Hmmmmmmm…
Wypatrując tego tytułu reżysera, który nie zawiódł mnie podczas jego poprzednich filmów takich, jak "On, ona i on" czy "Okna" tak bardzo liczyłam, że i "Saturno contro" mnie zachwyci, poruszy, spowoduje, że po zakończeniu projekcji będę wciąż i wciąż o nim myśleć. Że coś tam w środku mnie poruszy, że spowoduje, że coś będzie "uwierać" ale w takim pozytywnym sensie, że będę myśleć, rozważać, zastanawiać się, porównywać, zadawać sobie samej pytania o różnice albo podobieństwa. Czyli, że spowoduje moją osobistą burzę mózgu, w czasie której coś mnie ruszy, dotknie.
No i niestety, w czasie oglądania tego filmu tego się nie doczekałam;(
Myślę,że może pomysł i był, ale zdecydowanie zabrakło mi tego, co powodowało, że podobały mi się jego poprzednie filmy. Brak tej siły, która zmuszała mnie do myślenia o filmie i problemach tam przedstawionych.
Film opowiada o grupie przyjaciół, bardzo ścisłym gronie znajomych w okolicach trzydziestki, czterdziestki. Ta sama grupa od lat spotyka się w tym gronie, raczej niechętnie przyjmuje do niego nowe osoby. Spotykają się czy to na typowo włoskich kolacyjkach z dobrym jedzeniem i zacnym winem, jak i podczas wspólnych wyjazdów. W czasie których to kolacji czy wypraw prowadzą dysputy i rozmowy, czasem rozpamiętując przeszłość. czasem rozważają możliwość przyszłości. Niby mogło by być ciekawie, ale niestety, nie jest. I nawet sytuacja, która nimi wstrząsa, coś, co zdarza się i raz na zawsze burzy dotychczas ustalony porządek, nie potrafi tak naprawdę wpłynąć na ich losy. Coś za płytkie mi się to wydało, jakby reżyser nie wykorzystał potencjału swojego własnego początkowego pomysłu, jakby ponapoczynał wątki aby zostawić je praktycznie bez rozwiązania.
Tak naprawdę narzekam właśnie dlatego, że reżyser przyzwyczaił mnie do czegoś o wiele lepszego kalibru i po prostu w tym filmie tego mi zabrakło.
Szkoda, że ze wszystkich wypowiedzianych w filmie zdań największe wrażenie zrobiło na mnie praktycznie tylko to ostatnie w nim wypowiedziane…
