„Meduzy”. Reż. Shira Geffen, Edgar Keret.

W przypadku "Meduz", który to film małżonkowie razem wyreżyserowali a żona Kereta napisała do niego scenariusz praca małżeństwa dała bardzo dobry rezultat. Można powiedzieć, że z tej współpracy wyszło bardzo udane dziecię, jakim jest film.
"Meduzy"…oglądając ten film przypomniały mi się po prostu zwykłe meduzy, które to spędzają swoje życie unosząc się na falach i na ogół docierając tam, gdzie zaniesie je morski prąd. Z meduzami jako formami życia kojarzyli mi się główni bohaterowie tej opowieści. Mamy tu do czynienia z grupą osób, która jakby unosiła się nieco bezwolnie na falach, pozwalając, aby jakieś zewnętrzne czynniki oddziaływały na ich życie i to, w jakim jego miejscu się znajdą.
Jest młode małżeństwo, które na skutek nieszczęśliwego zdarzenia zamiast spędzać miesiąc miodowy na Karaibach spędza go w niezbyt trafnie ulokowanym hotelu na izraelskim wybrzeżu, w którym to hotelu spotykają tajemniczą kobietę, której życie zmieni się niemal na ich oczach. Jest i samotna dziewczyna Batia, opuszczona przez własnych rodziców zbyt zajętych samymi sobą,  która rozstaje się z chłopakiem. Jest też Filipinka, która przyjechała do Izraela, aby pracą opiekunki zarobić na utrzymanie swojego małego synka.
Wszystkie postaci zdają się być pozbawione czegoś ważnego, co niektórym udaje się po czasie osiągnąć, ale nie wszystkim w takim stopniu, jakby tego oczekiwały.
Batia napotyka na swojej drodze dwie osoby, pierwsza to żywiołowa dziewczyna fotograf pracująca w tej samej firmie organizującej wesela, co Batia. Druga, to pięcioletnia dziewczynka, która wychodzi z moża, jak Mała Syrenka, opasana kołem ratunkowym,niemal wprost w ramiona Batii. Mała dziewczynka, która jest tak naprawdę samą Batią. Batią, której w wieku pięciu lat runął jak dotąd w miarę bezpieczny świat jej dzieciństwa, kiedy to rodzice się rozstali. Batia niby jakoś funkcjonuje, ale właśnie, niby, i jej życie przypominało mi zdecydowanie takie dryfowanie meduzy po falach morza czy oceanu. Spotkanie z samą sobą sprzed lat chyba pozwala jej spojrzeć na pewne sprawy nieco inaczej. Zaczyna przyjaźń z fotograf, która zostaje wyrzucona z pracy. Batia (mam taką nadzieję) daje sobie samej szansę.
Małżonkowie z kolei zachowywali się, jak małżeństwo, ale niekoniecznie młode a z baaardzo wieloletnim stażem. Dopiero sytuacja mająca miejsce w hotelu chyba nieco nimi potrząśnie.
Jest też Filipinka, która pomoże pewnej starszej pani spotkać się z córką, chociaż nie jestem pewna, czy to spotkanie zapoczątkuje serię następnych, po latach niedopowiedzeń i niewidzenia się wzajemnie. I ona będzie musiała zadecydować, co dalej z jej życiem.
"Meduzy", to film, o którym trudno mi się opowiada. Bo to film z gatunku tych, które kiedy się ogląda, podobają się i robią wrażenie, a po ich obejrzeniu trudno jest ubrać w konkretne słowa to, co się po ich projekcji myśli. To dla mnie trochę tak, jak z opisywaniem książek Murakamiego, po lekturze których nie umiem ubrać w słowa własnych myśli czy refleksji.
Na mnie największe wrażenie robiło spotkanie Batii z nią samą z przeszłości. Lubię takie pomysły, lubię takie nie do końca jasne postaci, które pozwalają na dowolną interpretację w zależności od losów bohaterów.
Film "Meduzy" można by skrzywdzić mówiąc, że tak naprawdę jest kolejnym z tych, które pokazują, jak ważne są między ludźmi kontakty, rozmowa, emocje, więzi, że ich brak może na człowieku wywrzeć wpływ na resztę życia. Kolejnym, który niby coś pokazuje, ale nic nowego nie wnosi. Można by go tak podsumować, ale według mnie to, w jaki sposób państwu Keret udało się pokazać samotność wśród ludzi owych tytułowych "meduz" stawia ten film na nieco wyższej, niż "kolejny" z tego cyklu.
Mnie się bardzo podobał i go polecam.