„Martwa godzina”. Denise Mina.

Swego czasu Judytta podesłała mi pierwszą z cyklu opowieść o młodej początkującej dziennikarce w lokalnej gazecie Glasgow, Paddy Meehan, "Pole krwi". Wtedy spodobała mi się, mimo, że o ile pamiętam, chyba nie wspomniałam nic o niej na blogu. Dlatego teraz czekałam z niecierpliwością na drugą część historii Paddy, mianowicie wydaną w Wydawnictwie W.A.B (2009) "Martwą godzinę". I doczekałam się i również nie zawiodłam.
Co mi się podoba w jej książkach? To, że w jakiś sposób odpowiada temu, czego szukam w kryminałach autorów skandynawskich. A mianowicie nie opisuje tylko intrygi kryminalnej, a czyni sporo obserwacji społecznych. W jakiś sposób jest to kronika zmieniających się czasów i społeczeństwa Wielkiej Brytanii lat osiemdziesiątych. W tej części kryzys gospodarczy, jaki zwalczała Iron Lady jest podkreślony jeszcze bardziej intensywnie, niż w części pierwszej. W "Martwej godzinie" dowiadujemy się o zamykaniu kolejnych zakładów, stoczni, o tym, że już co dziesiąty brytyjczyk nie ma pracy. W domach, szczególnie robotniczych bywa, że całe rodziny potraciły prace, tak, jak ma to miejsce w rodzinie Meehan, gdzie nagle jedynym żywicielem rodziny staje się sama Paddy. To ona utrzymuje rodziców, rodzeństwo a kiedy jej strasza siostra ucieka raz na jakiś czas z dzieckiem od maltretującego ją męża, także siostrę mężatkę i jej dziecko.
Świat nie rozpieszcza, ludzie zdają się nie mieć perspektyw, oczekiwań, są bardzo bierni a dookoła nie dzieje się lepiej. Handlarze narkotykami zbijają kokosy i rozbijają się po mieście BMW z najwyższej półki.
Akcja książki rozpoczyna się podczas kolejnej nocnej wyprawy Paddy, która jeździ po mieście i usiłuje "złapać" temat do gazety. Trafia na interwencję do bogatej części Glasgow, w której podobno chodzi tylko o zakłócanie ciszy nocnej. Paddy nie do końca jest o tym przekonana, kiedy w domu, o którym mowa, dostrzega kulącą się ze strachu zakrwawioną kobietę, która jednak ruchem głowy daje znać młodej reporterce, że pomoc nie jest jej potrzebna, a mężczyzna, który otworzył Paddy drzwi wciska zdumionej dziewczynie pieniądze dając jej do zrozumienia, że najlepsze, co w tej sytuacji może zrobić, to wynieść się stąd jak najszybciej.
Paddy faktycznie się poddaje się, tym bardziej, że nie do końca wie, co miałaby robić, jako, że i interweniujący w zgłoszeniu policjanci podejrzanie szybko zmywają się z tamtego miejsca. Następnego zaś dnia zmrozi ją informacja z lokalnych wiadomości. Otóż kobieta, którą wczoraj widziała w owym domu została brutalnie zamordowana.
Paddy postanawia zająć się tą sprawą, ale nie przypuszcza jeszcze, jaką cenę będzie ją to kosztować.
Zajmujący kryminał z ciekawymi obserwacjami społecznymi w tle. Czyta się wartko i dobrze. Ja polecam.

słowa, słowa…

nie trzeba często wiele mówić, żeby oddać sens , to taki truizm, ale jakże trafny…Znowu bym pewnie popisała cały elaborat na ten czy inny temat, znowu ostatnio zmagam się z tematem przyjaźni, wyszło by długo, filozoficznie, może namotałabym po drodze ze słowami a w rezultacie wszystko sprowadziłoby się do tego, co tak trafnie w swoim wpisie ujęła spacer_biedronki…
Czasem trzy zdania są mocniejsze, niż zapisana strona…


Wpis spaceru_biedronki

książkowy stosik

Rzadko tu wstawiam fotki moich stosików, ze względów głównie technicznych, ale dzisiaj postanowiłam pochwalić się tym, co na mnie czeka.

od dołu, "Czarodziejska góra" Manna, która mam nadzieję, doczeka się kiedyś lektury. Jak bowiem pamiętacie, wciąż się waham, czy zabierać się do tej, jakby nie było "cegły":)
Następnie kolejny kryminał Denise Mina, "Martwa godzina". Judytta podesłała mi pierwszy kryminał tej pani u nas, "Pole krwi" i bardzo mi się podobała ta książka, więc nabrałam chęci na dalsze losy młodej dziennikarki.
Następnie "Jestem tu od wieków" Marioliny Venezii. Seria z miotłą do tej pory mnie nie zawiodła, oby było tak i tym razem.
Następnie Musso i książka od Judytty, o intrygującym tytule "Będziesz tam?".
Su Tong "Zawieście czerwone latarnie". Film na podstawie jednego z trzech opowiadań w książce jest jednym z moich ulubionych, czas więc zapoznać się z książkowym oryginałem.
Maj Sjowall, Per Wahloo "Roseanna" i pierwsze spotkanie ze szwedzkim komisarzem Beckiem. Zobaczymy, czym to się je.
Chitra B. Divakaruni "Aranżowane małżeństwa", którą to zaczęłam, są to opowiadania, ale coś czuję, że chwilowo odłożę dla któregoś z dwóch kryminałów ze stosiku.
I na samej górze książka od Judytty również, czyli Petera Mayle’a i Gerarda Auzet "Wyznania francuskiego piekarza".

Mniam mniam stosik;)

z pismami…

z "Vivą!" można nabyć Katyń (kto nie oglądał albo chce mieć swój, może nabyć), do PANI tym razem dodana książka Krystyny Jandy, "Moja droga B,". Skusił mnie, nie przeczę, opis na okładce, jakoby to miała być książka o przyjaźni między kobietami…

a tak w ogóle…

…to sama poczułam, że ta ostatnia recenzyjka o filmie jest taka bez ikry. Sorry, ale w ostatnich dniach sięgnęłam emocjonalnego dna. Nie mam więc ani chęci ani ikry do pisania, tworzenia czegokolwiek z słów. I jestem też na tym etapie, że nie chcę ani o tym rozmawiać ani o tym pisać ani o tym nic. Miałam nawet nic nie pisać na ten temat na blogu ale stwierdziłam,że wyjaśnię, czemu mnie tu ostatnio więcej nie ma niż jestem. 

„Niebo nad Paryżem”. Reż. Cedric Klapisch.

Tak się złożyło, że to kolejny film francuski, jaki obejrzałam w niedługim czasie. I znowu mi się podobał.
Nic na to nie poradzę, że lubię tego typu filmy, o zwykłych ludziach, może często przez innych nazwanych lekkimi nieudacznikami albo przynajmniej są to osoby, które nie odnoszą li i jedynie spektakularnych sukcesów.
Nie podoba mi się niestety polski tytuł tego filmu, dlatego, że oryginalny "Paris" oddaje istotę tego, o co w nim chodziło.
Bowiem tak naprawdę jednym z głównych bohaterów tego filmu jest samo miasto Paryż, i jego mieszkańcy, na przykładzie kilkunastu, jakby wybranych gdzieś z anonimowego tłumu ludzi, postaci.
I tak, jak nie znalazłam Paryża w "2 dniach w Paryżu", to tu wręcz odwrotnie. I mało tego, aż zachciało się wrócić i przypomnieć te czy inne miejsca.
Autorowi filmu udało się z pewnością jedno, pozwolić na to, aby spojrzeć na Paryż w nieco inny sposób, z perspektywy jego mieszkańców, zajętych swoimi mniej lub bardziej ważnymi sprawami, miłostkami, intrygami, rzeczami śmiesznymi i osobistymi tragediami.
Akcja rozpoczyna się od chwili, kiedy młody tancerz Pierre, dowiaduje się, że cierpi na poważną chorobę serca i praktycznie nie wie do końca, ile potrwa jego życie. Być może tylko trzy miesiące. Jest szansa na przeszczep serca, ale nie jest wcale powiedziane, że operacja przebiegnie w 100% szczęśliwie.
Pierre nie jest w stanie wykonywać swojej pracy i następne trzy miesiące spędza głównie w domu. Na szczęście, nie sam, na czas oczekiwania do operacji sprowadza się do niego siostra Elise, matka samotnie wychowująca trójkę dzieci (jak zwykle niezwykle prezentująca się na ekranie Juliette Binoche, która nawet w zwykłych dżinsach i kraciastej koszuli ma w sobie to "coś").
Pierre spędza niespodziewanie darowany mu wolny czas na pielęgnacji roślin i obserwacji z okna swojego miasta i jego mieszkańców. Lubi wyobrażać sobie to, kim są, co robią w życiu, co ich cieszy a co gnębi. I odkrywa na nowo swój kawałek miasta a my niezależnie poznajemy miasto Paryż pod nieco innym kątem, niż turyści wraz z poznawaniem losów kilkorga bohaterów.
Właściwie to dość pourywane historie, mimo, że losy kilkorga z nich w ten czy inny sposób się splotą. Ale według mnie ta urywkowość doskonale wpisuje się w to, jaki jest sam Paryż. To miasto niezwykłe, pełne ruchu (jak dla mnie, było zbyt zatłoczone, zbyt głośne, zbyt gwarne, zbyt tłoczne, najwyraźniej jestem na etapie nieco spokojniejszych poszukiwań jeśli chodzi o miasta), w którym nieustannie coś się dzieje. Ludzie mijają się, nawiązują chwilowe znajomości, niekoniecznie te niesamowicie ważne i poważne, ale po prostu czasem jest to krótki dialog przy okazji nabywania bagietki w sklepiku w dzielnicy, i znikają z pola widzenia.
Inni zostają gdzieś na dłużej i wtedy jest okazja poznać ich samych i "ich" własny Paryż.
Dla mnie oprócz historii osób poznanych w filmie, które to historie akurat mnie interesowały, właśnie wielką zaletą było "spacerowanie" po Paryżu, poznawanie zakątków, które albo znałam albo właśnie być może nie i miło było by je kiedyś przy okazji wizyty odwiedzić. To poznawanie Paryża było właśnie takie, jak lubię, czyli miejsc niekoniecznie topowych, ale takich dla mieszkających tam osób, czyli miejscowych boulangeries, w których kupuje się zawsze świeżutkie i ciepłe jeszcze bagietki czy ciastka , ulubionych kafejek, z zawsze wspaniałą kawą i przyjaciółkami, z którymi można godzinami spędzać w owych kafajkach czas, wreszcie z Sorboną, na widok której, mimo, że występuje raptem chwilkę, aż chce się wrócić do czasów studenckich.
Mnie ten film bardzo się podobał i ja się na nim nie zawiodłam. Podejrzewam, że miłośnicy kina ambitniejszego narzekaliby i to sporo, ale mnie się podobał i polecam.


Wrzuciłam w google hasło i wyszukałam kilka blogów z Paryżem w tytule, myślę, że są ciekawe. Wrzucam linki:

Parisdailyphoto

I love Paris


The Paris blog

eyepreferparis


o-chateau.com.blog

ogłoszenie drobne do osoby, która wysłała mi email…

Pozdrawiam osobę, od której otrzymałam dzisiaj dwa emaile, między innymi o Van Goghu. Niestety, mimo, że odpisałam, nie wiem, jak to z odpowiedzią będzie, bowiem w polu nadawcy nie widzę nicka a jako nadawca występuje "ludzie@gazeta.pl". Mam jednak nadzieję, że email ode mnie do Ciebie dotarł. Jeśli nie, to pozdrawiam tą drogą.
Właśnie dostałam powiadomienie pocztą, że nic z tego, tak więc sorry, ale brak odpowiedzi z mojej strony nie jest wynikiem wrodzonego chamstwa a niemożności odpowiedzi z powodów technicznych. Nie znam Twojego nicka, a więc nie jestem w stanie zrobić odpowiedzi na emaile. Szkoda.
UPDATE: dzięki za email z nickiem, niestety, odpowiedź wróciła taka sama, z jakichś bliżej niewiadomych mi powodów, nie mogę do Ciebie wysłać emaila.
Może nie masz jeszcze założonego konta pocztowego na gazecie? Tak więc raz jeszcze dzięki za emaile i pozdrawiam.

„Zmierzch”. Johan Theorin.

Wydana w wydawnictwie Czarne 2008 książka "Zmierzch" to kolejny kryminał skandynawski. Kolejny świetny dodam. Bardzo się cieszę, że jednak zdecydowałam się na to, aby po niego sięgnąć. Nie wiem, czemu na Merlinie ma średnie oceny, dobrze, że nie kieruję się tym, po prostu zdziwiło mnie to, bowiem "Zmierzch" to jeden z lepszych szwedzkich kryminałów, jakie udało mi się czytać.
Tytułowy zmierzch to pora dnia, kiedy to mieszkańcy wiosek i miejscowości Olandii, w której dzieje się opowieść, zbierali się po chatach i rozpoczynali opowieści.  "(…) opowieści o duchach, tajemniczych znakach, trollach i przypadkach nagłej śmierci na olandzkim pustkowiu. Czasem opowiadali o wrakach statków, które wypływają na kamienisty brzeg, roztrzaskując się o skały".
"Zmierzch" czyta się nieco jak taką wieczorną opowieść o zmierzchu.
Akcja książki zaczyna się w latach siedemdziesiątych, kiedy to pięcioletni chłopczyk zostaje pod opieką dziadków, kiedy jego matka jedzie na spotkanie z ojcem dziecka z nadzieją, że być może uda się skleić rozpadający się związek. Dziadkowie jednak nie dopilnują małego, który ruszy na samodzielną wyprawę na owiany tajemnicą alvaret, który tego dnia dosłownie tonie w mgle. To pustkowie, które kryje w sobie niejedną tajemnicę. I to ono właśnie pochłonie małego chłopca pozostawiając historię jego nagłego zaginięcia bez odpowiedzi. Aż minie kolejnych dwadzieścia lat, kiedy to jego matka, która przez cały ten czas nie pogodziła się ze stratą dziecka,  wróci w rodzinne strony i wraz ze swoim starym ojcem podejmie się próby rozwikłania tajemnicy.

Rodzinna miejscowość kryje wiele tajemnic i sekretów, skrywanych przez lata, które zaczną się powoli otwierać zarówno przed Julią, matką chłopca, jak i przed nami, czytelnikami.
Książka napisana jest niezwykle ciekawie i wciąga, dosłownie nie mogłam się od niej oderwać.

Naprawdę jest to dobry skandynawski kryminał, jak zwykle zresztą z interesującym tłem obyczajowym.
Polecam.

niniejszym stwierdzam…

, że się chyba przebranżowię i założę firmę jednoosobową, wróżeniem się zajmującą. Jakby nie było, w przeciągu dwóch tygodni wiedziałam o ciąży dwóch znajomych zanim one mi to oznajmiły (a w przypadku jednej o ciąży pomyślałam w hm, okolicach poczęcia, zatem prekognicja na całego). Zważywszy na fakt, że zdarzyło mi się to nie po raz pierwszy a także parę razy określiłam nawet płeć nienarodzonego dziecka, założę chyba firmę i zareklamuję się tak

Chiara76 serduszko na dłoni.
Teksty na oświadczyny układam.
Ciąże przepowiadam.
Płcie nienarodzonych określam.