…czyli z dziedziny czego to ludzie nie wymyślą!
Dzisiaj odebraliśmy z poczty przesyłkę (nie wiem, o której musimy tam chodzić, kiedykolwiek się nie idzie jest przynajmniej 20 osób w kolejce;(( …wystaliśmy się więc, ale warto było. Okazało się, że w Szwajcarii solidne mają nie tylko zegarki, ale i pocztę. Bowiem, jak Regina wysłała mi przesyłkę 6 marca, tak 7 miałam w skrzynce awizo po jej odbiór (no, ale naprawdę nie wyobrażałam sobie wystawać godzinę na poczcie w dniu Urodzin). Określenie cuda wianki dotyczą mini kalendarzyka, który jest właściwie dwunastoma pięknymi zakładkami do książek pod tytułem "Asian Art", piękne są obrazki! Oprócz tego otrzymałam papeterię (a co, w końcu kto tu pisze listy?:), jeszcze dwie inne zakładki, magnes na lodówkę w kształcie precla, ołówek, gumkę z flagą Szwajcarii (będzie jak znalazł przy rozwiązywaniu krzyżówek), i dwie piękne kartki z serdecznymi życzeniami. Czuję się rozpieszczona ogromnie 😉 dziękuję!
tego słucham…
ostatnio…Takie "odkrycie" dzięki komuś, kto do mnie napisał. Ostatnio tego typu odkrycie miało miejsce
przy Sam Philips dzięki Monoli. A w tym roku okazała się nią, jak na
razie, oczywiście!, życzcie mi więcej muzycznych zachwytów w tym roku, Beth Orton…
Miłego słuchania…ja ostatnio rozkoszuję się jej płytą "Comfort Of Strangers", z której i ta piosenka pochodzi.
słoniowe akcenty…;)
Na Urodziny, bo to i "stopa słonia" od P., na obrazku poniżej, i książka od Chihiro, opowiadania Haruki Murakami, tym razem pod tytułem "The Elephant Vanishes" (ciekawe, jak te mi się będzie czytało). Oprócz tego dostałam od koleżanki z Anglii laleczkę kokeshi (wie o moim zainteresowaniu Japonią i o fakcie, że kolekcjonuję te japońskie lalki), kosmetyczkę albo etui na okulary, z Indii i zabawny wisiorek (raczej nie w moim guście, szczerze mówiąc, aczkolwiek do letniego stroju, kto wie, czy kiedyś nie założę). P. też mnie rozpieścił, między innymi dostałam od niego ulubione smarowidło i płyn pod prysznic o zapachu zielonej herbaty. Dostałam też płyty, między innymi kogoś, kogo "poznałam" muzycznie parę dni temu dzięki jednej z osób, które tu śladu nie zostawiają , ale ze mną piszą;) Dziękuję A. z Kabat za polecenie mi Beth Orton, jej płyta "Comfort Of Strangers" baaardzo mnie urzekła…….jak to fajnie, że kiedyś się do mnie odezwałaś;)
Wieczorem idąc na spacer wyjęliśmy ze skrzynki jeszcze jakieś awizo, więc coś do mnie jeszcze dotrze, ale trzeba będzie wystać na poczcie w tygodniu…
stopa słonia…
czyli roślinka, jaką otrzymałam od P. na Urodziny. Ma świetną nazwę (roślina, nie P., oczywiście:).

jakby nie było…
to dziś. Godzinnie jeszcze się nie urodziłam, ale jednak zaczął się dzień moich kolejnych Urodzin. Ci, co mnie znają, wiedzą, że nie lubię Urodzin…no, nie lubię i już. Zawsze przynajmniej tydzień przed nimi już to przeżywam. Upływ kolejnego roku itd, zbyt dużo rozmaitych refleksji , niekoniecznie optymistycznych…no, ale może ktoś chce mi złożyć życzenia, to popełniam ten wpis w tym celu:)
Update, sprawdźmy, co też się zdarzyło tego dnia na przestrzeni historii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/7_marca
słodko-gorzki…
…ten dzień, czyli jak w życiu. Na poczatku dnia udało mi się nieporozumieć z kimś, kto teraz się pewnie nadął i obraził. Trudno. Wyciągałam dłoń, starałam się zatrzeć kiepskie wrażenie, ze swojej strony zrobiłam, co mogłam, niepotrzebnie tylko znowu okupiłam całą sytuację nerwami, bowiem, jak się mówi, mleko już się wylało i nie ma co gdybać itd. Jak to mówią, wszystko zależy od zależności i stopnia relacji, w rodzinie jak mawiała Shlirley Valentine, większość nieporozumień urasta do rangi konfliktów bliskowschodnich hehe.
Tak, czy siak, bez sensu się dzisiaj zdenerwowałam, bo wpływu już na to większego nie mam. Wyszło jak wyszło i nie mam co rozpamiętywać w nieskończoność.
Za to po południu miła niespodzianka w skrzynce (czyżby w tym tygodniu dzień prywatnej korespondencji a nie rachunków wypadł w środę? ), bowiem dotarł film od Ekolozkii i mini liścik, a od Reginy22 dwie kartki. Jedna z Bawarii z owym bajecznym Zamkiem Neuschwanstein (na tle zimowych lasów , jeziora i gór wygląda wręcz zjawiskowo!), a druga ze Szwajcarii, z Greifensee, które ma rozmiar całkiem sporawy;)
Dziękuję za pamięć;)
„Kair, historia pewnej kamienicy”. Alaa Al Aswany.
O niefajnym (według mnie) tytułem książki, która w oryginale nosi tytuł "The Yacoubian building" już pisałam. Nie, nie podoba mi się zabieg, który jak mniemam miał przyciągnąć więcej czytelników do książki. Ja rozumiem, że Egipt jest jednym z najbardziej obleganych kierunków wakacyjnych, chociażby przez niską cenę, i że można zarobić na tym, ale nic na to nie poradzę, że mam ochotę popastwić się nad niezręcznością tytułu polskiego wydania. Tak mi zgrzyta jakoś, że oj! No, dobra, popastwiłam się, teraz do rzeczy, czyli o książce.
Hmmm…powiem a raczej napiszę tak. Nie spodziewałam się po niej jakichś fajerwerków i zdecydowanie ich tam nie zastałam. Książka opowiada o grupie osób zamieszkujących jedną z kamienic Egiptu. Jak to bywa, walczą oni z przeciwnościami losu, których w książce zdaje się być wyjątkowe nagromadzenie. Ja rozumiem oczywiście, że to ze strony autora zabieg celowy, ale odniosłam wrażenie, że wyszło to trochę tak jakby do jednego worka wsadził za jednym zamachem zbyt wiele postaci ze zbyt wielką ilością kłopotów i problemów.
Być może dlatego, że chciał za jednym zamachem obalić rozmaite strereotypy, które panują na temat kultury muzułmańskiej i rozbić pewne tabu funkcjonujące w przekonaniach na jej temat. Dlaczego jednak odnoszę wrażenie, że tak naprawdę to można śmiało powiedzieć, że gdyby nie fakt, że właśnie rzecz dzieje się w Egipcie, to byłaby to książka jakich wiele? O zdradach, prostytuowaniu się dla zysków bądź z biedy, o fanatyźmie, miłości i nienawiści opowiada wszak tak wiele innych książek.
Nie mogę napisać, że to zła książka, bo nie, opowiada o wielu ważnych sprawach. Ale muszę stwierdzić, że nie jest to książka, która rzuca mnie na kolana. Bo chyba nie jest tak, że jej jedyną innowacją ma być fakt, że opowiada o tym, że również w państwie muzułmańskim panuje zakłamanie, szczególnie wśród środowisk opiniotwórczych czy religijnych. Naiwnością było by chyba stwierdzenie, że to coś nowego.
Niemniej jednak chętnym na poznanie literatury współczesnej z temtego zakątku świata mogę ją polecić.
jako dyżurne…
serduszko na dłoni (osoby w tym momencie zanoszące się ironicznym śmiechem proszone są o odłożenie tego, co w danej chwili piją lub jedzą, coby się nie zadławiły:) postaram się wziąć udział w zabawie netowej, w którą "ustrzeliła mnie" Chilu. Jakby nie było , maniaczką łańcuszków nie jestem i nie zmieni mi się, ale sześć rzeczy, które mam o sobie napisać, nie przekraczają granic moich możliwości.
Voila, do dzieła.
Najpierw jakieś obowiązkowe dane na temat owej gry, a więc ustrzeliła mnie pani z blogu http://iqdesign.blox.pl/html czyli Chilu,
podobno trzeba zacytować na blogu reguły a brzmią one tak, iż ma się podać na sześć nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat, i ustrzelić następne sześć osób, a więc ja zwalę grę, bo nie umiem tak wybierać, to raz, a dwa, mam wrażenie, że moi niektórzy znajomi już w to grali.
No, więc tak…
1. Pierwszy zawód miłosny i zerwane zaręczyny przeżyłam w czasach przedszkolnych…kiedy to "narzeczony" odebrał mi plastikową bransoletkę wcześniej mi podarowaną w dowodzie dozgonnej miłości. Cóż, gorycz pierwszych rozczarowań w związkach poznałam już za młodu;).
2. Namiętnie zbieram podczas podróży i wyjazdów przedmioty mające przynosić bądź zatrzymywać szczęście i nieustannie odnoszę wrażenie, że mój fart zyciowy zaczyna być odwrotnie proporcjonalny do ilości owych posiadanych przeze mnie.
3. Czytać nauczyłam się w wieku 4 lat i nie przestałam do dziś.
4. W związku z powyższym jedno z pytań, które najbardziej mnie irytuje, to to "kiedy ty to wszystko czytasz??" , autentycznie zaczynam mieć szczękościsk, kiedy je słyszę.
5. jestem przekonana, że istnieje raj dla zwierzaków i mam nadzieję, że po własnej śmierci spotkam tam wszystkie swoje zwierzaki, które ode mnie odeszły…
6. Czytam plotkarskie pisemka w stylu pudla i innych takich;) a niech tam, przyznaję się;)
Hmmmm……nie było tak najgorzej, aczkolwiek sama nie wiem, jak to wyszło;))
„Iberia”. Reż. Carlos Saura.
Mistrzostwo, mistrzostwo! Aż chce się zawołać po obejrzeniu tego filmu. Pamiętacie nasze przypominanie sobie filmów "muzycznych" po moim wpisie na temat "Życie jest muzyką". Do tej grupy zdecydowanie dodaję ten film Carlosa Saury. Mimo,że nie mogę się do końca zdecydować, co tu jest na pierwszym planie, taniec czy muzyka, chyba nie da się tego tak rozdzielić. Pełni więc w filmie "Iberia" taniec wraz z muzyką rolę pierwszoplanową i co tu dużo kryć…jest to uczta dla oka, ucha i ducha, zdecydowanie.
Tradycyjnie uprzedzam ewentualnych mających nadzieję na kino akcji, że nic z tych rzeczy, to nie ten film.
"Iberia" to hołd twórcy złożony jednemu z największych muzyków Hiszpanii, Isaacowi Albenizowi. Tańczą w nim do muzyki Albeniza i śpiewają największe sławy, artyści hiszpańscy.
Hmmm…taniec…czyż nie jest to coś, w czym najbardziej bezkarnie możemy obnażyć nasze emocje?? uczucia? to, co siedzi w nas, w naszej głębi? W końcu taniec, jakby nie patrzeć, to uzewnętrzenienie emocji. Coś, w czym, kiedy zapamiętale się temu oddamy, nagle tracimy nałożone na codzień maski, tracimy grę, którą uprawiamy i nagle stoimy przed widzem odkryci, odsłonięci, ale nie bezwstydni…a może to ja mam takie odczucia.
Dla mnie taniec, to jeden z najpiękniejszych wyrazów emocji, nawet , jeśli nie jest on wykonywany profesjonalnie…
W "Iberii" widzimy taniec rozmaity, od baletu, przez flamenco, aż po taniec nowoczesny czy nawet rodzaj performansu. Każdy z twórców, czy to solo czy w grupach, daje z siebie wszystko. Oglądając film mamy wrażenie, że znajdujemy się na scenie wraz z tańczącymi artystami, a może przez chwilkę nawet odnosimy wrażenie, iż jesteśmy jednym z nich? W końcu w tańcu wszystko jest możliwe.
Kiedy oglądałam ten film, czułam emocje towarzyszące tancerzom. Energia, emocje, erotyzm , walka , miłość i nienawiść, to wszystko kipiało wręcz ze sceny i udzielało się mnie, odbiorcy. Ciemnowłose kobiety i ich partnerzy, scenografia i dekoracje, które podkreślały zmysłowość tancerzy ale i samego tańca i śpiewu, wszystko to składa się w tym filmie na niezwykły spektakl. Spektakl nie jednego a wielu aktorów, spektakl, w którym pada zaledwie kilka dosłownie zdań, a cała reszta, to taniec i muzyka………
Film zdecydowanie mnie zachwycił i polecam go miłośnikom kina nieco innego, a na pewno muzycznego…
Na koniec, fragment filmu, myślę, że się Wam spodoba:
