blogowo…długi wpis, uprzedzam;)

La_polaquita zaprosiła mnie do wzięcia udziału w pewnym łańcuszku na temat blogów już wczoraj, ale ja wczoraj się nie nadawałam już wieczorem na pisanie (jakiś wypalony emocjonalnie ten dzień się okazał), więc obiecany wpis pojawia się dzisiaj.

Do biegu, gotowa, start;)

1. Czy to twój pierwszy blog?
-Tak. Pierwszy i jak na razie jedyny.

2. Jak długo go prowadzisz?
-Od 30 lipca 2004, czyli jak łatwo policzyć trochę ponad 4 lata.

3. Dlaczego zaczęłaś pisać blog?
-Z dość prozaicznego powodu. Bywałam ja ci sobie na pewnym forum, gdzie po powrocie z podróży chciałam się dzielić swoimi opowieściami. Jedna forumowiczka doradziła mi wtedy, abym te wszystkie opowieści zgromadziła w jednym miejscu, gdzie każdy będzie mógł zawsze wrócić i coś sobie przypomnieć. Tak więc kiedy zakładałam bloga miało to być tylko miejsce , w którym miały być moje wrażenia z wyjazdów, opisy, refleksje na temat podróżowania. Z czasem blog zdecydowanie zaczął się zmieniać. Ani się obejrzałam, jak stał się czymś w rodzaju mojego pamiętnika, miejsca, w którym wypisuję to, co mi w danej chwili leży na sercu , czy to są radości, czy smutki, czy żale.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest on nowatorski, megaodkrywczy itd, ale też mam wrażenie, że ktoś, kto na niego trafia, szybko się o tym orientuje i jeśli mu taka konwencja bloga nie pasuje, to nikt go nie zmusza do czytania. Zdaję sobie też sprawę z tego, że mam, jak ja to nazywam "tematy bumerangi" czyli powracające z różną częstotliwością, ale to też jest moja sprawa indywidualna, nie mam ochoty oszukiwać samej siebie i w chwili, kiedy coś chcę z siebie wywalić emocjonalnie, to robię to. Oczywiście, że nie wywalam z siebie wszystkiego. To chyba mogłabym zrobić tylko w papierowej wersji dziennika, jeśli w ogóle. O niektórych sprawach nie chcę, boję się, myśleć czy mówić nawet sama ze sobą. Zbyt wiele emocji mnie to kosztuje.

Widzę, że odpowiadając na powyższe pytanie w jakiś płynny sposób przeszłam do odpowiedzi na następne, które brzmi:

4. Co ci blog daje i czym dla ciebie jest?

-Jest moim miejscem w sieci. Moją przystanią. Do której , co mnie zdziwiło, zagląda coraz więcej osób. Zdziwiło, bo jak pisałam wyżej, mój blog jest bardzo zwyczajny. A jednak usłyszałam od kogoś, kto tu bywa a kogo miałam okazję poznać osobiście, że został w tym miejscu, bo jest, jak się ta osoba wyraziła "bezpretensjonalny". Miło coś takiego usłyszeć.
To jest "moje" miejsce, ale chętnie goszczę w nim innych. Co mi się podoba, to kiedy pod jakimś wpisem wywiązuje się burzliwa dyskusja, wtedy czuję, że to miejsce "żyje". Zaskakuje mnie natomiast wciąż, jak zupełnie inaczej czasem potrafimy postrzegać świat, o czym świadczy, jak na zupełnie inne sprawy czasem w danym wpisie zwracają uwagę czytający i na co kładą nacisk w wypowiedziach. Zaskakuje, ale podoba się, bo bardzo otwiera moje spojrzenie na innych.
Blog w końcu jest miejscem, w którym mogłam "poznać" wiele ciekawych osób. Takich, których, tego jestem pewna, w realu nie poznałabym pewnie. Z różnych względów. Odległości, jaka nas dzieli, tej fizycznej i tej bardziej nieopisanej, ale różnic charakterów, zainteresowań, co za tym idzie, z pewnymi osobami pewnie nie spotkałabym się na gruncie innym, niż blogowy, a to jest właśnie wspaniałe, że tu można, daje się i że to działa.
Blog dał mi też możliwość "poznania" kogoś w realu, co jak na mnie, naczelnego dzikusa , jest aż niezwykłe.
Co jeszcze? Okazało się, że można na blogu poznać kogoś i odczuć niesamowitą więź, braterstwo dusz, czy jak to jeszcze by można nazwać. I to jest też fascynujące.
Niemniej podoba mi się też fakt, że to dzięki blogowi "poznałam" osoby o podobnych zainteresowaniach, czyli inne "mole książkowe". Bardzo to krzepi, że jest nas aż tyle i że mimo różnych lektur, jakie czytamy , wciąż u siebie bywamy, komentujemy, dyskutujemy itd.

Teraz napiszę coś, o co co prawda nie pytano, ale to też "składowa" blogowania. Co mi się nie podoba? Nie podoba mi się i jest mi bardzo nieprzyjemnie, kiedy zostawiam u kogoś po raz kolejny komentarz a ze strony tej osoby następuje zero odzewu. Ja rozumiem, że nie zawsze chce się odpowiadać każdemu, ale kiedy widzę odpowiedzi do innych osób, a moja jest pomijana, to przy kolejnej takiej sytuacji ja przestaję komentować a w efekcie bywa i tak, że po jakimś czasie bloga opuszczam.
Nie wiem, widać ja tak mam, że jest to dla mnie wyraz jakiegoś tam lekceważenia mnie, a jeśli gdzieś czuję się niechciana, to mówię bye bye.
Ja staram się odpowiedzieć na każdy komentarz, rzadko kiedy tak naprawdę czyjąś wypowiedź pomijam, jak czuję , że się powtórzę, to chociaż wstawiam uśmieszek , emotikon, no, nie wiem, dla mnie to jak rozmowa. Muszę coś odpowiedzieć, bo inaczej czuję, że mojemu rozmówcy było by przykro. To dla mnie tak, jakby ktoś się do mnie odzywał, a ja bym uparcie milczała i pomijała go w rozmowie. A może ktoś w ten sposób chce mi pokazać, że nie jestem równorzędnym partnerem do rozmowy? To tym bardziej nie ma powodów, aby go odwiedzała, prawda?

Na koniec blogowego łańcuszka wyłamię się (ale i La_polaquita chyba tego nie zrobiła), nie polecę 5 kolejnych blogów. Nie polecę, bo dla mnie każdy blog na mojej liście czytelniczej jest tam z jakiegoś powodu. Przede wszystkim dlatego, że z tych, czy innych przyczyn jest dla mnie ciekawy. Tak więc musiałabym wszystkie blogi wymieniać.
No i tradycyjnie nikogo do zabawy nie wybieram, tym bardziej, że wydaje mi się, że ten łańcuszek już krążył czas temu na necie.

La_polaquito, parafrazując, "melduję wykonanie zadania":)

„Haruki Murakami i muzyka słów”. Jay Rubin.

Ci, którzy czytają mój blog odpowiednio długo wiedzą, że moim ulubionym autorem w chwili obecnej jest Haruki Murakami. I właśnie o jego twórczości powstała książka autorstwa jednego z tłumaczy z języka japońskiego na angielski, Jaya Rubina wydana u nas przez Wydawnictwo MUZA w 2008 roku.
Sięgnęłam po nią i…mam mieszane uczucia. Książkę czytało mi się sinusoidalnie co oznacza, że raz całkiem dobrze a raz mnie jakoś nie wciągało. Zaczęło się dość przeciętnie i nudnawo wręcz, potem się rozkręciło, aby na koniec znowu mnie znużyć. Być może wina leży po mojej stronie. Powiedzmy, że nie gustuję w opracowania monograficznych, bo te naprawdę trudno jest popełnić jako niesamowicie porywające.
Może za wiele oczekiwałam po kimś, kto tłumaczy Murakamiego. Nie wiem, oczekiwałam więcej bijącej z książki pasji, uwielbienia, nawet takiego totalnie nieobiektywnego, dla autora, którego Rubin tłumaczy? A może po prostu jakoś mi nie podeszło, bez podtekstów.
Jay Rubin podszedł do sprawy solidnie, opracowując książki Murakamiego pod rozmaitym kątem, wplatajac w to sporo informacji z życia autora (chyba ta część najbardziej mnie zainteresowała). Właściwie nie jest tak, że mi się ta książka nie podobała, na biblionetce otrzymała ode mnie ocenę "dobra", ale chyba trochę mi szkoda, że nie mogłam jej od siebie dać przynajmniej o notkę wyżej.
Mimo to sądzę, że miłośnicy prozy Haruki Murakami pewnie się z nią zapoznają, bo to poniekąd "obowiązek".