czytanie…

Nie ukrywam, że to autorka blogu Moja historia czytania zainspirowała mnie do tego, abym wreszcie wstawiła na blog coś, co już dawno miałam wstawić, a mianowicie zdjęcie obrazu Renoire’a "La Liseuse". Tak naprawdę, to ciekawe, że motyw książek , czytania, odgrywa sporą rolę w malarstwie i często jest przedstawiany. Najpierw mocno alegorycznie, w celu moralizowania, z czasem wydaje mi się , bardziej lajtowo, raczej w celu "uchwycenia" danej chwili.
Nie wiem, co oznacza tytuł, ale prawdopodobnie "czytająca".
Update. Dziś odebraliśmy Merlinową paczkę, a w niej same smakowitości, bo i horror na dvd, i dwie książki, jedna to Bruczkowskiego "Radio Yokohama" a druga Polakowa "Lady Feniks" i po chwili rozdarcia lekturowego zdecydowałam się jednak na Polakową. Już się na nią cieszę.

:(

…niedobre wiadomości dzisiaj do nas dotarły…zdenerwowałam się, popłakałam. Kartka świąteczna, którą wczoraj specjalnie z opłatkiem wybierałam, nie zostanie wysłana już do tej osoby;(
Śmierć zawsze jest smutna, przykra, nic na to nie poradzę, że nie umiem sobie z tym smutkiem poradzić, mimo, że jako osoba wierząca wiem, że ta osoba jest już szczęśliwa, bo jest w lepszym świecie, ale śmierć nagła, niespodziewana, to coś najgorszego. Najbardziej chyba dla osób, które tu zostają…

„Elżbieta I”. Reż. Tom Hooper.

Panie i panowie, oklaski na stojąco owacje, kapelusze w górę. MAJSTERSZTYK!
Dawno nie obejrzałam filmu, który aż tak by mi się spodobał, który aż tak by mnie "porwał" w swój świat i w którym aż tak bym się zatraciła.
Główna rola w rewelacyjnym wykonaniu Helen Mirren (swoją drogą, ma kobieta szczęście do obsadzania jej w roli królowych, przypominam, że nie tak dawno obejrzałam "Królową" z nią właśnie również w roli głównej). Ona nie grała Elżbiety I, ona nią była!
Ten film spełnił dokładnie moje oczekiwania względem kina, czyli zachwycił mnie zarówno treścią, wykonaniem, ale i obrazem. Moje oczy nasyciły się przepychem ówczesnych wnętrz i przepięknych strojów, kostiumów. Moje oczy radowały się pięknem biżuterii, szczególnie ogromnych pereł, jakimi wówczas zdobiły się chętnie kobiety. Moje ucho nacieszyło się piękną mową i językiem jakże innym od tego, jakim się obecnie posługujemy.
Mimo, że film nie jest krótki (dzieli się na dwie części, z których każda ma prawie 2 godziny) ogląda się go dobrze i wprost nie można oderwać się od tego przedstawienia życia jednej z najbardziej barwnych królowych Anglii, intryg na dworze królewskim, ogromnych namiętności.
Wspaniała, wspaniała rola królowej, w której odgrywająca ją Helen Mirren nie zdusiła kobiety. Elżbieta była tu i władcą, nie znoszącym sprzeciwu, wymagającym, mającym swoje kaprysy, ale również była kobietą, którą targały namiętności i uczucia. Która czasem czuła się zagubiona i samotna, tym bardziej, że przez cały okres swojego panowania była sama, nigdy nie zawarłszy związku małżeńskiego. Helen Mirren zagrała ją niesamowicie, każdy gest, fraza jest tu przemyślana, ale co ciekawe, niezwykle naturalna, wiarygodna. Ma się wrażenie,że za przyczyną jakiejś czarodziejskiej różdżki przenieśliśmy się w czasie i nagle znaleźliśmy się na dworze królowej Elżbiety.
Cudowny film, kawał wspaniałego kina i nie dziwię się doprawdy, że na Filmwebie ten film ma przeciętną ocenę "rewelacyjny", bo i ja dokładnie na taki go oceniam.
Jeśli ktoś nie widział a ma ochotę na wspaniałe i porywające kino kostiumowe, to film wprost dla niego.

Właśnie zorientowałam się, że napisałam tę recenzję w szczególnym dniu, Imienin Elżbiety. Nawiasem mówiąc , wszystkim odwiedzającym mnie Elżbietom składam Najlepsze Życzenia.
Wiem, że Anglosasi nie świętują Imienin, ale ja mogę wznieść wirtualny toast za Elżbietę, która prowadziła ciekawe życie i o której to życiu mogłam zobaczyć tak fascynujący film.

pocztówkę z Pienin…

dzisiaj otrzymałam. Szła dość długo, bo wysłana została 10 listopada, co pozwala mi mieć wciąż nadzieję, że być może przesyłka od Chihiro, na jaką czekam, jeszcze do mnie dotrze.
Judytto, za kartkę dziękuję, mam nadzieję, że mogłaś zobaczyć wszystkie te piękne widoki, jakie na pocztówce widnieją.
Zrobiłam już drugie podejście po "Japonię" w serii "Dookoła świata". Wczoraj byłam w kiosku i Empiku u nas, ale w kiosku pan miał już tylko Malediwy. Podobno, jak mi powiedział, wczoraj przyszedł jakiś Japończyk i kupił ostatni numer, co za szkoda. W Empiku pomogli mi znaleźć, ale nie było Japonii a Jezioro Garda. Dzisiaj chciałam zobaczyć w jeszcze jednym kiosku, ale salonik prasowy koło nas miał akurat remanent. Widać, że chyba tej Japonii nie dostanę, no cóż.
Pogoda okropna…Kiedy piszę te słowa o szyby siecze ohydny deszcz, słychać porywy wiatru i jest bardzo ponuro.
Wczoraj wieczorem było to samo, a do tego miałam potworny ból głowy. Pomógł dopiero proszek. Dobre i to.

stare ale jare;)

otrzymane netem.

Facet dostał na urodziny papugę. Od początku, kiedy tylko
wniósł klatkę do domu i zdjął z niej zasłonę, zorientował się, że miała okropny
nawyk przeklinania, rzucała mięchem co drugie słowo. Cóż było zrobić -wyrzucić
żal, zawsze to jaki? towarzysz, zresztą prezent.. .

Przez szereg długich
dni starał się walczyć ze słownictwem
papugi.
Mówił do niej miłe słowa,
puszczał łagodną, klasyczną muzykę, robił wszystko, żeby dać papudze dobry
przykład… Słowem pełna poświęceń terapia.
Na próżno. Pewnego dnia,
kiedy papuga wstała lewą nogą i była wyjątkowo niegrzeczna, opryskliwa i
obrażała go na każdym kroku, coś w nim pękło. Zaczął krzyczeć, ale
papuga darła się głośniej.
Potrząsnął nią i nie dość, że zbluzgała go tak,
że wiązanki nie powstydziłby się marynarz
pływający na transatlantykach, to
jeszcze dostał parę razy dziobem.
W akcie desperacji wrzucił ptaka do
zamrażarki, zatrzasnął drzwi, oparł się o nie i zsunął w dół.
Papuga
rzuciła się kilka razy o ściany zamrażarki, facet usłyszał przytłumiony
bełkot i nagle wszystko ucichło.
Facet ochłonął trochę, naszły go wyrzuty
sumienia więc otworzył szybko drzwi zamrażarki.
Papuga w milczeniu weszła na
jego wyciągnięte ramię powiedziała:
"Najmocniej przepraszam, że uraziłam
pana moim słownictwem i zachowaniem, proszę o przebaczenie – dołożę
wszelkich starań aby się poprawić i nie dopuścić do podobnych scen w
przyszłości"
Facet tego się nie spodziewał – taka nagła zmiana była co
najmniej szokująca – już otwierał usta chcąc zapytać co spowodowało tak
radykalną zmianę, kiedy odezwała się papuga:
-"Mogę Pana uprzejmie zapytać
co zrobił kurczak?"

Filmy kostiumowe.

Ostatnio zafascynowałam się filmami kostiumowymi. Zaczęło się chyba od Marii Antoniny w reżyserii Sophii Coppoli:
 http://maria.antonina.filmweb.pl/ .

 Tak mnie jakoś zainspirował, że sięgnęłam po ten, który od dawna miałam w zbiorach, dodany do któregoś z pism, a mianowicie "Elizabeth":
http://www.filmweb.pl/f740/Elizabeth,1998
opowiada on o początkach panowania Elżbiety I, córki Henryka VIII. Bardzo mnie wciągnął i oglądałam go z prawdziwą przyjemnością. Kontynuacji nie widziałam, bo nie miał zbyt ciekawych recenzji. Być może znowu kiedyś trafi jako dodatek do którejś z gazety, to wtedy się zapewne skuszę, ale chwilowo nie.
Trochę nie po kolei, ale w tak zwanym międzyczasie, niedawno udało mi się obejrzeć bardzo dobry (oczywiście według mnie) film "Henryk VIII", który leciał w polskiej TV, oczywiście o barbarzyńskich porach, a mianowicie ten:
http://www.filmweb.pl/f112456/Krwawy+tyran+-+Henryk+VIII,2003

No i teraz czeka mnie kolejna uczta kinomana, a mianowicie "Elżbieta I", czyli ten film:
http://www.filmweb.pl/f279385/El%C5%BCbieta+I,2005

Znowu powrót do czasów Elżbiety I, tym razem w tej roli podobno rewelacyjna Helen Mirren, którą to niedawno widziałam w równie świetnej roli "Królowej", o której to pisałam na blogu.
Ciekawe, jaki to będzie film, a w sumie cieszę się, bo on z tego, co na filmwebie wyczytałam, opowiadać będzie o czasach panowania Elżbiety, ale zacznie się od zdaje się piętnastego roku jej panowania, a więc jak dla mnie świetnie, bo będę mieć kontynuację po "Elizabeth".

I teraz po tych zachwytach mam pytanie o filmy kostiumowe, które na Was zrobiły wrażenie. Czy możecie mi coś polecić? Najbardziej zależy mi chyba na nowszych wersjach, są łatwiejsze do zdobycia i chyba lubię oglądać w kostiumach historycznych współczesnych aktorów.
Czy macie jakiś okres historii, który szczególnie Was fascynuje i macie ochotę oglądać go w filmach? Na mnie chyba robi wrażenie średniowiecze i renesans, ale i późniejsze czasy też mnie interesują.
Nie kuszą mnie przedstawienia czasów starożytnych, jakoś intrygi na dworach cesarzy rzymskich itd nie są tym, co mnie najbardziej interesuje.

„Regał ostatnich tchnień”. Aglaja Veteranyi.

Nie miała baba kłopotu, przeczytała następną depresyjną książkę.
Z cyklu, "uwierające", oczywiście.
Proza Aglayi Veteranyi jest dla mnie zbyt trudna, by o niej coś składnego napisać, o czym przekonałam się, usiłując sklecić parę zdań na temat jej pierwszej książki "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze", o tu:
http://chiara76.blox.pl/2007/04/Dlaczego-dziecko-gotuje-sie-w-mamalydze-Aglaja.html

Wydana w Wydawnictwie Czarne w 2004 książka "Regał ostatnich tchnień" to kontynuacja "Dlaczego dziecko…". Również jest w niej sporo autobiograficznych fragmentów z życia Veteranyi. I jest to kolejna z książek "uwierających", jak zwykłam je nazywać. Książki Veteranyi są, jak brutalne grzebanie czyimś paluchem w duszy człowieka, takim nieproszonym, niegrzecznym nawet wygrzebywaniem z podświadomości największych strachów, obaw, smutków, lęków, tego, co spychaliśmy na samo dno bojąc się nawet o tym pomyśleć. Tak właśnie jej książki odbieram. Tak odbieram samą postać autorki. Która, to, niestety, nie była w stanie pokonać dręczących jej duszę demonów i w roku 2002 nie doczekawszy wydania tej książki, odebrała sobie życie. Kiedy czyta się jej książki, nie można pozbyć się dręczącego uczucia, że tak się niestety stać musiało. Bo ktoś, kto jest aż tak wrażliwy, którego serce przepełnia aż tak dojmujące poczucie nieszczęścia, smutku, nostalgii, nie jest w stanie poradzić sobie w świecie. Coś go jednak przerasta. I autorkę zdecydowanie to przerosło. Szkoda wielka, bo zdaje się,że była to jedna z bardziej fascynujących postaci, a jednak nie dała rady żyć. Świat po tej drugiej stronie okazał się być dla niej z tych czy innych przyczyn bardziej fascynujący.
"Regał ostatnich tchnień" to tytuł, jaki zaczerpnięty przez autorkę został pod wpływem zdania , które padło w którejś z rozmów, a mianowicie o tym, że "Każdy zmarły przynosi Bogu swoje ostatnie tchnienie,(…). Z tego tchnienia Bóg może odczytać życie tego człowieka jak z książki.
Biblioteka Boga to regał ostatnich tchnień".

Ta książka znowu z silnym akcentem autobiograficznym, co jest zapewne swoistą próbą zmierzenia się z własnymi demonami Veteranyi, opowiada o odejściu ze świata jednej z droższych jej osób, ciotki, która to była jej bliższa, niż jej własna matka. I jak się wydaje, również ta śmierć sprowokowała samą Aglaję do targnięcia się na swoje życie.

Na pewno proza Veteranyi nie jest ani łatwa, ani przyjemna, ani relaksująca. A mimo to cieszę się, że ją poznałam, aczkolwiek niestety, mam teraz po tej książce, niekoniecznie najlepszy nastrój. Veteranyi udało się poruszyć i we mnie te wrażliwe strony mojej podświadomości.
Mimo to polecam ogromnie.

„Matki”. Teodora Dimowa.

Wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 2008 roku książka "Matki" przeszła jakoś tak niezauważalnie na blogach książkowych (przynajmniej tych, które ja znam). Tak mi się przynajmniej wydaje. A chyba szkoda. Bo to dobra książka z gatunku tych, które czyta się, odkłada ale coś nie daje człowiekowi o niej zapomnieć. Ona "uwiera", jak ja to nazywam, co stanowi chyba dość wyraźnie o tym, że jest to książka spełniająca moje oczekiwania względem literatury, czyli daje do myślenia, otwiera na to, co się dzieje dookoła, każe się nad tym zastanowić, porównać sytuacje z kart książki z tym, co dzieje się w naszych realiach Polski tu i teraz. To moje pierwsze spotkanie z literaturą bułgarską i cieszę się, że wypadło ono tak pomyślnie.
Do napisania tej książki natchnęła autorkę podobno sytuacja, która miała miejsce w Bułgarii, niestety, mimo tego, że próbowałam znaleźć o tym jakieś informacje w internecie, nie udało mi się. A szkoda, bo chciałam dowiedzieć się, co zdarzyło się nie tak dawno przecież w Bułgarii, co spowodowało, że Dimowa napisała taką książkę.

"Matki" to książka, która totalnie i bez złudzeń pozbawia nas tak zakorzenionego w polskiej mentalności mitu "matki Polki" czyli matki z góry kochającej dziecko, z góry wiedzącej, że dziecko jest jej dobrem najwyższym, dla którego poświęcić się trzeba, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. W "Matkach" Dimowa jest wręcz okrutna. Przedstawia grupę młodych, dorastających dzieciaków, nastolatków, piętnastolatków, które połączyły dwie rzeczy. Fakt bycia w jednej klasie i fakt posiadania rodzin, w których funkcja matek została totalnie zaburzona a pomnikowa funkcja matki ograniczyła się jedynie do nazwy i faktu urodzenia dziecka.
"Nie zdążyłam zrobić skrobanki" słyszy po raz setny młody chłopak, którego matka wzięta modelka robi karierę wspierana przez bogatego męża i która uwielbia katować nowe fryzjerki, kosmetyczki opowieściami o tym, jak to potoczyło się jej życie i jak to właściwie dobrze się stało, że nie zdążyła zrobić skrobanki, bo teraz kompletnie nie mogłaby mieć dziecka.
"Po co ja cię urodziłam! zrujnowałaś mi życie!" słyszy jego koleżanka z klasy, której matka żyje tak naprawdę jakby na zupełnie innej planecie, w której nie istnieje ani realne życie ani poczucie odpowiedzialności.

Jest też kobieta, która opuszcza syna i męża, jako, że adoptowanego dziecka nigdy nie chciała i nie zdołała pokochać, są nieszczęśliwe dzieci alkoholików i tych, którzy kompletnie nie dorośli do bycia rodzicami, a rodziny zakładali, bo tak trzeba, taki jest trend, wszyscy dookoła się pobierają, mają dzieci i stają się dorośli.
Napisałam, że Dimowa jest "okrutna", bo wydaje mi się aż niemożliwe aby tyle "psychicznego zła i patologii uczuć" mogło przytrafić się aż tak wielu dzieciom w jednej klasie. Dlatego też między innymi chciałabym poczytać o tym, co sprowokowało ją do napisania książki, być może to tylko część prawdy, być może autorka trochę celowo przesadziła, ale co , jeśli NIE?

Tę grupę z jednej klasy od pewnej chwili zaczyna łączyć coś jeszcze. Jest to postać charyzmatycznej wychowawczyni, młodej Jawory. Przy tej okazji zastanowiłam się, dlaczego książki czy filmy (dość wspomnieć osławione "Stowarzyszenie umarłych poetów" czy "Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof") opowiadające o takich niezwykłych nauczycielach, z reguły nie kończą się niczym dobrym.
Tak jest i w tym przypadku, gdyż dochodzi do tragedii.
Jawora, postać niemal jak z sennego wyobrażenia lub może jakiegoś seansu z dużą ilością środków halucynogennych, wydaje się być czasem na granicy snu i jawy. Czy istnieje naprawdę? Czytając niby to wiemy, że tak, ale jej stosunek do uczniów i fakt, jak przez dwa lata nauki zmieniają się oni, spijając z jej ust prawdy niemal to jak z kart książek Paolo Coelho, zdają się czasem zaprzeczać jej istnieniu. Mimo to sądzę jednak, że tak, że Jawora istniała. Nie jestem tylko przekonana, że wszystko to, co potem opowiadają jej uczniowie, jakoby mieli słyszeć z jej ust właśnie, miało na pewno miejsce, czy nie jest tak, że te pozbawione miłości, opieki i zwyczajnego wychowania dzieciaki w jakiś sposób sobie tego same nie wyimaginowały.

Tak naprawdę książka "Matki" opowiada o problemie współczesnego społeczeństwa, zupełnym rozpadzie rodziny, zaniku więzi między zdawało by się najbliższymi członkami rodziny, a co za tym idzie, o tym, jak wpływa to na współczesne społeczeństwo.
Mimo, że opisuje ona szkołę w Sofii, nie łudźmy się. Tak samo źle jest wszędzie. I ciekawe, czy może być jeszcze gorzej.

za i przeciw;)

nie chcę zachowywać się, jak niektórzy na Forum Książki i rzucić hasła "Czarodziejska Góra" Thomasa Manna, czytał ktoś?" ale wychodzi na to, że zrobię coś w ten deseń.
Mam ją, już kolejny raz dumam, czy jej nie zacząć i jakoś tak się waham. Z jednej strony, nie wiem, czemu, ale wydaje mi się, że jest to książka idealna na długie zimowe wieczory (akuratnio mamy słońce za oknem i prawie 14C:), a z drugiej strony trochę przeraża mnie jej objętość. Nie przepadam za książkami cegłami a niewątpliwie ta się do nich zalicza, jakby nie było. Z drugiej strony, wstyd nie znać tej książki (chyba?). Z trzeciej strony, wiem, że w listopadzie zaopatrzę się w dwie książki, na które czekam, czyli nową książkę Marcina Bruczkowskiego i nową książkę Natsuo Kirino i pewnie po nie sięgnę a wtedy zarzucę lekturę "CG"…no bo jednak to taka cegła, że jak ją zacznę teraz, to boję się , że długo zajmie mi lektura.
No i tak się miotam z tym zdecydowaniem się na nią.
A więc apel do tych, którzy czytali. Podobało się? Czekam na argumenty za .
Nie podobało się, nie warto teraz sięgnąć? Również czekam na opinie.

gadżety…

…podejrzewam, że bez wrodzonej skromności mogę się określić, jako miłośnik gadżetów;) Tak, to ja w sklepikach przymuzealnych nabywam smycze do telefonu (jedna z najlepszych, używana akurat do aparatu fotograficznego nabyta została w monachijskiej galerii sztuki), podkładki pod mysz itd.
Lubię też gadżety upiększające elektronikę ogólnie mówiąc, czyli zwracam baczną uwagę na muzykę w telefonie (dodałam sobie jak tylko u nas w sieci było to możliwe muzykę na oczekiwanie dla dzwoniącego), na dzwonki i tapety. Dzwonki zmieniam dość często, obecnie mam wybrany z możliwości mojej Nokii dzwonek "Seahorse", a na tapecie też często zmiany. Przez dłuższy czas miałam kotę Reginy, to znaczy, oczywiście, zdjęcie koty, a w chwili obecnej naszło mnie na wyspy tropikalne i taką sobie wstawiłam, prawie jak z fototapety na ścianie, pamiętacie coś takiego? Swego czasu było modne, strasznie mi się podobało, jak miałam jakieś 9, 10 lat;) Obecnie mi przeszło (P. zapewne się cieszy;). Potem pewnie znowu na coś innego sobie zmienię obrazek. Do moich gadżetów elektronicznych muszę mieć oczywiście odpowiednie wykończenie, i tak na przykład odtwarzach mp4 ma specjalny pokrowiec, na jaki została wykorzystana kosmetyczka zrobiona w którymś z wschodnich krajów.
To chyba taka moja słabość.
A Wy? Lubicie takie drobiazgi, czy raczej jest Wam obojętne, jaki dzwonek macie ustawiony w telefonie albo tapetkę na jego ekranie?