nie, nie do lasu, ale berlińskie drzwi otrzymałam dzisiaj na pocztówce od Chihiro….dziękuję. Lubię takie nietypowe pocztówki, które pokazują nieco inną stronę danego miasta.
Poza tym, oglądając drzwi rozmaite można sobie wyobrażać, kto za nimi mieszka, co się dzieje w owych domach…
Chihiro, dziękuję;)
wczorajszy trzynasty…
…jednak się okazał trzynasty. I to tak chyłkiem ciszkiem, pod sam koniec dnia. Niedobre wieści do nas dotarły, których ciąg dalszy w bliższej i nieco dalszej przyszłości będą miały konsekwencje.
Ostatni tydzień miałam wciąż i wciąż złe sny i jak tu się nie martwić, jak one mnie najwyraźniej ostrzegały…
Heh, najgorzej, że wraca się chyba sytuacja i klimat sprzed dwóch lat, a tak się wydawało, że się trochę uspokoiło na pewnych frontach, a tu jednak nie. Po prostu czynione były bardziej sprytne działania, coby uderzyć ze zdwojoną siłą…
Ciekawe, co przyniesie przyszłość, bo może życiowo, albo stanie się to mobilizacją do zmian dobrych albo złych. Wiem, brzmi truistycznie, jak z Coelho, ale tak jest………….a chciałabym tylko tak zwanego świętego spokoju!
W złym nastoju jestem;(
jeśli by…
…ktoś wątpił, że mieszkam na wsi Kabaty (jak to często określam), to proszę, kogo tu u nas można spotkać na polu.
A nawiasem mówiąc, Pan Słowik się nie wyniósł! Jest i nocami wyśpiewuje swojej pani przepiękne koncerty! Ach, ten maj!

„Rekonstrukcja”. Reż.Christoffer Boe.
napisać. To są właśnie te chwile, kiedy wydaje mi się, że przy próbie napisania
własnego wrażenia, uda mi się napisać zaledwie jakieś nieskładne i niezbyt
logicznie ze sobą powiązane zdania…Tak jest na przykład z książkami mojego
ulubionego autora Haruki Murakamiego, o książkach którego nijak pisać nie umiem.
Kiedy zaczynam werbalizować swoje uczucia, wydają się one być bardzo truistyczne
albo banalne.
Podobnie z niektórymi filmami, o których nie jest mi łatwo
cokolwiek napisać a chciałoby się, jako, że się podobały…
Tak jest właśnie
z filmem "Rekonstrukcja", który sprezentowała mi Regina.
Jest to film
niezwykły. Dla mnie dodatkowym plusem zdecydowanie była fakt, że jedną z
głównych ról grał aktor znany nam z ekranizacji kryminałów Henninga Mankella.
Przyjemnie było zobaczyć go w innej roli, niż rola komisarza Wallandera.
Ale
wróćmy do samego filmu.
Tak naprawdę jest to kolejny film, co do którego
trudno jest jasno określić czym jest, czy zapisem snu? zapisanym pomysłem autora
kolejnej książki o miłości? ewentualnością, jaka każdemu z nas w życiu może się
zdarzyć?
I chyba ta jego niepewność, możliwość tak naprawdę każdej z tych
wersji powoduje, że jest to film niebanalny, ciekawy, taki, który oglądając
powoduje, że nie chcemy aby coś nam oglądanie jego przerwało.
Poznajemy
bohatera, Alexa, który pewnej nocy ma sen, o tym, jak spotyka w barze obcą
kobietę i coś zaczyna się między nimi dziać. Alex ma dziewczynę Simone, z którą
spotyka się od dłuższego czasu, ale w owym śnie, jak mówi przyjacielowi,
bardziej bał się i martwił o dziewczynę ze snu, niż o Simone.
Pewnego
wieczoru Alex wracając z Simone metrem zauważa ową dziewczynę ze snu w tym samym
wagoniku metra, zaczyna się między nimi przedziwna gra, która doprowadza do
tego, że porzuca on dziewczynę i rusza za nieznajomą, aby w rezultacie spędzić z
nią niezwykłą noc…
I można by powiedzieć, opowieść, jakich pełno, czy to w
filmie, czy na kartach książek. Jednak tak
nie jest, gdyż w tym przypadku nic nie jest do końca jasne.
Alex wraca po nocy do domu i odkrywa, że drzwi do jego mieszkania nie istnieją. Wraca do swoich bliskich i orientuje się ze zdumieniem, że nikt z poprzedniego życia nie poznaje go. Po prostu nikt nie zna Alexa, ani przyjaciel, któremu z dziwnego snu zwierzał się raptem parę dni temu, ani jego ojciec, ani nawet Simone, co jest dla Alexa największym zaskoczeniem…
Alex zdaje się po prostu nie istnieć, a raczej jakby zaczął istnieć dopiero po owej nocy spędzonej z tajemniczą kobietą.
Ktoś tu z Alexem prowadzi jakąś wyśrubowaną grę. Ktoś tu również prowadzi jakąś niezwykłą grę z widzem, który już sam nie może być pewnym, co tak naprawdę się działo, co się dzieje, a co jest wymysłem autora książek, który, czego nie ukrywają autorzy filmu, jest w stanie wpływać na losy bohaterów.
I tak oto zaczyna się gra w miłość o niezwykłych niuansach, w której Alex zaczyna się odnajdować, czy jednak aby do końca?
Przedziwny film. Z gatunku takich, o których trudno jest do końca powiedzieć "o czym był" i wyjaśnić go sobie. Ale czy naprawdę trzeba sobie go wyjaśniać? Czy trzeba go analizować? Chyba nie…Wystarczy po prostu pozwolić, aby płynął po ekranie, podczas, kiedy my możemy pozwolić aby nasze emocje nami kierowały przy jego odbiorze. Bowiem może być tak, że w chwili, kiedy coś planujemy, wydaje nam się, że kontrolujemy nasze życie, jakiś demiurg właśnie szykuje dla nas niespodziankę. A czy jest to Bóg czy jest to autor książki, który z nas czyni właśnie kolejnego bohatera swojej kolejnej książki? Cóż, któż z nas wie do końca, czym tak naprawdę jest życie, które właśnie przeżywamy………..
Polecam!
zmarła Irena Sendler…
…osoba, dla której pomoc bliźniemu nie oznaczała pustych słów. Miałam nadzieję, że zostanie nagrodzona Pokojowym Noblem. Zawsze jednak opłacało się nagradzać jak zawsze kluczem politycznym (w sumie, czy ktokolwiek wierzy jeszcze w szczerość nagród Nobla pokojowych i literackich? inaczej się ma może z tymi w dziedzinie fizyki, ogólnie nauki, tu się nie wypowiadam).
Nagrodą zatem nie została uhonorowana. Szkoda.
Szkoda też, że tacy Ludzie odchodzą. Wiadomo, takie jest życie, ale zostaje coraz mniej ludzi, dla których pewne wartości coś naprawdę znaczyły…
A tu z wikipedii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Irena_Sendler
„Sztuka bycia Elą”. Johanna Nilsson.
Z niewiadomych dla mnie przyczyn pewni autorzy (znakomici w mojej opinii) są jakoś dziwnie omijani we wszelakich poleceniach książkowych czy to dyskusjach na forach itd.
O Johannie Nilsson autorce świetnych książek, z których u nas NIESTETY są wydane, jak do tej pory tylko dwie, też jakaś cisza.
A szkoda. Wielka szkoda.
Najpierw link do mojej własnej recenzji jej książki , którą to nawiasem mówiąc, sprezentowała mi Judytta, czym zapoczątkowała naszą nową świecką tradycję wymiany książek:), czyli:
http://chiara76.blox.pl/2007/03/Rebeliantka-o-zmarznietych-stopach-Johanna-Nilsson.html
A teraz o "Sztuce bycia Elą". Za co wielbię po lekturze dwóch książek Nilsson? Ano za to, że kobieta wspaniale obala mity cudownej Szwecji. To ona pokazuje bardzo zgrabnie, jak wiele jest tam obecnie problemów, jak sami Szwedzi zdają się być nimi zaskoczeni. Ten kraj, w którym powinien być mlekiem i miodem płynący, nagle okazuje się być całkiem zwykły. Z problemami społecznymi mieszkańców, z ich niechęcią do zmian, uprzedzeniami do innego a jednocześnie poczuciem zagubienia.
Za co jeszcze pasuje mi klimat książek Nilsson? Ano za to w jaki świetny sposób umie ona przedstawić osoby, które nie są na szczycie. Czy to kariery, czy to piramidki pod tytułem "mam męża, dwoje zdrowych i superzdolnych dzieci, rewelacyjną pracę, domek z ogródkiem, super volvo i mieszczańską duszę". No więc nie. Bohaterki jej książek na ogół są zdecydowanie zagubione w swoim życiu.
Podobnie, jak bohaterka "Rebeliantki…", która nie mogła się odnaleźć w szkole, po której stać się miała trybem w maszynie wielkiej korporacji, tak w "Sztuce bycia Elą" bohaterka, Ela (cóż za niespodzianka;) to dwudziestosześcioletnia dziewczyna, która zdaje się stać zdecydowanie na zakręcie swojego życia.
Ta nadwrażliwa i mająca skłonności depresyjne dziewczyna ,czuje, że jej świat pękł, rozpadł się na niedające się poskładać kawałeczki, pięć lat temu, kiedy jej rodzice podjęli decyzję o rozwodzie i założeniu nowych rodzin.
Ela nie umie się z tym pogodzić, jej nadwrażliwa dusza wyraźnie daje jej to odczuć, wskutek czego Ela rzuca studia i zdaniem rodzinki, właściwie nic nie robi, bowiem podejmuje mało ambitne według nich prace takie, jak bycie kelnerką w jednym z ulubionych barów autorki książki.
Ela jest wciąż przez rodzinę krytykowana, co mnie dziwi, wszak o Szwedach słyszy się, że podobnie, jak Amerykanie, bardzo wcześniej starają się wypchnąć z gniazda swoje pociechy aby te zaczęły samodzielne życie, więc skąd niby taki niepokój o Elę, która z jakichś przyczyn żyje nieco inaczej, niż według rodziny powinna? Czy mamy jeden właściwy model, według którego musimy żyć? A każde odstępstwo musi być z gruntu skazane na przegraną, na ocenę negatywną? A co z tymi, którym z tych czy innych przyczyn się nie udało i zwyczajnie wyłączyli się z wyścigu szczurów? Czy nie mają oni prawa przynajmniej do szacunku ze strony innych?
Ela wiedzie więc nietypowe zdaniem rodziny życie, a polegające po prostu na tym, że nie kończy prestiżowej uczelni, aby wspinać się po szczeblach kariery. Poza tym, ma 26 lat i o zgrozo, żadnego stałego chłopaka na horyzoncie, co oznacza, że jak na razie żadnych szans na założenie własnej rodziny, podczas, kiedy jej brat ma już żonę i dwójkę uroczych dzieciaczków. Zgroza! Ela jest niemal rebeliantką walczącą z normami społecznymi współczesnego świata.
Tylko czy ktokolwiek przejmuje się Elą? Czy ktokolwiek oprócz zdawkowych słów pocieszenia zastanawia się nad nią i jej problemami? Niestety, raczej nie.
Pewnego dnia Ela napotyka na swoje drodze dwoje ludzi, jeden, to stróż domu, w którym Ela mieszka a druga osoba, to sześciolatka, której matka jest staczającą się szybciutko na dno narkomanką. Ela poznaje małą i stara się jej pomóc.
W tym momencie Ela musi się trochę otrząsnąć z własnych kłopotów i zmartwień i wedle powiedzenia, że nic tak nie pomaga, jak przestać myśleć o kłopotach własnych a zająć się cudzymi, zaczyna szukać matki dziewczynki, aby nie dopuścić do tego, aby małą Klarą zajęła się opieka społeczna wzbudzająca w dziewczynce wyraźny lęk…
Książka jest świetna, bez dwóch zdań. Tłumaczenie rewelacyjna. Brawa dla pana Pawła Pollaka (notabene, on także tłumaczył "Karambol" parę dni temu przeze mnie recenzowany). Nie stracił nic a nic z humoru autorki, z jej delikatnych uszczypliwości, z tego "klimatu", który towarzyszy jej książkom.
Samą książkę czyta się szybko i dobrze i po skończeniu jej pozostaje wielki niedosyt, właściwie chciałoby się ją czytać od początku.
U mnie trafia ona na półkę książek ulubionych a od tej pory Johanna Nilsson staje się zdecydowanie jedną z moich ulubionych autorek!
Polecam gorąco!
samo życie;)
…jak już namówiłam P., żeby wstawił film z pokazu fajerwerków, to udało mi się Go namówić na wstawienie pasjonującego odzwierciedlenia układów damsko-męskich w świecie przyrody a mianowicie walki (na szczęście bez ofiar) dwóch samców Łysek o względy dopingującej ich damy. Spójrzcie, jak pani uroczo obserwuje walczących. I jak to w życiu bywa, pewnie jaja będą z silniejszym;) Filmik nakręcił P. jakieś około roku temu, w Amsterdamie będąc…
niespodziankę;)
mi wczoraj gołąb pocztowy przyniósł. Najprawdziwszą, bo nic a nic się nie spodziwałam. A tu kartka Imieninowa (Regino22, to trzecia kartka, jaką w ogóle dostałam oprócz tej od P. i Mamy, więc tym bardziej miła), list i co mnie zdziwiło, ale oczywiście miło, prezent, pod postacią tegoż filmu:
http://rekonstrukcja.filmweb.pl/
Nic o nim nie słyszałam, ale widzę, że na filmwebie ma dobre oceny, więc już mnie ciekawi, jaki będzie. Dziękuję pięknie 😉
fajerwerki…
…czyli jak się młodzież studencka w kampusie SGGW bawi na juwenaliach;) (Nie, nie, nie my;) wiek studencki już trochę za nami, ale "załapaliśmy się" na pokaz, to skorzystaliśmy z okazji i pogapiliśmy się, bo śliczne.
„Lato polarne”. Anne Sward.
Do przeczytanych książek z kręgu autorów Północy doszła kolejna, tym razem jest to "Lato polarne" szwedzkiej autorki Anne Sward.
Książka "Lato polarne", to powieść niezwykła. Tak, jak tytuł, mrozi. Lato kojarzy się nam z ciepłem, z rozkwitem, bujnością, nawet w zimniejszych miejscach globu, jednak nie to lato, którego doświadcza pewna rodzina. Owszem, nie jest to rodzina, którą nazwalibyśmy "typową". Jest w niej mnóstwo czarnych chwil, tych grzechów przeszłości, które jednak teraz determinują życie obecne. Owszem, powiecie, w każdej rodzinie ma miejsce coś takiego, każdy z nas w ten czy inny sposób cierpi za błędy przodków, ale jednak w mniejszym czy większym stopniu…Tu zdecydowanie błędy się nawarstwiają, zbierają, mnożą, jak muchy zbierane przez jedną z bohaterek w słoikach, aby po pęknięciu słoika rozpostrzeć się na cały pokój, rozlecieć się po nim i zapełnić każdy skrawek.
W tej rodzinie nie ma mowy o cieple , w którym można schronić się w przypadku niepowodzeń, czy zmartwień. W tej rodzinie w jakiś sposób każdy w ten, czy inny sposób ma jakby zlodowaciałe serce. Serce, które paradoksalnie jednak pragnie ogrzania, miłości i ciepła. Wzajemnie jednak okazuje się, że członkowie rodziny raczej się ranią, niż to ciepło sobie dają.
Wydaje się, jakby rodzina przedstawiona w książce była kawałkami puzzle rozsypanymi na podłodze, o czym nawet może świadczyć jej forma, bowiem składa się z kolejno po sobie następujących opowieści poszczególnych jej bohaterów (widzimy więc sprawami przez pryzmat rozmaitych spojrzeń na nie), jednak w miarę , jak je zaczynamy układać, okazuje się, że obrazki zdają się nie pasować do siebie, jakby ktoś wymieszała kilka rozmaitych obrazków, z nadzieją,że jednak da się z nich złożyć jeden porządny obrazek. Nie, nie da się.
Książka jest niestety z gatunku przygnębiających, a może to na mnie tak zadziałała, ale dobra, więc mającym ochotę na taką literaturę-polecam.
