„Miłość w czasach zarazy”. Reż. Mike Newell.

Żeby była jasność, cieszę się ogromnie, że nie muszę się na własnym blogu silić na zapewnianie kogokolwiek o swoim wysublimowanym guście. Nie. I dobrze. Nigdy nie twierdziłam, że mam niesamowicie jak wyśrubowane gusta, oczekiwania i nie wiedzieć, co jeszcze. I pewnie dlatego mogę bez stresu napisać, że mnie się ten film oglądało całkiem dobrze.
Na pewno również dlatego, że nie wyszłam z założenia, że będzie mnie oczekiwało arcydzieło stulecia.
Napiszę tak, według mnie, nie ma mocnego, który by umiał w 100% na ekran przenieść Marquez’owskie niuanse, to, co jest w książkach, czyli to, jak wiele dzieje się tam ulotnie, jak wiele sugeruje jakaś tylko sugestia właśnie, niedopowiedzenie. Marquez’owski realizm magiczny według mnie jest nie do zrealizowania w kinie. I wcale nie wiem, czy to źle. Może po prostu jego książki powinno się czytać a niekoniecznie ekranizować?

Jednak na obejrzenie "Miłości w czasach zarazy" miałam wielką ochotę i to pomimo druzgocącej krytyki, jaka lawinowo posypała się na głowę reżysera i aktorów po jego ukazaniu się w kinach.

Obejrzałam i…w sumie film oceniam dobrze. Nie, jak wspomniałam, jako arcydzieło, ale zdecydowanie nie jak gniota. I chyba dobrze, bo miałam po prostu przyjemność z oglądania fajnego obrazu.
Nie wiem, czy przypadkiem właśnie o to w kinie nie chodzi;)
Ja się akurat podczas oglądania odprężyłam i nie wydaję mu aż tak złej, jak większość opinii.

Na pewno jest to coś zupełnie innego, niż książa, ale książki Marquez’a, jak już wspomniałam wydają mi się niemożliwe do ekranizacji, zbyt się bowiem autor bawi nami , czytelnikami, samym sobą, konwencjami , aby udało się to bezboleśnie przenieść na ekran. No, ja tego przynajmniej nie widzę. Mało tego, odnoszę wrażenie, że ilu czytelniktów, tylu reżyserów;) czyli każdy z nas ma swoje osobiste wizje, których chyba połączyć w coś jednego się nie da.
Czegoś w tym filmie zabrakło, oczywiście. Zabrakło magii, która nieodparcie kojarzy mi się z prozą Marqueza i to jest największy zarzut z mojej strony w kierunku tego filmu, jednak jak już pisałam, nie nastawiwszy się na cuda wianki i mając świadomość faktu, że tego się uzyskać chyba nie da, tę opowieść o miłości Florentino Arizy i Ferminy Dazy, która na spełnienie się musiała czekać ponad 50 lat oglądało mi się całkiem, całkiem.