zbiorowy donos;)

dotyczący tego, co można dostać w kioskach czy innych przybytkach pism rozmaitych. Czas jakiś temu "Dziennik" wydał "Niania w Nowym Jorku". Fajnie tym, którzy się na to "załapali". Mnie się nie udało, a ten film akurat chciałam obejrzeć. No, cóż, innym razem.
Natomiast obecnie do dostania są takie rzeczy, jak komedia "Miłość, nie przeszkadzać" z Olivią, jak ktoś chce zobaczyć Audrey Tautou w innej roli, niż Amelia to jest okazja. W "Viva!" jest film "Broken Flowers" (ale bez lektora uprzedzam, gdyby ktoś nastawił się na niego, są tylko napisy). "Claudia" zaś prezentuje 10 hitów polskich dla zakochanych (rozumiem, że na lutowe święto;). Za to hitem absolutnym według mnie jest dodatek do "Poradnika domowego", a mianowicie "Dobre maniery" autorstwa Ines Mendizabal i Cateriny Berthelot, coś, co doskonale wpisało się w moją dyskusję u Brejna na tematy bon tonu i innych takich, o tu.
Czytam sobie i powiem szczerze, że nie ma to tamto, niby nie jest źle, człowiek na chama nie wychodzi ale jakbym wszystkie te rady miała stosować, to chyba bym nigdy nie napisała i nie wysłała chociażby zwykłego listu. Chociaż jedno muszę przyznać, lektura owej książki od dwóch wieczorów stanowi dla mnie źródło radości i uciechy.

„Jeszcze dalej niż północ”. Reż. Dany Boon.

Podobają mi się filmy, które nie udają innych, niż są. To znaczy jeśli ma być komedia, to jest to komedia, nawet jeśli nie jest to najbardziej ambitny film, jaki ma się okazję obejrzeć.
"Jeszcze dalej, niż północ" (tytuł oryginalny "Bienvenue chez les Ch’tis") to właśnie taka po prostu komedia. Podkreślająca ludzkie wady, takie, jakie często występują czyli myślenie stereotypami i niechęć do uwierzenia, że to, co sobie na dany temat wymyśleliśmy niekoniecznie musi zgadzać się z prawdą.
Zaczyna się w chwili, kiedy główny bohater, naczelnik poczty w jednej ze słonecznych miejscowości południa Francji usiłuje wywalczyć sobie to, aby nowe miejsce pracy znajdowało się na słonecznej Riwierze francuskiej. Niestety, w wyniku jego zbyt usilnych starań ponosi on karę pod postacią, jak to pojmuje "zsyłki" na północ kraju, do miasteczka Bergues. I tu wyłażą na wierzch stereotypy. Bowiem zarówno on sam, jak i jego żona i syn, o północy kraju myślą niemal jak niektórzy o Polsce, czyli niemal tak, jakby u nas po ulicach łaziły białe niedźwiedzie. Północ oznacza dla niech wieczny deszcz, zimno i nieokrzesanych ludzi.
Jednak nasz bohater nie ma nic do gadania. Aby mieć pieniądze na życie, musi poddać się zsłyce. Umawia się z żoną, że ona wraz z synem zostanie w poprzednim miejscu zamieszkania a on owe dwa lata spędzi na zsyłce. Która oczywiście zaczyna się niemal tak, jak się obawiał, a mianowicie lejącym deszczem, zimnem i jego nowym podwładnym, który mówi niezrozumiałym dla niego początkowo językiem. Gwarą, której nie zna, ale której o dziwo, szybko się nauczy.
Nasz bohater zaczyna się aklimatyzować w nowym miejscu, poznaje sympatycznych kolegów z pracy, ciekawy klimat samej pracy a cukru do jego życia dodaje fakt, że jego stosunki z żoną nigdy dotąd nie układały się aż tak dobrze. Oto bowiem wyrusza raz na dwa tygodnie do domu , gdzie czeka na niego stęskniona żona i syn. Cóż, nie chce on więc psuć sobie takich układów i co tu dużo kryć, buja żonie o tym, jak jest na północy. Czyli utrwala stereotypy, których tak się bała. I wszystko toczyło by się takim lekkim i miłym trybem , jednak jego żona powodowana wyrzutami sumienia, postanawia jednak porzucić słoneczne południe kraju i udać się za mężem.
Jak wspomniałam, nie jest to pewnie najbardziej ambitny film, jaki widzieliśmy ale podobał nam się, rozbawił nas i zrelaksował. I o to nam chodziło;)