Z niewiadomych dla mnie przyczyn pewni autorzy (znakomici w mojej opinii) są jakoś dziwnie omijani we wszelakich poleceniach książkowych czy to dyskusjach na forach itd.
O Johannie Nilsson autorce świetnych książek, z których u nas NIESTETY są wydane, jak do tej pory tylko dwie, też jakaś cisza.
A szkoda. Wielka szkoda.
Najpierw link do mojej własnej recenzji jej książki , którą to nawiasem mówiąc, sprezentowała mi Judytta, czym zapoczątkowała naszą nową świecką tradycję wymiany książek:), czyli:
http://chiara76.blox.pl/2007/03/Rebeliantka-o-zmarznietych-stopach-Johanna-Nilsson.html
A teraz o "Sztuce bycia Elą". Za co wielbię po lekturze dwóch książek Nilsson? Ano za to, że kobieta wspaniale obala mity cudownej Szwecji. To ona pokazuje bardzo zgrabnie, jak wiele jest tam obecnie problemów, jak sami Szwedzi zdają się być nimi zaskoczeni. Ten kraj, w którym powinien być mlekiem i miodem płynący, nagle okazuje się być całkiem zwykły. Z problemami społecznymi mieszkańców, z ich niechęcią do zmian, uprzedzeniami do innego a jednocześnie poczuciem zagubienia.
Za co jeszcze pasuje mi klimat książek Nilsson? Ano za to w jaki świetny sposób umie ona przedstawić osoby, które nie są na szczycie. Czy to kariery, czy to piramidki pod tytułem "mam męża, dwoje zdrowych i superzdolnych dzieci, rewelacyjną pracę, domek z ogródkiem, super volvo i mieszczańską duszę". No więc nie. Bohaterki jej książek na ogół są zdecydowanie zagubione w swoim życiu.
Podobnie, jak bohaterka "Rebeliantki…", która nie mogła się odnaleźć w szkole, po której stać się miała trybem w maszynie wielkiej korporacji, tak w "Sztuce bycia Elą" bohaterka, Ela (cóż za niespodzianka;) to dwudziestosześcioletnia dziewczyna, która zdaje się stać zdecydowanie na zakręcie swojego życia.
Ta nadwrażliwa i mająca skłonności depresyjne dziewczyna ,czuje, że jej świat pękł, rozpadł się na niedające się poskładać kawałeczki, pięć lat temu, kiedy jej rodzice podjęli decyzję o rozwodzie i założeniu nowych rodzin.
Ela nie umie się z tym pogodzić, jej nadwrażliwa dusza wyraźnie daje jej to odczuć, wskutek czego Ela rzuca studia i zdaniem rodzinki, właściwie nic nie robi, bowiem podejmuje mało ambitne według nich prace takie, jak bycie kelnerką w jednym z ulubionych barów autorki książki.
Ela jest wciąż przez rodzinę krytykowana, co mnie dziwi, wszak o Szwedach słyszy się, że podobnie, jak Amerykanie, bardzo wcześniej starają się wypchnąć z gniazda swoje pociechy aby te zaczęły samodzielne życie, więc skąd niby taki niepokój o Elę, która z jakichś przyczyn żyje nieco inaczej, niż według rodziny powinna? Czy mamy jeden właściwy model, według którego musimy żyć? A każde odstępstwo musi być z gruntu skazane na przegraną, na ocenę negatywną? A co z tymi, którym z tych czy innych przyczyn się nie udało i zwyczajnie wyłączyli się z wyścigu szczurów? Czy nie mają oni prawa przynajmniej do szacunku ze strony innych?
Ela wiedzie więc nietypowe zdaniem rodziny życie, a polegające po prostu na tym, że nie kończy prestiżowej uczelni, aby wspinać się po szczeblach kariery. Poza tym, ma 26 lat i o zgrozo, żadnego stałego chłopaka na horyzoncie, co oznacza, że jak na razie żadnych szans na założenie własnej rodziny, podczas, kiedy jej brat ma już żonę i dwójkę uroczych dzieciaczków. Zgroza! Ela jest niemal rebeliantką walczącą z normami społecznymi współczesnego świata.
Tylko czy ktokolwiek przejmuje się Elą? Czy ktokolwiek oprócz zdawkowych słów pocieszenia zastanawia się nad nią i jej problemami? Niestety, raczej nie.
Pewnego dnia Ela napotyka na swoje drodze dwoje ludzi, jeden, to stróż domu, w którym Ela mieszka a druga osoba, to sześciolatka, której matka jest staczającą się szybciutko na dno narkomanką. Ela poznaje małą i stara się jej pomóc.
W tym momencie Ela musi się trochę otrząsnąć z własnych kłopotów i zmartwień i wedle powiedzenia, że nic tak nie pomaga, jak przestać myśleć o kłopotach własnych a zająć się cudzymi, zaczyna szukać matki dziewczynki, aby nie dopuścić do tego, aby małą Klarą zajęła się opieka społeczna wzbudzająca w dziewczynce wyraźny lęk…
Książka jest świetna, bez dwóch zdań. Tłumaczenie rewelacyjna. Brawa dla pana Pawła Pollaka (notabene, on także tłumaczył "Karambol" parę dni temu przeze mnie recenzowany). Nie stracił nic a nic z humoru autorki, z jej delikatnych uszczypliwości, z tego "klimatu", który towarzyszy jej książkom.
Samą książkę czyta się szybko i dobrze i po skończeniu jej pozostaje wielki niedosyt, właściwie chciałoby się ją czytać od początku.
U mnie trafia ona na półkę książek ulubionych a od tej pory Johanna Nilsson staje się zdecydowanie jedną z moich ulubionych autorek!
Polecam gorąco!
