Wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 2008 roku książka "Matki" przeszła jakoś tak niezauważalnie na blogach książkowych (przynajmniej tych, które ja znam). Tak mi się przynajmniej wydaje. A chyba szkoda. Bo to dobra książka z gatunku tych, które czyta się, odkłada ale coś nie daje człowiekowi o niej zapomnieć. Ona "uwiera", jak ja to nazywam, co stanowi chyba dość wyraźnie o tym, że jest to książka spełniająca moje oczekiwania względem literatury, czyli daje do myślenia, otwiera na to, co się dzieje dookoła, każe się nad tym zastanowić, porównać sytuacje z kart książki z tym, co dzieje się w naszych realiach Polski tu i teraz. To moje pierwsze spotkanie z literaturą bułgarską i cieszę się, że wypadło ono tak pomyślnie.
Do napisania tej książki natchnęła autorkę podobno sytuacja, która miała miejsce w Bułgarii, niestety, mimo tego, że próbowałam znaleźć o tym jakieś informacje w internecie, nie udało mi się. A szkoda, bo chciałam dowiedzieć się, co zdarzyło się nie tak dawno przecież w Bułgarii, co spowodowało, że Dimowa napisała taką książkę.
"Matki" to książka, która totalnie i bez złudzeń pozbawia nas tak zakorzenionego w polskiej mentalności mitu "matki Polki" czyli matki z góry kochającej dziecko, z góry wiedzącej, że dziecko jest jej dobrem najwyższym, dla którego poświęcić się trzeba, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. W "Matkach" Dimowa jest wręcz okrutna. Przedstawia grupę młodych, dorastających dzieciaków, nastolatków, piętnastolatków, które połączyły dwie rzeczy. Fakt bycia w jednej klasie i fakt posiadania rodzin, w których funkcja matek została totalnie zaburzona a pomnikowa funkcja matki ograniczyła się jedynie do nazwy i faktu urodzenia dziecka.
"Nie zdążyłam zrobić skrobanki" słyszy po raz setny młody chłopak, którego matka wzięta modelka robi karierę wspierana przez bogatego męża i która uwielbia katować nowe fryzjerki, kosmetyczki opowieściami o tym, jak to potoczyło się jej życie i jak to właściwie dobrze się stało, że nie zdążyła zrobić skrobanki, bo teraz kompletnie nie mogłaby mieć dziecka.
"Po co ja cię urodziłam! zrujnowałaś mi życie!" słyszy jego koleżanka z klasy, której matka żyje tak naprawdę jakby na zupełnie innej planecie, w której nie istnieje ani realne życie ani poczucie odpowiedzialności.
Napisałam, że Dimowa jest "okrutna", bo wydaje mi się aż niemożliwe aby tyle "psychicznego zła i patologii uczuć" mogło przytrafić się aż tak wielu dzieciom w jednej klasie. Dlatego też między innymi chciałabym poczytać o tym, co sprowokowało ją do napisania książki, być może to tylko część prawdy, być może autorka trochę celowo przesadziła, ale co , jeśli NIE?
Tę grupę z jednej klasy od pewnej chwili zaczyna łączyć coś jeszcze. Jest to postać charyzmatycznej wychowawczyni, młodej Jawory. Przy tej okazji zastanowiłam się, dlaczego książki czy filmy (dość wspomnieć osławione "Stowarzyszenie umarłych poetów" czy "Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof") opowiadające o takich niezwykłych nauczycielach, z reguły nie kończą się niczym dobrym.
Tak jest i w tym przypadku, gdyż dochodzi do tragedii.
Jawora, postać niemal jak z sennego wyobrażenia lub może jakiegoś seansu z dużą ilością środków halucynogennych, wydaje się być czasem na granicy snu i jawy. Czy istnieje naprawdę? Czytając niby to wiemy, że tak, ale jej stosunek do uczniów i fakt, jak przez dwa lata nauki zmieniają się oni, spijając z jej ust prawdy niemal to jak z kart książek Paolo Coelho, zdają się czasem zaprzeczać jej istnieniu. Mimo to sądzę jednak, że tak, że Jawora istniała. Nie jestem tylko przekonana, że wszystko to, co potem opowiadają jej uczniowie, jakoby mieli słyszeć z jej ust właśnie, miało na pewno miejsce, czy nie jest tak, że te pozbawione miłości, opieki i zwyczajnego wychowania dzieciaki w jakiś sposób sobie tego same nie wyimaginowały.
Tak naprawdę książka "Matki" opowiada o problemie współczesnego społeczeństwa, zupełnym rozpadzie rodziny, zaniku więzi między zdawało by się najbliższymi członkami rodziny, a co za tym idzie, o tym, jak wpływa to na współczesne społeczeństwo.
Mimo, że opisuje ona szkołę w Sofii, nie łudźmy się. Tak samo źle jest wszędzie. I ciekawe, czy może być jeszcze gorzej.
