Ostatnio zostałam rozpieszczona najrozmaitszymi przesyłkami:)
Najpierw w poniedziałek dotarły pocztówka z Essen i zakładka do książki od Obiezy_swiatki i zakładki do książki i próbki perfum od Reginy.
Obiezy_swiatka wybrała zakładkę ze zdjęciem z Nepalu z kolorowymi pigmentami, podejrzewam, że to barwniki do materiałów. Natomiast pocztówka przedstawia Essen widziane oczami niezwykłego malarza, bowiem zasiedziałego od lat trzydziestu w tej przez większość z nas postrzeganej jako tylko przemysłowej okolicy, malarza ze Sri Lanki, Ariyadasa Kandege. Faktycznie wpływy słonecznego i zupełnie odmiennego środowiska są w jego twórczości bardzo widoczne.
Regina wybrała zaś zakładkę z kotem, zabawną pocztówkę w sepii i w starym stylu i zakładkę tej samej firmy, co ta z pigmentami od Obiezy_swiatki, ale za to z innym motywem, chociaż równie egzotycznym, bowiem są to kolorowe, niezwykle barwne marokańskie kapcie (żałuję, że nie nabyłam sobie takich w Wiedniu, gdzie był taki jeden sklepik z tego typu rzeczami). Obie zakładki są bardzo egzotyczne i bardzo, bardzo energetyzujące i coś czuję,że zużytkuję je zimą na zmianę, bowiem zdecydowanie dodają pozytywnej energii, szczególnie swymi żywymi barwami.
We wtorek dotarł do mnie kalendarz z przepięknymi widokami Chorwacji, jest na tyle mały, że spokojnie stoi sobie na biurku przy komputerze i cieszy oko i przenosi w miejsce, w którym dotąd nie byliśmy.
Dzisiaj zaś dostałam (jednak kurierem:) mimo, że stempel jest poczty francuskiej, cóż jakieś ich tam powiązania, nie wnikam) od Chihiro śliczny kalendarz z obrazami przedstawiającymi czytające kobiety (coś dla mnie!), płytę z muzyką grecką (interpretacje poezji Nikosa Kavvadiasa) i przezabawną pocztówkę z greckim (!) kotem , albinosem, który ma jedno oko błękitne a drugie bursztynowe.
Za pamięć i rzeczy cieszące oko i ucho (to muzyka w przyszłości) bardzo Wam dziękuję;))
„Pasja życia”. Irving Stone.
Wydawnictwo MUZA książka Irvinga Stone’a "Pasja życia" to jedna z tych niewielu
książek, którym dałam drugą szansę. Jak niektórzy z Was pamiętają, jej lekturę
zaczęłam kiedyś, po czym odczuwając narastające lawinowo nastroje depresyjne
zarzuciłam lekturę z przekonaniem, że do niej nie wrócę. Jednak po rewelacyjnym
"Greckim skarbie" zapragnęłam się z nią ponownie zmierzyć.
książka świetna. Niestety, jedno się w moim jej odbiorze nie zmieniło. A
mianowicie fakt, że na nastrój, to ona zdecydowanie nie pomaga. Przynajmniej na
mój.
cieszę się, że już ją skończyłam, bowiem chwila dłużej i kto wie, czy znowu bym
jej nie porzuciła.
cech oddających rewelacyjnie przez autora napisaną biografię postaci tak
niezwykłej, jaką był Van Gogh.
pisze porywająco. Nadaje jej przedziwny rytm.Według mnie to "rytm" psychiki Van
Gogha. Zaczyna spokojnie aby w miarę rozwoju akcji przyspieszyć nerwowo. Zdania
są często pospieszne, urywane, jakby autor nie nadążał na myślą, jakby wiecznie
się dokądś spieszył, dokąd? Tam właśnie chyba dokąd zmierzał sam Van Gogh czyli
w jakieś przedziwne wewnętrzne światy istniejące tylko w jego
głowie.
artysta, którego dzieła są obecnie w największych Muzeach Sztuki świata i na
rynku osiągają zawrotne ceny ,za życia był po prostu
niedoceniony.
mieszczańska publiczność wybierała do swoich przytulnych wnętrz coś, co
sprawdzało się przez wieki. Konkretne tematy w konkretnym
ujęciu.
niezwykły samouk, nie wpisał się wówczas w upodobania odbiorców. Jego prace od
najwcześniejszych oddawały przede wszystkim emocje i prawdę, ale ujętą właśnie w
bardzo subiektywnym ujęciu, poprzez pryzmat jego emocji. Ten człowiek od
najwcześniejszych lat balansujący na skraju szaleństwa, nie mógł więc w tamtych
czasach stać się ulubieńcem odbiorców.
przygnębiającym faktem jest ten, iż właściwie przez całe swoje życie artysta ten
był niezrozumiany nie tylko przez odbiorców sztuki, ale tych, którzy zdają się z
założenia być nam bliskimi, czyli przez rodzinę. Jednak prawie nikt z rodziny
nie był dla niego wsparciem, nikt, poza niezwykłą osobą, takim, jak ja go
nazwałam, Aniołem Stróżem Vincenta na ziemi, a mianowicie bratem Theo. To on
stawał obok Vincenta w czasach najgorszych. To on praktycznie utrzymywał
zmagającego się z życiem, sztuką, samym sobą brata i regularnie wysyłał mu przez
całe lata pieniądze, które sam ciężko zarabiał jako handlarz
sztuką.
użyć stwierdzenia, że nie było by Vincenta Van Gogha bez Theo, bowiem zapewniał
mu niezwykłe wsparcie psychiczne i finansowe.
doskonale życie Vincenta Van Gogha. Jego walkę z życiem, ale i chęć wpisania się
w sztukę poprzez obrazy. Odkąd popełnił on pierwszy szkic, można powiedzieć, że
stał się straconym dla życia i świata. Sztuka nim zawładnęła a słaba psychika
spowodowała tylko szybsze załamanie nerwowe. W swoim życiu Vincent odczuwał
przede wszystkim głód malowania, głód oddania się w sztuce ale i głód
akceptacji, także często również ze strony środowiska malarskiego. Nie można też
zaprzeczyć, że był trudnym kolegą i z pewnością pewne kłótnie i spory mogły by
nie mieć miejsca, ale cóż, takim właśnie niespokojnym duchem był Van
Gogh.
przeczytać tę książkę, jeśli ciekawi jesteście życia osoby nieprzeciętnej. Warto
jest według mnie czytać ją mając pod ręką albo jakiś album z reprodukcjami
(zakładam, że właściciele oryginałów raczej nie czytają mojego bloga;) albo
stronę w internecie zjego obrazami, bo to wspaniale dopełnia lekturę. Podczas
oglądania możemy śledzić zarówno jego drogę artystyczną, jaką przeszedł, ale
również postępujące zmiany w jego stanie psychicznym, co doskonale oddają
obrazy, szczególnie z późniejszego czasu jego życia.
historie miłosne, nieszczęśliwe na ogół, ale wzrusza mnie opis życia ludzi
nieszczęśliwych i odrzuconych. I muszę przyznać się, że nie znałam ostatnich
dosłownie faktów z życia dwóch niezwykłych braci Vincenta i Theo. I kiedy
kończyłam wczoraj tę książkę, to poleciały łzy. Tak, wzruszył mnie fakt, że
Theo, który ożenił się, miał małego synka, zmarł niemal równo w pół roku po
śmierci brata…Tak, byli niezwykle ze sobą powiązani, to rodzaj więzi, którego
ja, jako jedynaczka, nigdy nie mogłam odczuć.
zacytuję ostatnie zdanie z książki:
słońca spływa na mały cmentarz pośród żółtych pól, Theo spoczywa w cieniu
płomiennych słoneczników Vincenta".
mieliśmy okazję odwiedzić Paryż. Spacerowaliśmy uliczkami Montmartre, którymi
tyle spacerował zarówno Vincent, jak i Theo, z którym przez pewien czas Vincent
zamieszkiwał na Rue Lepic 54. Podziwialiśmy ten dom, na którym jest obecnie
tabliczka. Ale nie przypuszczałam wtedy, że wrócę do jego biografii. Wklejam Wam
zdjęcie tabliczki na domu, jak i link do jednego z najsłynniejszych jego
obrazów, który sfotografowaliśmy podczas wyprawy do
Monachium.
polecam, to rewelacyjny kawałek literatury.
http://chiara76.blox.pl/2007/09/Neue-Pinakotheka-Monachium.html

jakaś taka się…
…czuję "oklapnięta". Emocjonalnie. Tak właściwie trwa to już czas jakiś, chyba od czasu Świąt. Oklapłam też towarzysko. Jak mnie ktoś nie wyciągnie na siłę, to nie ma bata, nie uaktywniam się. Zima też nie pomaga. Na te spacery nasze wychodzę regularnie , bo to coś, co mi dodaje sił i energii, i tyle.
Zastanawiam się, jak długo można czekać na kuriera? Bo Chihiro doniosła mi o wysyłce w czwartek , a kuriera ani widu ani słychu. Trochę dziwne. Ja rozumiem, że ileś ta przesyłka może "iść" ale to właściwie prawie tydzień, to tyle ile pocztą a zdaje się, że idea kuriera polega na szybszym dostarczeniu? Ale może ja się nie znam.
Żeby nie było tylko na smutno, to polecam tę stronę poniżej, można sobie z niej za darmo na komputer ściągnąć tapety, polecam szczególnie miłośnikom gadżetów komputerowych (jak ja;).
http://wallpaperstock.net/
polecam też blog, który zawsze poprawia mi nastrój:
„Matka Joanna od Aniołów”. Reż. Jerzy Kawalerowicz.
W dość krótkim czasie po przypomnieniu sobie przeze mnie "Pociągu" tego samego reżysera nadarzyła się okazja poznania jego innego filmu, który do tej pory jakoś mi umknął. Co było brakiem, ale na szczęście, nadrobionym.
No i okazało się, że to była istna uczta dla oka i ducha, czyli to, co powinno się odczuwać podczas prawdziwej uczty kinomana.
Tak, zdecydowanie nasze kino lat sześćdziesiątych proponowało widzom perełki.
"Matka Joanna od aniołów" to film, którego akcja dzieje się w klasztorze żeńskim, gdzieś na wschodzie dawnej Polski. W owym klasztorze od pewnego czasu dzieje się wiele niedobrego, demony opanowały żyjące w nim mniszki, począwszy od tytułowej Matki Joanny, przełożonej klasztoru (w tej roli świetna Lucyna Winnicka). Zostali wysłani księża egzorcyści, jednak wygląda na to, że nie dają sobie oni rady, zostaje więc wysłany do klasztoru kolejny egzorcysta, ksiądz Suryn (rewelacyjny Mieczysław Voit), który to ma skupić swoją pracę egzorcysty na wygnaniu demonów z ciała Matki Joanny, która to z kolei mówi mu kiedyś, iż odczuwa upodobanie w tym, że to właśnie ją opanowały demony i że lepiej być potępioną, jeśli nie można być świętą. Początkowo księdzu Surynowi zdaje się, że podoła zadaniu, niemniej jednak w miarę czasu zaczyna odczuwać swoją własną niemoc i bezsiłę. Do tego stopnia, że szuka on pomocy nawet w osobie Rabina. Przy okazji, rewelacyjny zabieg stylistyczny, czyli fakt grania przez Voita zarówno księdza Suryna jak i Rabina właśnie podczas teologicznej rozmowy. Czyżby miał to być symbol tego, że niektóre osoby nie znajdą odpowiedzi na nurtujące pytania w żadnej religii?
Stopniowo cała sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana i ciężka, i Suryn uzyskuje odpowiedź na swoje pytanie, mimo tego, że jak się okaże przyjdzie mu za to zapłacić wielką cenę.
Film oprócz niezwykłej opowieści i niezwykłej atmosfery niepokoju, pewnego rozdrażnienia i drgania emocji zdających się za chwilę wybuchnąć, a także bardzo dobrej gry aktorów pełen jest ciekawych ujęć i kadrów (niektóre są iście malarskie, zdawało mi się, że oglądam obrazy dawnych mistrzów).
Cóż, pewnie jestem jedną z niewielu odwiedzających mnie osób, które zobaczyły go tak niedawno, jednak jeśli ktoś go nie widział a będzie mieć okazję, szczerze polecam nadrobić ten brak. Nie będziecie zawiedzeni.
zbiorowy donos;)
dotyczący tego, co można dostać w kioskach czy innych przybytkach pism rozmaitych. Czas jakiś temu "Dziennik" wydał "Niania w Nowym Jorku". Fajnie tym, którzy się na to "załapali". Mnie się nie udało, a ten film akurat chciałam obejrzeć. No, cóż, innym razem.
Natomiast obecnie do dostania są takie rzeczy, jak komedia "Miłość, nie przeszkadzać" z Olivią, jak ktoś chce zobaczyć Audrey Tautou w innej roli, niż Amelia to jest okazja. W "Viva!" jest film "Broken Flowers" (ale bez lektora uprzedzam, gdyby ktoś nastawił się na niego, są tylko napisy). "Claudia" zaś prezentuje 10 hitów polskich dla zakochanych (rozumiem, że na lutowe święto;). Za to hitem absolutnym według mnie jest dodatek do "Poradnika domowego", a mianowicie "Dobre maniery" autorstwa Ines Mendizabal i Cateriny Berthelot, coś, co doskonale wpisało się w moją dyskusję u Brejna na tematy bon tonu i innych takich, o tu.
Czytam sobie i powiem szczerze, że nie ma to tamto, niby nie jest źle, człowiek na chama nie wychodzi ale jakbym wszystkie te rady miała stosować, to chyba bym nigdy nie napisała i nie wysłała chociażby zwykłego listu. Chociaż jedno muszę przyznać, lektura owej książki od dwóch wieczorów stanowi dla mnie źródło radości i uciechy.
„Jeszcze dalej niż północ”. Reż. Dany Boon.
Podobają mi się filmy, które nie udają innych, niż są. To znaczy jeśli ma być komedia, to jest to komedia, nawet jeśli nie jest to najbardziej ambitny film, jaki ma się okazję obejrzeć.
"Jeszcze dalej, niż północ" (tytuł oryginalny "Bienvenue chez les Ch’tis") to właśnie taka po prostu komedia. Podkreślająca ludzkie wady, takie, jakie często występują czyli myślenie stereotypami i niechęć do uwierzenia, że to, co sobie na dany temat wymyśleliśmy niekoniecznie musi zgadzać się z prawdą.
Zaczyna się w chwili, kiedy główny bohater, naczelnik poczty w jednej ze słonecznych miejscowości południa Francji usiłuje wywalczyć sobie to, aby nowe miejsce pracy znajdowało się na słonecznej Riwierze francuskiej. Niestety, w wyniku jego zbyt usilnych starań ponosi on karę pod postacią, jak to pojmuje "zsyłki" na północ kraju, do miasteczka Bergues. I tu wyłażą na wierzch stereotypy. Bowiem zarówno on sam, jak i jego żona i syn, o północy kraju myślą niemal jak niektórzy o Polsce, czyli niemal tak, jakby u nas po ulicach łaziły białe niedźwiedzie. Północ oznacza dla niech wieczny deszcz, zimno i nieokrzesanych ludzi.
Jednak nasz bohater nie ma nic do gadania. Aby mieć pieniądze na życie, musi poddać się zsłyce. Umawia się z żoną, że ona wraz z synem zostanie w poprzednim miejscu zamieszkania a on owe dwa lata spędzi na zsyłce. Która oczywiście zaczyna się niemal tak, jak się obawiał, a mianowicie lejącym deszczem, zimnem i jego nowym podwładnym, który mówi niezrozumiałym dla niego początkowo językiem. Gwarą, której nie zna, ale której o dziwo, szybko się nauczy.
Nasz bohater zaczyna się aklimatyzować w nowym miejscu, poznaje sympatycznych kolegów z pracy, ciekawy klimat samej pracy a cukru do jego życia dodaje fakt, że jego stosunki z żoną nigdy dotąd nie układały się aż tak dobrze. Oto bowiem wyrusza raz na dwa tygodnie do domu , gdzie czeka na niego stęskniona żona i syn. Cóż, nie chce on więc psuć sobie takich układów i co tu dużo kryć, buja żonie o tym, jak jest na północy. Czyli utrwala stereotypy, których tak się bała. I wszystko toczyło by się takim lekkim i miłym trybem , jednak jego żona powodowana wyrzutami sumienia, postanawia jednak porzucić słoneczne południe kraju i udać się za mężem.
Jak wspomniałam, nie jest to pewnie najbardziej ambitny film, jaki widzieliśmy ale podobał nam się, rozbawił nas i zrelaksował. I o to nam chodziło;)
trochę tego, trochę owego…
…słodko gorzko, czyli co mnie ostatnio irytuje a co cieszy.
Irytuje mnie, kiedy odzywa się do mnie ktoś, kto robi to tylko dlatego,że ma do mnie jakąś prośbę. Czyli długi email z początkiem życzeń na nowy rok, ale potem już przejście do prośby. Nie lubię. Pomóc pomogłam, bo nie było to kłopotliwe, ale nie lubię przypominania sobie o mnie tylko w takich sytuacjach.
Złości mnie to, co dzieje się obecnie z pocztą na gazecie, o czym można między innymi poczytać tu:
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=973
złości mnie zarówno fakt, że jakoś opieszale zdaje się działać administracja poczty jak i ci, którzy czerpią satysfakcję z możliwości dokopania owej administracji, tylko szkoda, że moja poczta musi wtedy otrzymywać ich spam.
Denerwuje mnie krakanie, że nadciąga grypa (podobno jest już w Niemczech). Co roku grypa czyha, nie jest to żadna nowość, a nie lubię tego siania paniki.
Odkryłam z wielkim zdumieniem, że ceny kosmetyków, które nabywam są na miejscowym bazarku niższe niż tych samych kosmetyków w Super-Pharmie. Wiem, powinnam wcześniej się im przyjrzeć i porównać, ale problem polega na tym, że ów bazarek jest co tu dużo kryć drogawy jak na tradycyjne pojmowanie bazarków osiedlowych i nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy tam większej ilości kosmetyków kupować, bo nie wiedzieć czemu zakładałam, że w Super-Pharmie taniej. No więc nie. I zamierzam ten fakt wykorzystać.
Ale na szczęście dla równowagi są też miłe akcenty.
Cieszy mnie, że ktoś sam z siebie napisał miły email gdzie wyszedł z chęcią pomocy w pewnej sprawie. I nieważne, czy cel się uda osiągnąć, czy nie, sam gest bardzo miły i ciepły.
Dostałam wczoraj długi list, więc już się cieszę na to, jak spokojnie siądę z papierem i moim listowym piórem i odpiszę 😉 W drodze z tego, co wiem, parę następnych przesyłek, a więc i na nie niecierpliwie czekam.
Wróciłam do biografii Van Gogha , autorstwa Irvinga Stone’a, "Pasja życia". Jak niektórzy pamiętają, zarzuciłam ją czytając parę lat temu, ale postanowiłam do niej wrócić i mam nadzieję, że tym razem nie popadnę w stany lekko depresyjne pod wpływem biografii tego malarza;)
Ciągle rozkoszuję się płytą Reginy Spektor i naprawdę cieszę się,że zupełnie przypadkiem ją dla siebie odkryłam.
optymistyczny wpis;)
…bo czasem trzeba;)
Zmroziła mnie wczoraj wiadomość o samolocie, który wodował na rzece Hudson w Nowym Jorku. Zmroziło, bo spodziewać się można było ofiar, a w tym wypadku okazało się, że nikt nie zginął.
Czyli pierwsza dobra wiadomość. Druga to ta, że ofiarom, które wydostały się z pokładu samolotu na jego skrzydła zaczęto udzielać pomocy niemal natychmiastowo. Wiem, dobrze się złożyło, że nie był to jakiś odległy akwen wodny, a rzeka w wielkim mieście, na której są barki, statki i straż wodna po prostu. Ale ma wrażenie, że po 11 września Amerykanie dobrze odrobili swoją pracę domową, czyli zwyczajnie nauczyli się reakcji w pewnych sytuacjach szybko i bez niepotrzebnej paniki.
Bardzo podobała mi się reakcja pilota. Owszem, ktoś może powiedzieć, przecież kapitan tego statku ratował też swoje życie. No oczywiście, że zapewne miał na przyszłość swojego życia jeszcze jakieś plany i niekoniecznie chciał je kończyć w zimnych wodach rzeki Hudson, ale odnoszę wrażenie, że ten zachował oprócz wielkiego profesjonalizmu (te godziny spędzone na symulatorach lotu najwyraźniej naprawdę na coś się przydają) jakieś niezwykłe człowieczeństwo po prostu. Trochę jak kapitan tonącego statku, który według pewnie już niemodnych i przebrzmiałych zasad powinien opuszczać pokład ostatni, ów pilot jeszcze dwukrotnie sprawdził pokład samolotu, czy na pewno wszyscy pasażerowie opuścili maszynę. Podobno również reszta załogi zachowała pełen profesjonalizm. Może teraz ludzie załapią, że stewardessa to nie uśmiechnięta laleczka z długimi nogami ale przede wszystkim osoba profesjonalna, która w takiej sytuacji działa z opanowaniem.
Powiem tak, za takie postawy powinno się nagradzać. Mam wielką nadzieję, że szefostwo pilota wyciągnie z tego wydarzenia słuszny wniosek i nagrodzi faceta nie dość, że jakąś rewelacyjną premią to może słusznym po takim stresie urlopem.
I miło stwierdzić, że czasem można obgadać także wiadomości, które niosą ze sobą optymistyczne przesłanie.
Więcej wiadomości tu:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,6166668,Samolot_wpadl_do_rzeki_w_Nowym_Jorku.html
i tu:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,6166931,Katastrofa_samolotu__czyli_cud_na_rzece_Hudson.html
o tempora, o mores!
A jednak. Naród nam głupieje. Dowiedzione. Nie ma to tamto. Stalin wiedział, co robi wybijając w czasie wojny nie masowo tłumy, ale inteligencję ówczesnej Polski. Wiedział, że wystarczy zniszczyć ludzi mądrych aby potem sypnęła się większość.
Skąd te moje ponure myśli?
Ano stąd, że od kilku dni trafiają do mnie z hasłem, "juzef piusucki".
Na ogół, z zapytaniem "ile żył juzef piusucki".
A mnie się robi słabo. Autentycznie.
jak już tak się rozpisałam…
(bo to trzeci wpis dzisiaj;), to polecę kolejną ciekawostkę z Jedynki Radiowej, w którą się wciągnęłam. Pamiętacie, że pisałam, że podobała mi się krótka (około 5 minutowa?) audycja dotycząca odzyskiwania przez Polskę niepodległości, która przez ostatni rok (okrągła rocznica wydarzenia) pojawiała się mniej więcej za pięć południe w radio. Teraz okazuje się, że jest nowa, nie mniej ciekawa. Tytuł jej to "1939-rok pokoju rok wojny" i przygotowują ją również ci sami autorzy, Dorota Truszczak i Andrzej Sowa. Dla mnie ciekawa, staram się jak mogę wysłuchać jej, a chwilowo zachwycam się tym, że początek stycznia 1939 był z tak lekką zimą, jak lubię. Nawiasem mówiąc, z tego wynika, że owo ocieplenie klimatu, o którym wciąż ostatnio słyszymy, i wtedy występowało, bo miała miejsce pewna regularność, że po ciepłej zimie przyszła trzaskająca i mroźna, jaką okazała się ta pierwsza zima wojny.
Zainteresowanym historią i ciekawostkami audycję polecam.
Więcej o audycji:
http://www.prsa.com.pl/wiadomosci/artykul82106.aspx
