Wiele się mówi o dogoterapii, hipoterapii, uzdrawiającej terapii z delfinami, za to, co ciekawe, nigdy nie słyszałam o terapii z pomocą obserwacji ptaków, a moim zdaniem zdecydowanie taka powinna być.
Ta myśl przyszła mi na myśl po naszym wczorajszym spacerze do parku w Powsinie, gdzie jest karmnik, przy którym stołuje się sporo ptasich mieszkańców okolic, czyli parku i lasu kabackiego. Spędziliśmy na podglądaniu tych łasuchów sporo czasu. Oczywiście największymi łakomczuchami okazały się, a jakże, sikorki. Ale nie mogę powiedzieć, aby również dzięcioł czy sójka nie okazały się smakoszami. Sikorki tu są bardziej płochliwe, niż te, które znamy na innej trasie spacerowej. Te są jednak leśne i mniej z ludźmi zaznajomione, a więc bardziej nieśmiałe. Do karmnika dosłownie wpadały na sekundę, nawet na słonince nie zatrzymywały się na długi czas. Za to zarówno dzięcioł jak i sójka, urządziły sobie prawdziwą ucztę, smakując ziarno i inne przysmaki, jakie są im wysypywane w karmniku.
Po tych obserwacjach muszę powiedzieć jedno, to obserwowanie podjadaczy i ich zasady panujące przy stołowaniu się zdecydowanie dodaje humoru i uważam, że mogło by śmiało być stosowane jako jeszcze jeden rodzaj terapii wszelakiej.
Ten przydługi wstęp miał na celu wprowadzenie do jeszcze innego aspektu ptasich cudowności, a mianowicie filmu, jaki wczoraj obejrzeliśmy , a mianowicie "Marszu pingwinów".
Nie przypuszczałam, że życie w tak zdawało by się potwornym klimacie i tak pozbawionym wszystkiego tego, co kocham, czyli słońca, ciepła, zieleni miejscu jest tak interesujące i aż tak zajmujące.
Film "Marsz pingwinów" opowiada o od wieków mającej miejsce wędrówce wspaniałych pingwinów cesarskich na Antarktyce w celu założenia dwuosobowej ptasiej rodziny, złożeniu jaja, które następnie samica natychmiast przekazuje partnerowi, aby sama udać się w kierunku morza na pożywienie, a następnie ponownym spotkaniu się pingwiniej rodziny i wędrówce ku morzu, gdzie młode pingwiniątka uczą się samodzielności.
Ten film, może to kogoś rozbawi, ale swoją wymową skojarzył mi się z filmem z zupełnie innej bajki, a mianowicie "Wiosna, lato, jesień, zima i…wiosna", Ki-duk Kima. Właściwie oba filmy w różny oczywiście sposób, ale opowiedziały o cyklu życia, dziejącym się wciąż i wciąż. O tym, jak tak naprawdę przy życiu trzyma nas jego dość zwykła przewidywalność, następowanie po sobie pór roku, tego, że cykl jest cyklem i nie zmieni się go, jakkolwiek by się chciało.
Te same nieopierzone młokosy, które śmieszą zabawnym zachowaniem jeszcze nie do końca wyedukowanego pingwina za niedługi czas same dołączą do maszerujących dorosłych. Podejmą grę, której zasad może nie pojmują do końca, ale która je determinuje. I to one staną się potem rodzicami, którzy z takim oddaniem będą opiekować się złożonym jajem.
Muszę przyznać jedno, oglądając ten film poczułam się niemal jakbym miała okazję na ten rok przenieść się w tamte rejony i sama obserwować te niezwykłe ptaki. Cudowne kadry, niezwykłe prowadzenie kamery (wciąż zastanawiamy się, jak fizycznie te kamery były tam obecne, bo to, jak zostały zainstalowane i jak one wytrzymały aż takie mrozy , pozostaje dla nas zagadką). Przeżywaliśmy wzloty i upadki pingwinich rodzin, byłam zdruzgotana widząc jajo, które młodzi, nieudolni jeszcze rodzice, niestety, wypuścili ze swoich łap i które momentalnie pękło na ogromnym mrozie…Wzruszył mnie moment, kiedy maluchy zaczynały wykluwać się z jaj i kiedy widać było tajemnicę życia. Uśmiechałam się widząc, jak pewnego dnia maluchy oderwały się od piersi mamuś i natychmiast zaczęły, jeszcze niezdarnie, dreptać na swoich łapkach. Przeżywałam też chwilę, kiedy pisklęta zostały zaatakowane przez ptaka, niestety, nie wiem, jaki to był, ale w każdym razie niestety, nie okazał się dobrym przyjacielem, a wręcz wrogiem małych pinginów.
Film nie oszukuje, nie pokazuje tylko wspaniałych chwil z życia tych ptaków. Jest szczery w swojej wymowie. W życiu, zdarzyć się może zarówno wspaniałe pisklę ale i nieudana próba transportu jaja co za tym idzie, nieudany cykl. Może zdarzyć się stado oddanych przyjaciół, którzy pomogą przetrwać najgorszy nawet mróz, ale i wredny wróg, który z agresją zatłucze to , co kocha się najbardziej. Tak było od wieków w przyrodzie i tak będzie zawsze. Ale jednak wymowa jest jak najbardziej pozytywna. Żeby nie wiem, co się działo, żeby nie wiem, co było, one jak od setek lat, w marcu poczują coś, co każe im porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć w drogę ku znalezieniu partnera, z którym założą swoją pingwinią rodzinę.
Cykl życia pozostaje bowiem niezmienny a tajemnica czasem jest daleko, jak na Antarktyce właśnie a czasem bliżej, bo w powsińskim karmniku.
Tym, którzy nie widzieli, film polecam szczerze!
Wklejam też link do oficjalnej strony filmu:
http://empereur.luc-jacquet.com/index_flash.htm