Tak się złożyło, że to kolejny film francuski, jaki obejrzałam w niedługim czasie. I znowu mi się podobał.
Nic na to nie poradzę, że lubię tego typu filmy, o zwykłych ludziach, może często przez innych nazwanych lekkimi nieudacznikami albo przynajmniej są to osoby, które nie odnoszą li i jedynie spektakularnych sukcesów.
Nie podoba mi się niestety polski tytuł tego filmu, dlatego, że oryginalny "Paris" oddaje istotę tego, o co w nim chodziło.
Bowiem tak naprawdę jednym z głównych bohaterów tego filmu jest samo miasto Paryż, i jego mieszkańcy, na przykładzie kilkunastu, jakby wybranych gdzieś z anonimowego tłumu ludzi, postaci.
I tak, jak nie znalazłam Paryża w "2 dniach w Paryżu", to tu wręcz odwrotnie. I mało tego, aż zachciało się wrócić i przypomnieć te czy inne miejsca.
Autorowi filmu udało się z pewnością jedno, pozwolić na to, aby spojrzeć na Paryż w nieco inny sposób, z perspektywy jego mieszkańców, zajętych swoimi mniej lub bardziej ważnymi sprawami, miłostkami, intrygami, rzeczami śmiesznymi i osobistymi tragediami.
Akcja rozpoczyna się od chwili, kiedy młody tancerz Pierre, dowiaduje się, że cierpi na poważną chorobę serca i praktycznie nie wie do końca, ile potrwa jego życie. Być może tylko trzy miesiące. Jest szansa na przeszczep serca, ale nie jest wcale powiedziane, że operacja przebiegnie w 100% szczęśliwie.
Pierre nie jest w stanie wykonywać swojej pracy i następne trzy miesiące spędza głównie w domu. Na szczęście, nie sam, na czas oczekiwania do operacji sprowadza się do niego siostra Elise, matka samotnie wychowująca trójkę dzieci (jak zwykle niezwykle prezentująca się na ekranie Juliette Binoche, która nawet w zwykłych dżinsach i kraciastej koszuli ma w sobie to "coś").
Pierre spędza niespodziewanie darowany mu wolny czas na pielęgnacji roślin i obserwacji z okna swojego miasta i jego mieszkańców. Lubi wyobrażać sobie to, kim są, co robią w życiu, co ich cieszy a co gnębi. I odkrywa na nowo swój kawałek miasta a my niezależnie poznajemy miasto Paryż pod nieco innym kątem, niż turyści wraz z poznawaniem losów kilkorga bohaterów.
Właściwie to dość pourywane historie, mimo, że losy kilkorga z nich w ten czy inny sposób się splotą. Ale według mnie ta urywkowość doskonale wpisuje się w to, jaki jest sam Paryż. To miasto niezwykłe, pełne ruchu (jak dla mnie, było zbyt zatłoczone, zbyt głośne, zbyt gwarne, zbyt tłoczne, najwyraźniej jestem na etapie nieco spokojniejszych poszukiwań jeśli chodzi o miasta), w którym nieustannie coś się dzieje. Ludzie mijają się, nawiązują chwilowe znajomości, niekoniecznie te niesamowicie ważne i poważne, ale po prostu czasem jest to krótki dialog przy okazji nabywania bagietki w sklepiku w dzielnicy, i znikają z pola widzenia.
Inni zostają gdzieś na dłużej i wtedy jest okazja poznać ich samych i "ich" własny Paryż.
Dla mnie oprócz historii osób poznanych w filmie, które to historie akurat mnie interesowały, właśnie wielką zaletą było "spacerowanie" po Paryżu, poznawanie zakątków, które albo znałam albo właśnie być może nie i miło było by je kiedyś przy okazji wizyty odwiedzić. To poznawanie Paryża było właśnie takie, jak lubię, czyli miejsc niekoniecznie topowych, ale takich dla mieszkających tam osób, czyli miejscowych boulangeries, w których kupuje się zawsze świeżutkie i ciepłe jeszcze bagietki czy ciastka , ulubionych kafejek, z zawsze wspaniałą kawą i przyjaciółkami, z którymi można godzinami spędzać w owych kafajkach czas, wreszcie z Sorboną, na widok której, mimo, że występuje raptem chwilkę, aż chce się wrócić do czasów studenckich.
Mnie ten film bardzo się podobał i ja się na nim nie zawiodłam. Podejrzewam, że miłośnicy kina ambitniejszego narzekaliby i to sporo, ale mnie się podobał i polecam.
Wrzuciłam w google hasło i wyszukałam kilka blogów z Paryżem w tytule, myślę, że są ciekawe. Wrzucam linki:
Parisdailyphoto
I love Paris
The Paris blog
eyepreferparis
o-chateau.com.blog