uff, kamień z serca;)

Dzisiaj byłam u lekarza z chyba najważniejszym, dla mnie, oczywiście, wynikiem pewnego badania. Okazało się, że jest OK , nie znaleźli nic złego, co , nie powiem, spędzało mi sen z powiek. I to dość dosłownie, bowiem kilka ostatnich nocy sny naprawdę mnie męczyły. Spadł mi więc przysłowiowy kamień z serca.
Teraz skupimy się na innej kwestii, zdaje się, że powoli coś tam się będzie klarować, zwłaszcza, że lekarz chce mnie wysłać na jeszcze inne badanie.
No, ale dla mnie ostatnio najbardziej stresujące były wyniki tego badania, które dzisiaj mnie uspokoiły;) Od razu inaczej patrzę na świat.

„Meduzy”. Reż. Shira Geffen, Edgar Keret.

W przypadku "Meduz", który to film małżonkowie razem wyreżyserowali a żona Kereta napisała do niego scenariusz praca małżeństwa dała bardzo dobry rezultat. Można powiedzieć, że z tej współpracy wyszło bardzo udane dziecię, jakim jest film.
"Meduzy"…oglądając ten film przypomniały mi się po prostu zwykłe meduzy, które to spędzają swoje życie unosząc się na falach i na ogół docierając tam, gdzie zaniesie je morski prąd. Z meduzami jako formami życia kojarzyli mi się główni bohaterowie tej opowieści. Mamy tu do czynienia z grupą osób, która jakby unosiła się nieco bezwolnie na falach, pozwalając, aby jakieś zewnętrzne czynniki oddziaływały na ich życie i to, w jakim jego miejscu się znajdą.
Jest młode małżeństwo, które na skutek nieszczęśliwego zdarzenia zamiast spędzać miesiąc miodowy na Karaibach spędza go w niezbyt trafnie ulokowanym hotelu na izraelskim wybrzeżu, w którym to hotelu spotykają tajemniczą kobietę, której życie zmieni się niemal na ich oczach. Jest i samotna dziewczyna Batia, opuszczona przez własnych rodziców zbyt zajętych samymi sobą,  która rozstaje się z chłopakiem. Jest też Filipinka, która przyjechała do Izraela, aby pracą opiekunki zarobić na utrzymanie swojego małego synka.
Wszystkie postaci zdają się być pozbawione czegoś ważnego, co niektórym udaje się po czasie osiągnąć, ale nie wszystkim w takim stopniu, jakby tego oczekiwały.
Batia napotyka na swojej drodze dwie osoby, pierwsza to żywiołowa dziewczyna fotograf pracująca w tej samej firmie organizującej wesela, co Batia. Druga, to pięcioletnia dziewczynka, która wychodzi z moża, jak Mała Syrenka, opasana kołem ratunkowym,niemal wprost w ramiona Batii. Mała dziewczynka, która jest tak naprawdę samą Batią. Batią, której w wieku pięciu lat runął jak dotąd w miarę bezpieczny świat jej dzieciństwa, kiedy to rodzice się rozstali. Batia niby jakoś funkcjonuje, ale właśnie, niby, i jej życie przypominało mi zdecydowanie takie dryfowanie meduzy po falach morza czy oceanu. Spotkanie z samą sobą sprzed lat chyba pozwala jej spojrzeć na pewne sprawy nieco inaczej. Zaczyna przyjaźń z fotograf, która zostaje wyrzucona z pracy. Batia (mam taką nadzieję) daje sobie samej szansę.
Małżonkowie z kolei zachowywali się, jak małżeństwo, ale niekoniecznie młode a z baaardzo wieloletnim stażem. Dopiero sytuacja mająca miejsce w hotelu chyba nieco nimi potrząśnie.
Jest też Filipinka, która pomoże pewnej starszej pani spotkać się z córką, chociaż nie jestem pewna, czy to spotkanie zapoczątkuje serię następnych, po latach niedopowiedzeń i niewidzenia się wzajemnie. I ona będzie musiała zadecydować, co dalej z jej życiem.
"Meduzy", to film, o którym trudno mi się opowiada. Bo to film z gatunku tych, które kiedy się ogląda, podobają się i robią wrażenie, a po ich obejrzeniu trudno jest ubrać w konkretne słowa to, co się po ich projekcji myśli. To dla mnie trochę tak, jak z opisywaniem książek Murakamiego, po lekturze których nie umiem ubrać w słowa własnych myśli czy refleksji.
Na mnie największe wrażenie robiło spotkanie Batii z nią samą z przeszłości. Lubię takie pomysły, lubię takie nie do końca jasne postaci, które pozwalają na dowolną interpretację w zależności od losów bohaterów.
Film "Meduzy" można by skrzywdzić mówiąc, że tak naprawdę jest kolejnym z tych, które pokazują, jak ważne są między ludźmi kontakty, rozmowa, emocje, więzi, że ich brak może na człowieku wywrzeć wpływ na resztę życia. Kolejnym, który niby coś pokazuje, ale nic nowego nie wnosi. Można by go tak podsumować, ale według mnie to, w jaki sposób państwu Keret udało się pokazać samotność wśród ludzi owych tytułowych "meduz" stawia ten film na nieco wyższej, niż "kolejny" z tego cyklu.
Mnie się bardzo podobał i go polecam.

„Głos bez echa”. Celine Curiol.

Wydana w Wydawnictwie Muza, 2007.

Przeglądając blog zawsze dobrze poinformowanej na temat książek Padmy zobaczyłam wzmiankę o kolejnej przedstawicielce współczesnej prozy francuskiej Celine Curiol i jej książce "Głos bez echa". Jako, że lubię , jak Wiecie, kino francuskie, również proza współczesna z tamtych stron interesuje mnie wielce. I tak oto miałam okazję przeczytać tę książkę, po której naszły mnie dwie refleksje tak na gorąco. Pierwsza to ta, że z europejskich miast to Paryż zdaje mi się być idealnym tłem dla opowiedzenia, przedstawienia czy to na kartach książki czy w filmie, historii ludzi nieszczęśliwych, przegranych czy zmagających się z życiowymi dramatami i samotnością. A druga myśl poniekąd związana była poniekąd z tą samotnością tu w książce, bohaterki. A mianowicie, jak to jest, że w literaturze mamy na pęczki portretów nieszczęśliwych kobiet walczących o okruszynę chociażby szczęścia u boku mężczyzn, którzy albo je lekceważą, albo są na tyle słabeuszami, że nie mają w sobie dość odwagi, aby przeciąć chore więzi łączące je z owymi nieszczęśliwymi kobietami pokładającymi nadzieję na związek z nimi. Czemu są to na ogół tacy słabeusze a może raczej tchórze, którzy nie są w stanie albo wprost powiedzieć, że z romansu raczej nici albo nie są w stanie przyznać się swoim partnerkom, żonom, narzeczonym, że mają chęć na inną kobietę. O dziwo, jakoś tak wielu portretów mężczyzn nieszczęśliwych w literaturze nie spotkałam (oprócz , oczywiście, naczelnego nieszczęśliwego , czyli Wokulskiego, który to faktycznie zawsze zastanawiał mnie w swoim bezsensownym uporze w trwaniu przy boku nieciekawej Łęckiej, ale to taka uwaga na marginesie).

Po tym przydługim wstępie czas na parę słów o samej książce. Ona, podejrzewam, że około trzydziestki, zapowiada przyjście i odejście pociągów na Dworcu du Nord. Jest sama, i samotna. A jak wiemy, to dwie różne sprawy. Jej jednak trafił się taki pakiet. Mimo, że zdaje się mieć jakichś tam znajomych, to właściwie ma tylko jednego. Jego. Jego, który ma cały szereg cech za to jedną wadę. Partnerkę, Ange. Co ciekawe, imienia głównej bohaterki podczas lektury nie poznajemy. Jak sądzę, to celowy zabieg Curiol, która w ten sposób chce bohaterkę własnej opowieści jeszcze bardziej umniejszyć.
Jakby i sam fakt, że przedstawia Ją jako zagubioną w świecie bezradną w gąszczu własnych uczuć, emocji w stosunku do siebie, innych, Jego, i tak nie deprecjonowało tej postaci wystarczająco.
Ona faktycznie nie umie się odnaleźć. Niby prowadzi zwykłe życie, chodzi do pracy, wobec której ma raczej obojętny stosunek, nie wygląda na to, aby próbowała kiedyś czegoś innego. Robi zakupy, sprząta. Wychodzi na spotkania z Nim i Ange. Ale jakby przepływała obok własnego życia, jakby widziała sama siebie z boku. Czasem wydaje jej się, że może zmienić wiele ale najczęściej, że nie zmieni się w jej zyciu nic.
On, oczywiście jak to w tego typu opowieściach ani myśli konkretnie się opowiedzieć po jej stronie. Ale , jakie to typowe, brak mu odwagi, aby urwać chory związek pomiędzy nimi, aby raz na zawsze pokazać jej, że nic z tego nie będzie. Jednocześnie, oczywiście, buduje swoje szczęście u boku Ange. Kobiety idealnej, jak w myślach postrzega rywalkę? Ona.
Nie jest to historia łatwa, ani przyjemna. W jakiś sposób niesie jednak nadzieję , że w Jej życiu coś się jednak zmienić może, że nie do końca wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości muszą do końca zdeterminować przyszłość.
I tej nowej drogi dla Niej życzę jej z całego serca.

Malutka uwaga na końcu recenzyjki. Z niewiadomych mi bliżej powodów na okładce książki w jej opisie widnieje rekomendacja,mówiąca o bohaterce cytuję: "(…) łączącej w sobie cechy Amelii, Bridget Jones oraz Ally Mc Beal".
Będąc szczerą, ten zabieg traktuję li i wyłącznie marketingowo, jako, że na szczęście, bohaterka nijak się ma do żadnej z trzech wymienionych tu pań.

Samą książkę jednak polecam. Niezły to kawałek współczesnej prozy opowiadający o samotnej w wielkiej europejskiej metropolii…

pióro wieczne;)

Jedna z rzeczy, które zawsze przyciągną moją uwagę…To właśnie pióro wieczne. Pomstuję na nowoczesne kartki z życzeniami, które produkowane są z dziwnej jakości papieru, na którym pisze się jedynie długopisem, piórem zaś się nie da. Nie wiem, woskują to czasem czymś, czy co?
Pióro wieczne stanowiło wyposażenie mojego piórnika od wczesnego dzieciństwa. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, bo w domu raczej pisano długopisami, a ja sobie pióro ulubiłam. W podstawówce miałam chińskie, na tłoczek. Bardzo pilnowałam, aby wieczorem uzupełnić zbiorniczek atramentu, aby następnego dnia nie być zaskoczoną w szkole. Pamiętam, miałam też potem jakieś tanie, niemieckie zdaje się, ale z fajnie wyrobioną już stalówką, które się wykruszyło (z plastiku była oprawka) i tylko dlatego zakończyło swoją karierę u mnie. Piórem pisałam też na każdym etapie swojego życia listy mniej lub bardziej emocjonalne. Jednym słowem, pióro, to dla mnie był i jest ważny element mojego życia codziennego;)
Obecnie mam dwa pióra, no, nie, trzy, ale o tym za chwilę. Pierwsze, to otrzymane od P. na trzydzieste urodziny pióro Visconti. Szalenie eleganckie, w gustownym etui. Takie super;) To nim piszę listy. Mam też pióro Watermana, które kupiłam sobie rok temu, którym czynię zapiski w kalendarzu. Jest w różowej, a jakże, oprawce i ma fioletowy atrament. Też czasem piszę nim listy.
Od dzisiaj jestem posiadaczką kolejnego pióra Watermana, a mianowicie za sprawą tego, że zrealizowałam sobie nagrodę za uzbierane punkty w moim programie lojalnościowym w mojej sieci telefonii komórkowej. Uzbierałam sporo punktów i przeglądając nagrody zastanawiałam się nawet nad prenumeratą pism, ale sorry, nie do końca mają te, które mnie interesują a nie ma sensu zamawiać czegoś, czego się czytać nie będzie, i nagle w oko wpadło mi pióro wieczne.

No i je właśnie sobie zamówiłam. Dzisiaj dotarło kurierem. Pan kurier był tak miły, że wcześniej zadzwonił spytać, czy może mi przekazać przesyłeczkę, jak się wyraził. Mógł i dostarczył. Pierwszy raz zresztą dzwonił do mnie kurier, inna sprawa, że jakoś wiele razy kurierem nie przesyłano mi rzeczy.
Muszę przyznać, że cała ta kolekcja Watermana Audace jest śliczna i jakbym mogła, to chyba prawie wszystkie pióra z niej bym chciała mieć;)
Przyznać się, kto jeszcze pisze piórem, jest nas sporo, czy tylko takie dinozaury, jak ja?:)

„Grobowiec”. Kate Mosse.

To druga książka Kate Mosse wydana na naszym rynku wydawniczym. I tak oto "Grobowiec" wydany w Wydawnictwie Prószyński i S-ka (2008) to kolejna powieść Mosse, w której teraźniejszość ma wyraźne powiązania z przeszłością, z historią.
Tym razem akcja książki dzieje się zarówno współcześnie, jak i w końcu wieku XIX.
W czasach obecnych poznajemy młodą Amerykankę, Meredith, która przybyła do Europy, do Francji w celu zbadania pewnych tropów w biografii kompozytora Claude’a Debussy’ego. Jej celem jest bowiem napisanie innej, niż dotychczasowe, biografii tego artysty. Nie jest to jednak jedyny cel jej podróży. Meredith ma podstawy sądzić, że jej przodkowie pochodzą z Francji właśnie, a konkretnie z miejscowości niedaleko Carcassonne, na południu kraju. I właśnie owe korzenie rodzinne chce dziewczyna poznać.
Zdawało by się, że cel jest jasny. Ale od początku podróży coś ją trapi, odczuwa jakieś niejasne przeczucie, że podczas owej podróży dojdzie do czegoś więcej, niż tylko zgłębienie przeszłości.
Pojawia się tajemnicza kobieta, która namawia Meredith na powróżenie jej tarotem, pojawia się też zagadkowa talia tarota, która przedstawia między innymi osobę uderzająco do Meredith podobną. Ciekawe…
Sięgnięcie do przeszłości, to z kolei kawałek historii rodzeństwa, Leonie i Anatola, Paryżan, których w końcu wieku XIX losy rzucą na czas jakiś do rodzinnej posiadłości ich matki, na południe Francji właśnie, tam, dokąd zmierza chcąca poznać losy swych przodków, Meredith w XX wieku. W pewnej chwili, zgodnie z przepowiednią niezwykłej talii tarota, przeszłość i czasy obecne zazębią się ze sobą, okaże się, jak wiele historia ma wspólnego z "dzisiaj" i jak bardzo na nie wpłynęła.
Książki Mosse to według mnie ciekawe czytadła. Nie są to można najbardziej ambitne książki, jakie przyszło mi czytać, ale spełniają moje oczekiwania wzgędem tego typu książek. Mają interesującą fabułę, tajemnicę , którą przyjdzie czytelnikowi rozwikłać w miarę upływu akcji książki i dość przyjemny klimat towarzyszący lekturze.
Co prawda, ja czytałam ją wyjątkowo długo, ale to również przez to, że po drodze wzięłam się za "Stulecie detektywów".
Miłośnikom tego typu książek moge polecić, sądzę, że się spodoba.

„Fados”. Reż. Carlos Saura.

Panie i Panowie. Czasem na ścieżce swojego życia napotykamy coś, co nas dotyka , przenika na wskroś, nawet , jeśli nie do końca to pojmujemy. A może to tylko ja tak mam? A mam tak z Fado. Nie, nie znam języka portugalskiego, nie mogę powiedzieć więc, że wiem, o czym traktują wszystkie pieśni Fado a jednak, kiedy ich słucham, rozumiem. Najwyraźniej tak bywa. Tak było, kiedy w listopadzie 2003 roku zasiedliśmy w jednej z restauracji lizbońskiej, w której śpiewało się Fado. W której, co ciekawe, śpiewała zarówno Fadista, jak i kelnerzy czy obsługujące nas kelnerki , kiedy to nagle wydawało by się z tłumu podnosił się ktoś, by zaśpiewać pieśń chwytającą za serce i duszę…Jak na załączonym filmiku z youtube.
"Fados" Carlosa Saury, to po jego "Iberii" drugi film w podobnej konwencji. Nie ma tu narratora, nie ma tu opowieści , konkretnej fabuły, są przedstawieni pieśniarze i pieśniarki Fado, ale również zespoły taneczne, całe choreografie stworzone dla pieśni, muzyki Fado. Jest i nawet nowoczesny rap będący swoistym hołdem dla pieśniarza Fado.
Czy ten film trafi do każdego? Z pewnością nie. Na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla miłośników Fado i dla wrażliwców, którym nie przeszkadza, że film jest raczej próbą udokumentowania pewnego zjawiska nie zaś fabularyzacją jego.
Na mnie "Fados" podziałało jak katharsis…pod koniec, właśnie przy pieśni, którą wyszukałam, aby Wam ją zaprezentować, popłynęły łzy. Łzy, które były odzwierciedleniem tego, co czuję, kiedy słyszę Fado, czyli odzwierciedleniem moich wspomnień dotkniętych melancholią…wspomnień z jednej z najwspanialszych podróży, jakie miałam okazję odbyć, a mianowicie podróży do Lizbony.
Mogłabym nigdy nie trafić do Japonii, mogłabym nigdy nie odwiedzić Rio de Janeiro czy Argentyny , ale chciałabym wrócić do Lizbony…….wrócić i znowu zasiąść wieczorem w jednym z tych miejsc, w których rozbrzmiewa Fado, w którym nagle staje się coś niemożliwego, śpiew sprawia, że przenosisz się do jakiegoś zupełnie innego świata, coś dotyka głębi twojej duszy a ty dajesz się ponieść melancholii, wspomnieniom, czasem nawet łzom…
Film polecam. Ale najbardziej polecam odwiedziny miejsca, w którym Fado jest źywe. I to nie na zasadzie folkloru dla turystów, które się "odbębnia" jako kolejny odhaczony punkt wycieczki. Nie, w Lizbonie wciąż Fado żyje, jest obecne , można mieć telefon komórkowy i najlepszą markę auta, a wieczorami zasłuchiwać się w to, co śpiewają nam Fadiści , to, co śpiewają z głębi serc i dusz…
Tym, którzy chcieliby poczytać moje wspomnienia na temat Fado, polecam stareńki wpis.
A także polecam fragment "Fados" Saury:

czar na pieprzyki…

…czyli czego to ludzie nie szukają;)
Dzisiejszy podział będzie kierował się będzie przedziwną logiką szukających i tak oto z cyklu "magia" mamy:
"czar na pieprzyki"  nie sprecyzował, czy chce komuś te pieprzyki czy swoich się pozbyć…

"klątwy i uroki tunezja" ho ho, nie wspomogłam, niestety…

z cyklu egzystencjalne rozterki
"co nie wypada trzydziestolatce" ząb na przykład nie wypada…trzydziestka, to nie koniec życia i świata, wierz mi…

"gdzie perfumy najbardziej pachną" moje w Grecji, a Twoje?

"czego szukają ludzie wchodzący na bloga"  czego szukacie?

"co dziewczyny robią w przymierzalni"  hehe, chciałbyś wiedzieć (a najlepiej pewnie widzieć)

z cyklu uroki osobiste czar i miłość względnie sex

"jak wzruszyc swoja dziewczyna" ładnie mówić jej i wierszykiem i poprawną polszczyzną

"facet mówi że mnie lubi co to znaczy" chce się bzyknąć

"filmy do oglądania sex" a kuku, to nie tutaj;)

z cyklu ornitologia

"czy kanarki śpiewają tylko rano" nie, mój śpiewa praktycznie cały dzień

"zdjencia kanarków" słownik ortograficzny najpierw

i z cyklu nie przyszło by mi do głowy szukać tego w necie, czyli:
"czy zemsta może nas rozweselić" sądząc po tym, że nieustannie trafiają do mnie za hasłem "jak uprzykrzyć życie sąsiadowi z góry" a przypominam, że hasło o zemście na sąsiedzie też się trafiło, wnioskuję, że są tacy, których to faktycznie mocno rozwesela

"bo jakoś nie przepadam za zimą" ja też nie

"co robić żeby spodnie się nie obcierały" nie wieszaj w szafie pani spodnie i pana spodnie, to się nie będą obcierały, z drugiej strony, może wyszło by z tego obcierania co dobrego czyli nowa para spodni, więc…wybór należy do ciebie

"fobia na listonosza" ja mam fobię na instytucję poczty

"zakładam plantację choinek" brawo!

ale dzisiejszym niekwestionowanym zwycięzcą otrzymującym wirtualny uścisk dłoni prezeski tego miejsca okazuje się być:

"jak usunąć długopis z lalki"

Tradcyjnie przypominam, że zachowałam oryginalną, najczęściej śmieszną, pisownię autorów poszukiwanych tekstów.



„Stulecie detektywów”. Jurgen Thorwald.

Książka ta została wydana w Wydawnictwie "Znak" (2009). Nie jest to pierwsze wydanie jej na naszym rynku, a wznowienie.
Sądzę, że śmiało mogę nazwać tę książkę "pozycją obowiązkową" dla miłośników literatury kryminalnej czy też samego zagadnienia kryminalistyki.
Autor stworzył solidne vademecum wiedzy o kryminalistyce na przestrzeni właśnie mniej więcej stu lat. W swojej pracy wziął pod uwagę kilka najważniejszych zagadnień stanowiących podstawę udanego (albo i nie , niestety) śledztwa. I tak oto książka podzielona jest na cztery części, pierwsza z nich zajmuje się identyfikacją sprawców za pomocą odcisków palców, druga kwestią medycyny sądowej, trzecia istotą dla kryminalistyki medycyny sądowej, czwarta, ostatnia, najkrótsza, porusza istotę balistyki.
Każda część podzielona jest na szereg krótszych podrozdziałów, z których dowiadujemy się najczęściej na podstawie konkretnych spraw i śledztw mających miejsce, o rozwoju owych dziedzin na przestrzeni właśnie stu lat i to w ujęciu nie jednego kontynentu ale całego świata. Z naciskiem jednak na Europę.
Muszę powiedzieć, że czasem zadziwia mnie moja własna naiwność. Nie wiedzieć, czemu, odnosiłam wrażenie, że "dawno temu" człowiek jako człowiek był po prostu lepszy. Że zbrodnie, owszem były, ale nie tak brutalne, jak obecnie i nie tak wielokrotne. Otóż, nic bardziej mylnego. Po lekturze "Stulecia detektywów" mogę stwierdzić jedno. Prawdopodobnie po prostu tak mi się wydawało jedynie dlatego, że nie było tak rozwiniętych mediów, które by poszczególne sprawy aż tak, jak obecnie nagłaśniały.
Ludzie bowiem okazuje się, mają w swojej naturze wpisane zło, chciwość, pazerność, zazdrość, chorobliwie pojmowaną miłość. Wszystko to częstokroć prowadzi ich do popełnienia zbrodni.
Tak czy inaczej, lekturę "Stulecia detektywów" polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, jest to bowiem bardzo solidnie i interesująco napisana książka, która mimo, że traktuje często o dość koszmarnych czy makabrycznych sprawach, jest jednak z gatunku tych, od których nie można się oderwać.
Polecam!

sypnęło kartkami w tym tygodniu…

…zaczęło się od poniedziałku, kiedy to otrzymałam życzenia Urodzinowe podane w bodajże najoryginalniejszej jak dotąd formie. Otóż otrzymałam dziesięć zapakowanych w prezentowy papier i przewiązanych wstążeczką kartek rozmaitych formatów , które to ponumerowane stanowiły ciąg życzeń, które czytało się przechodząc od kartki do kartki a wcześniej oczywiście odpakowując je niecierpliwie z owego papieru, wstążeczki i klamerki, którą przypięty był numerek kartki. Bardzo to miłe było, chociaż P. stał obok i śmiał się ze mnie patrząc, jak niecierpliwie rozpakowuję poszczególne kartki. Te zresztą bardzo przyjemne dla oka, w różnym stylu, od typowo Urodzinowych aż po takie, jak lubię, stare ujęcie czarno białe przedstawiające dwie rozmawiające w kawiarnianym ogródku kobiety…Obiezy_swiatko, dziękuję pięknie, naprawdę jak dotąd nigdy tak fajnie nikt mi życzeń Urodzinowych nie "spakował" a i treść życzeń miła.
Następnie jednego dnia dotarły kartka z Chicago od Evek, z widocznymi drapaczami chmur i słynną na cały świat Sears Tower i kartka z Wiesbaden od Kwiecienki z widokiem Cerkwi Prawosławnej , która to podobno jest ichniejszym odpowiednikiem Taj Mahal, zbudowana została bowiem z podobnych powodów.
A dzisiaj dotarła oczekiwana kartka z Hong Kongu, od Chihiro, na której to widać ptasi ogród i targ zarazem. Chihiro napisała, że to podobno jedno ze spokojniejszych tam miejsc, a wydaje mi się bardzo zatłoczone, co wielce mówi o samym mieście…
Wszystkim za pamięć bardzo dziękuję;)

wczorajsza strzelanina w niemieckiej szkole…

…sprawiła, że przed oczami stanęła mi ponownie książka, która i tak dała mi niezłego kopa i o której i tak podświadomie wciąż myślę, a mianowicie "Dziewiętnaście minut" Jodi Picoult. Tak wiele w tej fikcji literackiej i nagłej prawdzie z sąsiedniego kraju podobieństw. I tam i tu rodzice kolekcjonowali broń. W książce Picoult dziecko obcowało z bronią od maleńkości, jako, że ojciec polował i z bronią dzieci zaznajamiał, a tu z tego, co słyszałam, również rodzice sprawcy mieli w domu niezły (legalny, dodajmy) arsenał.
Zarówno bohater książki lubił gry komputerowe, w której zabijał napastników (sam takie tworzył, wraz z innym prześladowanym kolegą, w których zabijali przedstawicieli szkolnej dręczącej innych elity), jak i strzelający w Wiennenden podobno takowe gry lubił, gdyż znaleziono je na twardym dysku jego komputera.
Do niedawna strzelaniny w szkole były (złe określenie) domeną szkół amerykańskich, które to wieści mimo, że okropne, zdawały się na tyle dalekie, że aż mało wiarygodne, i jakby bardziej możliwe ze względu na fakt większego dostępu do broni. Jednak od pewnego czasu wyraźnie problem zbliża się do nas coraz szybciej i szybciej. Już nie można powiedzieć, że problem nie dotarł do Europy, dopiero co w Finlandii miała miejsce strzelanina w szkole właśnie, a wczoraj w Niemczech.
I Wiecie, jaka była moja nieoptymistyczna myśl, jaka przyszła mi do głowy kiedy usłyszałam to wczoraj w radio? Kiedy zdarzy się to w Polsce? Niestety, właśnie taka. Problemów społecznych nam nie brakuje , szkoła już dawno przestała pełnić właściwą jej rolę , pedagodzy przestali być z powołania (nie wszyscy, oczywiście, ale wciąż tych z powołaniem za mało), a problem dręczenia uczniów przez rówieśników narasta w stopniu zastraszającym…i jakby brak na to wszystko rozwiązań. Czy ratuje nas fakt, że wciąż nie ma u nas takiego dostępu do broni, jak w innych krajach? Niekoniecznie chyba…do przemyślenia.

Artykuł na temat strzelaniny w gazecie.