceni, lepiej sytuowani,mamy więcej przyjaciół, lepszą pracę, jesteśmy lepsi jako dzieci albo jako rodzice itd itd.
Skupiając się na tych podobieństwach udało się jej według mnie pokazać, że człowiek tak naprawdę staje się czasem niewolnikiem własnych dawnych na swój temat oczekiwań i jak często trudno jest się nam potem z takich układów wyplątać.
Książka opowiada teoretycznie o przyjeździe na coś w rodzaju stypendium , chińskiego artysty, dysydenta, który ma w Los Angeles nie tylko zaprezentować na wystawie swoje prace ale także spędzić pewien czas jako wykładowca w jednym z lepszych tamtejszych liceów.
Oprócz tej opowieści jednak mamy kilka innych problemów, na które zwróciła uwagę autorka.
Na przykład na ten, jak duże problemy istnieją w obecnych rodzinach. I jak bardzo sama instytucja rodziny ulega rozchwianiu. A może tak było zawsze, jedynie mniej akcentowane? Może w każdej rodzinie nadchodzi czas, że dorastające dzieci mają swoich rodziców dość? Że przestają się im zwierzać, że mają ich jeśli nie za wrogów, to na pewno nie za przyjaciół? Dlaczego tak się dzieje? Przecież spora część tych rodziców naprawdę cieszyła się na to, że dzieci pojawiły się w ich życiu i żadne z nich nie założyło, że te same dzieci, które kiedyś z ufnością wyciągały ku nim rączki prosząc o pomoc staną się tak naprawdę obcymi im ludźmi, którzy nie będą chcieli się im zwierzyć z tego, co je gryzie, co im dokucza…i że czasem może być niemal o krok od tragedii?
Kiedy ci kiedyś tak bliscy nam ludzie stali się nam obcy? Dlaczego tak musiało się stać? Czemu podejmujemy się pewnych gier, które, nie oszukujmy się, w większości przypadków i tak kończą się rozszyfrowaniem?
Autorka zdała mi się nieco zbyt nie dość skupić na tym wątku, a szkoda. Wiem, wiem, chodziło głównie o wizytę dysydenta, ale mnie zaciekawił właśnie ten wątek.
Miałam nieco wrażenie, jakby autorka chciała uchwycić zbyt wiele problemów na raz, rozpad rodziny, rozpad związku, rozpad naszego dobrego o sobie mniemania.
Mimo to jednak książka wciągnęła mnie i udało jej się nawet zaskoczyć pewnymi rozwiązaniami na sam jej koniec.
Mnie się podobała i ją polecam.
polecanka
raz na jakiś czas polecam a to czyjąś wypowiedź a to blog.
Czas na polecenie twórczości własnego Męża, a co?!;)
Ponieważ często pytacie się o to jakie ptaki sfociliśmy podczas spacerów i jak one wyglądają a mnie niezbyt zręcznie jest wstawiać na swój blog zdjęcia jednak nie swojego autorstwa wpadłam na pomysł, że podam adres na flikrze, zainteresowani będą mogli oglądać zdjęcia i to w miarę na bieżąco, bo P. dodaje nowe zdjęcia w miarę regularnie.
Gdyby ktoś, kto zna się na ptakach (krogulcu, nie ukrywam, że zwracam się między innymi do Ciebie) wątpił w nasze oznaczenie jakiegoś ptaka, serdecznie proszę o korektę, bowiem nie w 100% jesteśmy zawsze pewni, jako totalni amatorzy. Co tu dużo kryć, gdybyśmy byli po ornitologii zapewne trafialibyśmy z typami w 100%.
A oto adres flickrowy zdjęć P.
spacery, spacery…
Znowu się zdenerwowałam, bo na ścieżce rowerowej widzieliśmy dzisiaj karetkę pogotowia i siedzących obok rowerzystów. Wygląda na to, że nastąpiło to, czego aż trudno się nie spodziewać, ktoś komuś wszedł w szkodę i nastąpiło poważne zdarzenie. Musiało zdarzyć się coś niedobrego, że aż przyjechała karetka, która zajmowała się leżącą na chodniku osobą, ponieważ jednak jechaliśmy autem, więc niewiele wiem, czy to rowerzysta potrącił pieszego, czy to pieszy wtargnął na ścieżkę rowerową. Prawdą jest, że na Kabatach ludzie chyba się nie bardzo lubią a już rowerzyści z pieszymi, to kompletnie nie, gdyż rowerzyści często jeżdżą po zwykłych chodnikach i to bardzo szybko a i piesi nie są bez winy, bo często poruszają się po ścieżkach rowerowych. Bezmyślność z obu stron, niestety rządzi i tu musiało to zaowocować, niestety, jakimś wypadkiem. Kiedy mijaliśmy tamto zdarzenie nadciągała Policja, a więc wnioskuję, że faktycznie stało się coś poważniejszego, skoro aż wzywali Policję.
Na pociechę…weekend pod znakiem spacerów do lasu. Wczoraj i dzisiaj
odwiedziliśmy las, po takiej przerwie, nie dziwne, że byliśmy
spragnieni wizyty tam. Wczoraj cudownie, bo po deszczu, który raz po
raz nawiedzał Warszawę, w lesie nie było prawie
nikogusieńko…cudownie. Spokój, cisza i tylko my i ptaki i dosłownie
parę osób, które minęliśmy. Dzisiaj już zupełnie inaczej, ale cóż,
pogoda dopisała to i w lesie tłoczno.
Ale "wystawiłam" dzisiaj P. grubodzioba na ścieżce a to nowy ptak w naszej fotograficznej kolekcji!
Mam nadzieję, że miło spędzacie weekend.
update: ze słowiczych wieści;) Słowik z Alei zniknął, a raczej, uciszył się, co zapewne oznacza, że pani słowikowa powiedziała "tak". Jak to podsumował P. słowik teraz milczy z racji tego, że zbiera plony ciężkiej pracy u podstaw.
W końcu pewnie jak się robi jaja, to się nie śpiewa:)
Za to odkryliśmy aż dwa słowiki w krzakach nieopodal domu. Jeden uaktywnił się parę dni temu, drugiego słyszeliśmy dzisiaj i to, co ciekawe, nie wieczorem a za dnia zupełnego, bo około 13.00, kiedy to wybieraliśmy się do lasu. Zresztą, kiedy słuchaliśmy tego pierwszego tak coś mi się wydawało, że nie tylko on śpiewał, ale ten pierwszy go zagłuszał. Tak więc mamy nieopodal dwóch zdesperowanych panów słowiczych. Zdesperowanych, bowiem zdaje się, że dla slowików to już zaraz będzie ostatni dzwonek na założenie rodziny. Oczywiście kibicujemy obu panom w ich poczynaniach mając egoistycznie nadzieję, że zaowocuje to następnymi pokoleniami koncertującymi nam niemal pod nosem.
małe tęsknoty, wielkie tęsknoty…
…we wpisach osobistych, jak je nazywam, cenię sobie zarówno treść jak i fakt, że autorzy umieją pobudzić nas, czytelników, do wspomnień, zwierzeń, porównań do własnych doznań…
Chihiro napisała u siebie taki właśnie osobisty wpis o swojej tęsknocie za Japonią.
Ten wpis ogromnie do mnie trafił, bowiem ja właśnie tak tęsknię za Grecją, a szczególnie moją ukochaną Kretą. Nie będę się rozpisywać, żeby nie wyszło, że dubluję jej wpis, ale faktem jest, że Grecja śni mi się co jakiś czas a całkiem niedawno śniło mi się,że byliśmy z P. na Krecie. Obudziłam się z uczuciem zawodu, że to tylko sen…
A za jakim miejscem tęsknicie Wy?
