Wreszcie i za niego się zabrałam…Został nabyty pewnie z rok temu i leżał sobie na tak zwane lepsze czasy i nadeszły. Po "Volverze", który mnie zachwycił, trochę bałam się zetknięcia z filmem , który opowiada o kobietach (założyłam, ze tak ma być, skoro "kobiety" są w tytule). Jak się okazało, niepotrzebnie. Film jest zupełnie inny, niż "Volver" i raczej nie ma co porównywać obu filmów. Nie pobił mojego zachwytu nad "Volverem", ale i tak mi się bardzo spodobał.
Pełen charakterystycznego poczucia humoru Almodovara film zaczyna się od chwili, kiedy pracująca w dubbingu Pepa zostaje porzucona przez swego kochanka, Ivana. Pepa nie chce już z nim być, ale bardzo chce o czymś ważnym z niewiernym kochankiem porozmawiać…nie udaje jej się to. W przypływie chwilowej rozpaczy Pepa decyduje się na pewien krok, zdobywa środki nasenne i przyrządza niezwykłe gaspacchio,które wzbogaca właśnie o owe środki nasenne aby w nieco przyjemniejszy sposób przenieść się na lepszy ze światów. Jak się potem okaże, nie ona będzie się nim w rezultacie rozkoszować i smakować go;)
W filmie znowu występuje galeria kobiet. Jest więc porzucona ale nie bezradna i w rezultacie bardziej wściekła na Ivana niż załamana Pepa, naiwna i nieco zbyt łatwowierna przyjaciółka Pepy, która wdaje się w ognisty romans z terrorystą, także żona Ivana, od lat z nim się nie kontaktująca. Jest też młodziutki Banderas w roli syna Ivana (ależ się zmienił przez te lata!;) i jego niespełniona erotycznie narzeczona o niezwykłym profilu.
Tak, czy siak, przygotowanie sennonośnego trunku to dopiero początek pełnej humoru i zwrotów wydarzeń akcji filmu, który zdecydowanie nie nudzi.
Nie jest to dla mnie tak ważny film , jak "Volver" ale bardzo mi się podobał i również polecam go tym, którzy do tej pory tego filmu nie widzieli.
Mediolan…
…na pocztówkach dzisiaj podziwiałam za uprzejmością Pyzy;) dwie pocztówki naraz doszły, jedna wyraźnie po przejściach. W dodatku dogadałyśmy się z Pyzą, że przeleżały się prawie tydzień w skrzynkach tamże…najważniejsze jednak, że doszły i że mogę podziwiać Katedrę i Kanał Naviglio Grande. Pyziu, dzięki;)
Doszła dziś także pocztówka od mojej przyjaciółki z Australii, która spędziła bajeczny tydzień w Tajlandii…Wygląda na to, że odpoczęła, oglądałam jej zdjęcia, faktycznie mimo tego, że niedługo tam była, to miała czas relaksu a zasługiwała na to.
Doszły też dwie kartki Świąteczne, jedna z magnesikiem na lodówkę, bardzo sympatyczna, to już trzecia, jaką otrzymaliśmy w tym roku.
Z mniej fajnych rzeczy, to niestety dziś ze spaceru wróciłam ze zniszczonymi butami jesiennymi, pęknła podeszwa. Jak to u mnie, swoje lata miały, więc i nie dziwię się, że rozleciały się, szkoda tylko, że nie w czasie, kiedy można coś na zimę i jesień upolować. Muszę nabyć w przyszłym jesiennym sezonie…
pieniądze dźwignią świata…
…jakby nie było…
Tak przy tej zimowej aurze za oknem naszło mnie na kilka refleksji związanych z Olimpiadą, jaka ma się odbyć niebawem w Chinach. Przyznam się Wam, że nie jestem jakimś tam wielkim miłośnikiem sportu, ale jednak relacje z igrzysk olimpijskich na ile mogę, oglądam…….Odkąd organizatorem zostały Chiny, mam jednak dziwne uczucia. Mieszane. Z jednej strony wiem jedno, od Olimpiady w Moskwie, kiedy to kraje zachodnie jednak zdecydowały się ją bojkotować za interwencję w Afganistanie, minęło sporo czasu. W Moskwie , Rosji ogólnie, wtedy Zachód nie utopił takiej kasy, jak teraz w Chinach, gdzie otwierają się masowo firmy takie, jak Nokia chociażby. "Logicznym" więc wydaje się stwierdzenie brutalne, że sorry zorro, ale teraz mamy tam kaskę , a nie odgryza się łapy, która coś nam może dać…z drugiej strony, ciągle jest we mnie ta naiwniara, która sądziła, że jednak pewne gesty są w stanie kogoś przynajmniej zastanowić. Tu tych gestów się nie spodziewajmy. Olimpiada się odbędzie. Sportowcy na nią się wybiorą.
Jak się okazuje, te dwadzieścia lat wstecz sprawa Afganistanu z tego, czy owego względu politycznie okazała się na tyle "opłacalna", że dobrze wyglądało, kiedy się ją zbojkotowało. Najwyraźniej to, jak przestrzega się praw człowieka w Chinach, które również, przypomnijmy, wspiera konflikt w Darfurze, jest obecnie mniej ważne (czytaj= nie opłaca się awanturować, bo za wielka jest kasa do stracenia).
Nie mam pretensji do sportowców, że nie chcą masowo bojkotować tego typu wydarzenia bez względu na to, że kraj, w którym owe igrzyska się odbędą prawa człowieka ma za nic (wystarczy spojrzeć na ostatnie wydarzenia w Tybecie!). Nie mam do nich pretensji, bo zdaję sobie sprawę z tego, że dla sportowca nie ma nic ważniejszego w życiu zawodowym, niż uczestnictwo w tego typu imprezie. Mam jednak pretensje do samego faktu, że Chiny w ogóle brane były pod uwagę przy organizacji tej imprezy i zostały wybrane na jej organizatora. Owszem, możemy przymknąć oczy na to, co dzieje się tam w stosunku do Tybetańczyków, opozycji, wyznawców chrześcijaństwa chociażby, i udać, że przecież na całym świecie w chwili kiedy dobrze się bawimy, dochodzi do milionów aktów przemocy wobec człowieka i łamania jego praw, i możemy pooglądać sobie tę paradę barw i przepychu, które zapewne pokażą organizatorzy na otwarciu Olimpiady w Pekinie. Tylko pytanie, jak my się z tym czuć będziemy.
Owszm, mleko się wylało. Mogę sama mieć do siebie pretensje, że piszę o tym dopiero teraz, po tym, co wydarzyło się w Tybecie, chociaż mam wciąż obrazy tego, co działo się nie tak znowuż dawno na Placu Niebiańskiego Spokoju.
Zła jestem i na to, że do organizacji tam dojdzie i na to, że pewnie się złamię i kiedy dojdzie do transmisji z udziałami Polaków , będę chciała jednak je zobaczyć.
Nie wiem, może przydałoby się wyciągnąć z tego jednak jakąś lekcję? Kieruję tę refleksję raczej pod adresem organizatorów tego typu imprez, którzy przecież mają na wybór wpływ największy…Tylko czemu jednocześnie zdaję sobie sprawę z faktu, że sama piszę rzecz zabawną, bo wiadomo nie od dziś, że kasa rządzi i że jeśli tylko będzie to się opłacało, to się takie igrzyska zorganizuje wszędzie. Bez względu na okoliczności.
„Hotel Starfish”. Reż. John Williams.
Kolejny film obejrzany przeze mnie w kolekcji "Przeboje kina Azji". Tym razem film, o którym piszą na okładce, iż odwołuje się a raczej utrzymany jest w klimacie filmu "Donnie Darko", co mnie nic kompletnie nie mówi, bo nie widziałam ww, a więc podeszłam z czystym kontem do obejrzenia;) Jeśli już miał mi się kojarzyć z jakimkolwiek reżyserem, to z Lynchem.
Jak piszą na okładce "Tajemnicza, mistyczna opowieść, w której zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją"…lubię tego typu filmy, być może dlatego, że od pewnrgo momentu czuję się sama, jakbym w tego typu eksperymenice uczestniczyła…
Powróćmy jednak do samego filmu. Otóż poznajemy mężczyznę, który pracuje jako urzędnik w którejś z korporacji. Pewnego dnia wraca on do domu i nie zastaje w nim żony. Nic dziwnego, jednak szybko okazuje się, że kobieta nie wyszła po zakupy czy do kina ze znajomą, ale zniknęła z domu.
Mężczyzna zaczyna jej szukać a usilnie pomaga mu w tym/ przeszkadza? dziwny stary facet łażący po ulicy z ulotkami i ubrany w strój obleśnego, przerażającego zająca.
Nasz bohater trafia do tajemniczego domu schadzek, do którego zdają się prowadzić wszystkie tropy…poznaje detektywa, który zdaje się mieć o nim sporo informacji a w rezultacie odkrywa, że wszystko to ma powiązanie z jego ognistym romansem, w jaki wdał się czas jakiś temu…
W tle, ciągle słyszymy o książkach pewnego autora i już zdaje nam się niekiedy, że to wszystko właśnie okazać się musi fabułą jednej z książek, którą pisze ów pisarz…
Film faktycznie tajemniczy, z nieustannie skręcającymi gdzieś wątkami, ale mnie się podobał, lubię takie zakręcone, niejasne kino, które niby o czymś tam opowiada, a w rezultacie nie do końca.
Mnie się podobało, mogę polecić miłośnikom takiego kina dość nietypowego.
pokonała mnie…
nie za często mi się to zdarza, ale zdarza. Pokonała mnie książka. Zaczęłam czytać Noblistę, Pamuka, jego książkę "Nowe życie" i…utknęłam. Niestety, książka kompletnie mnie nie wciągnęła, nie przekonała do siebie, dotarłam nawet nieźle, bo do połowy mniej więcej, ale stwierdziłam, że jest mi szkoda samej siebie na czytanie czegoś, co tak nie idzie. Trudno, raz na kiedy zdarzają się takie książkowe "wtopy", porzucam ją więc dzisiaj i zacznę coś nowego. Jeszcze nie wiem, czy sięgnę po prezent od Judytty, od Chihiro, a może po coś jeszcze innego, ale na pewno męczyć się nad czymś, co nie idzie, nie zamierzam. A Wy? Zostaliście wymęczeni i pokonani przez jakąś lekturę ostatnio??
„2046”. Reż. Kar Wai Wong.
Obejrzałam!
Napiszę tak…jak Murakami w swoich książkach opowiada o zagubionych uczuciach, o ich plątaninie, zagmatwaniu, tak w świecie filmu kojarzy mi się właśnie Kar Wai Wong, przynajmniej po obejrzeniu "2046" odniosłam dokładnie takie wrażenie…
Rację mają ci, którzy mówią, że "2046" nie jest kontynuacją "Spragnionych miłoci", bo nie jest, a oba filmy łączy najbardziej postać głównego bohatera. I znowu nie jest to film, który ma zaskakujące zwroty akcji. Nie. Akcja dzieje się tu dość powoli, raczej snuje się opowieść, żeby było ciekawiej, akcja ma miejsce równolegle w dwóch czasach, późnych latach 60-tych Hongkongu i w roku 2046, do którego udają się ci, którzy chcą odzyskać utracone wspomnienia…
Jak w przypadku książek Murakamiego, o filmach Kar Wai Wonga dość trudno mi opowiedzieć a z pewnością o tym filmie, bowiem jest to film pełen niuansów, sytuacji, które postrzegamy jedynie poprzez drobne gesty, wydarzenia, które jednak wiele znaczą dla całości.
Główny bohater pogubił się w swoich związkach uczuciowych. Miłosne zawiłości, konieczność opowiedzenia się w ten czy inny sposób, stają się dla niego niemożliwe. Zanurzony w wydarzeniach z przeszłości, sam nie umie zebrać sił, aby stanąć oko w oko z przyszłością. Lawiruje więc w nowych związkach a życie traktuje dość hedonistycznie. Jego kobiety również zdają się być zagubione w związkach, miłości, albo chcą za wiele albo nie umieją zawalczyć o to, aby uzyskać to, co słusznie im się należy…
W tym wszystkim pada jednak wiele słów o miłości, związkach, uczuciach generalnie…
I tak, jak w Hongkongu lat sześćdziesiątych, tak okazuje się, że w przyszłości roku w futurystycznej scenografii można czuć się również zagubionym i niepewnym, i szukać uczucia u androidy, która niestety, nie jest w stanie go odwzajemnić…ale co jakiś czas ktoś próbuje dostać się specjalnym pociągiem do roku 2046, aby odzyskać utracone wspomnienia, tak jakby to zapewniło mu spokój ducha……..
Na koniec cytat, który "wyłapałam" , a mianowicie:
"Każdy podróżuje do 2046 z tym samym zamiarem -odzyskać utracone wspomnienia.
Bo w 2046 wszystko pozostaje niezmienne.
Nie wiadomo czy to prawda, bo nikt nigdy nie powrócił".
Miłośnikom kina wschodniego a akcją niespieszną, a jednocześnie mającym ochotę nad filmem się zadumać, jak najbardziej polecam.
wczoraj kolejna…
…partia przesyłek, tym razem książka od Judytty, książka, której recenzja na blogu Judytty zwróciła moją uwagę, o tutaj http://judytta.blog.onet.pl/2,ID297168918,index.html
czyli lektura z kręgu, który jest mi praktycznie nieznany, bo z regionu Bałkanów tak mało przecież znam literatury ( i nie to, żebym się z tego cieszyła…), miły list do książki dodany. Także od Raspberry-swirl otrzymany film Kar Wai Wonga, jak tu nie wierzyć w miłe zbiegi okoliczności, skoro dzień wcześniej jeden film tegoż reżysera od Malej_mi, a wczoraj następny? Dziękuję…
Wczoraj wieczorem podczas spaceru utknęliśmy na dłuższy czas w takim miejscu, gdzie nie świeci się jedna latarnia a już las niedaleko, więc miasto nie oświetla i gapiliśmy się w gwiazdy. Jak kiedyś natkniecie się na parę, która stoi z zadartymi w górę głowami albo pokazuje sobie wyciągniętymi łapami w górze konkretne gwiazdy, to pewnie my jesteśmy. Uwielbiam wpatrywać się w gwiazdy. W ogóle, to jestem zwolennikiem teorii innego świata, na którym stoi sobie podobna do nas para i też zastanawia się "czy jesteśmy sami na świecie?"…wczoraj udało mi się dojrzeć jedną spadającą, oczywiście pomyślałam życzenie;)
Tak mi te gwiazdy utkwiły w głowie, że w nocy podobno (wiem z opowieści P.) obudziłam go gadając o gwiazdach…:)
Po Świętach wspólna wizyta u lekarza. P. wczoraj chyba trafił wreszcie na kogoś dość kompetentnego (trzymajcie kciuki). Po raz kolejny potwierdził teorię, że pewne sprawy wynikają właśnie z tego. Opadły mi łapy. Okazuje się, że pewne nasze poczynania mogły potoczyć się zupełnie, zupełnie inaczej, gdyby tylko lekarze, którzy teoretycznie powinni się znać i którym sygnalizowaliśmy pewne sprawy wcześniej przyłożyli się do roboty. Opadło mi ostatnio wszystko, co może opaść kobiecie, serio…taki mnie stupor dopadł…po prostu nie przerabiam…
Ale nic to, bo znowu usłyszę, że smutek życia itd, więc nie ciągnę tematu (a w dodatku są kolejne problemy ze sprzętem agd, "pięknie")…
o różnych odcieniach miłości…
…tym razem nie będzie o jednym a o dwóch filmach i rodzaj pewnego zestawienia. Jakiś czas temu udało mi się obejrzeć dwa zupełnie różne od siebie filmy (wydane w zasługującej według mnie na uwagę serii "Plus dla koneserów"), a ponieważ oba traktują o miłości tylko w nieco różnych jej odcieniach, postanowiłam o nich nadmienić, sądzę, że mogą one niektórych z Was zainteresować.
Oba filmy są filmami, które nie mają burzliwej akcji, od razu uprzedzam, że zainteresowani nimi bogą być raczej ci, którym to nie przeszkadza. Akcja toczy się w nich raczej niespiesznie i wiem, że są osoby, które z pewnością stwierdziłyby, że są to filmy właściwie o niczym, z czym, oczywiście , ja się nie zgadzam.
Ale do rzeczy. Pierwszy z filmów, to wydany u nas pod tytułem "Lawendowe Wzgórze" w reżyserii Charles’a Dance, absolutny majstersztyk. Jakby nie było DAWNO nie udało mi się obejrzeć popisu tak świetnej gry aktorskiej dwóch równych sobie i rewelacyjnych aktorek, mam na myśli Judi Dench (tak, to ta pani z serii o Bondzie;) i Maggie Smith (tak, to z kolei ta pani z serii o Harrym Potterze;). Film opowiada o małej nadmorskiej mieścinie w latach 30stych. Życie dwóch sióstr, Ursuli i Janet, jest spokojne i bez fajerwerków. Ot, taka niemęcząca codzienność, śniadanie, zakupy na rynku rybnym, pielenie czy inna praca w ogródku, wieczorne słuchanie radia, i czas się kłaść aby następnego dnia wstać rano zmagać się z tym samym.
I oto pewnego dnia siostry wstają i ze swego balkonu widzą, że morze po nocy wyrzuciły na brzeg ciało rozbitka. Biegną go ratować i okazuje się, że młody człowiek jeszcze żyje. Trafia więc do domu sióstr i pod ich czułą opiekę. Kiedy odzyskuje przytomość wychodzi na jaw, że nie jest Anglikiem i z biegiem czasu okazuje się, że jest to Polak.
I tak oto młody Polak odbywa rekonwalescencję pod czułą opieką obu sióstr, jego złamana kostka goi się, jednak za to komuś innemu pęka serce. Nie chcąc za wiele opowiadać, jednej z kobiet pęka serce…
Jest to cudowna powolna opowieść, która toczy się niespiesznie i pokazuje nam, jak bardzo mylimy się, sądząc, że miłość ta burzliwa, z kołataniem serca i porywami namiętności, zarezerwowana jest tylko dla młodych. Otóż tak nie jest, szkoda tylko, że jednak chociaż się przydarza, generalnie nie kończy się happy endem…W tym filmie o wiele uczuciach dowiadujemy się za pomocą niuansów, niedopowiedzeń, półsłówek…w tle przepiękna muzyka na skrzypcach, jako, że odnaleziony okaże się być wspaniałym wirtuozem, i oto film, który bardzo mnie urzekł…
Przede wszystkim jednak Min Li napotyka tam córkę botanika, dziewczynę, która jest półsierotą, jej brat służy w wojsku, ojciec nie zajmuje się nią a ona sama czuje się ogromnie samotna. Owa dziewczyna Cheng An zaczyna fascynować Min Li,jako ona sama, ale przede wszystkim erotycznie. Dwie do tej pory samotne istoty odkrywają pod osłoną rozbuchanej roślinności tajemnego ogrodu erotyzm i wzajemną miłość.
I tak wydaje im się, że trafiły do jakiejś cudownej krainy, w której miłość stoi na piedestale a wszystko im sprzyja. Niestety, jak się okazuje, tylko do czasu, bowiem, jak się z góry domyślamy, ich szczęście nie będzie trwać wiecznie a prędzej, czy później dojdzie do dramatu.
Powiem tak. Według mnie ten film jest dużo, dużo słabszy, niż wspomniany przeze mnie wyżej film "Lawendowe Wzgórze". Nie chcę być źle zrozumiana. Nie przeszkadza mi , że przedstawiono tu miłość homoseksualną, wręcz ciekawie było poznać nastawienie społeczeństwa do tego typu związków w latach 80-tych Chin (ciekawe swoją drogą, jak jest teraz), ale przeszkadza mi fakt, że czegoś mi zabrakło. Jakby reżyser skupił się tylko na stronie fizycznej, a zabrakło mu tego czegoś, co dotyka sfery psychologii. Przez to wszystko, przez ten brak, cała sytuacja wydaje się zbyt przewidywalna i zbyt jasna. Jednym słowem, zbyt jasno, zbyt łopatologicznie a zabrakło czegoś w tej warstwie nie do końca chwytnej, która daje poczucie, że dany film jest dobry czy nie…
Szczerze mówiąc, po obejrzeniu filmów nabrałam wielkiej ochoty na powtórkę "uczty kinomana" jaką odczułam podczas oglądania "Lawendowego Wzgórza", w którym gra dwóch wspaniałych aktorek powodowała, że nie chciałam aby film się skończył. Może ktoś z Was oglądał go i mógłby polecić coś właśnie w tym stylu??
„Wiedeńska krew”. Frank Tallis.
Kolejny dobry kryminał, który ostatnio przeczytałam. W dodatku akcja dzieje się nie dość, że w początkach wieku dwudziestego, to w Wiedniu! Tak więc dla mnie dodatkowy plus, ze względu na moją osobistą miłość do tego miasta. Przyjemnie jest czytać książkę, której miejsca akcji rozpoznaje się tak dobrze.
Jak się okazuje, ta książka, to druga z trylogii, ale sądzę, że nic się nie stało, jeśli ją czytałam, bowiem nie odczułam jakichś braków po nieczytaniu pierwszej części trylogii o przygodach doktora Liebermanna. Natomiast wiem, że chętnie sięgnę po część trzecią, kiedy zostanie ona u nas wydana, jako, że podobno nad nią autor pracuje a mnie się spodobała, więc na pewno będę chciała przeczytać.
Akcja książki rozgrywa się w ostatnich miesiącach roku 1902. W ZOO przy Schonbrunn zostaje popełniona dość niezwykła zbrodnia, jako, że ofiarą mordu padła nie jakaś osoba, lecz wąż. W dodatku ulubienica cesarza!
Jak się potem okaże, ale oczywiście dużo później, zabicie węża stanowiło początkowe ogniwo całego łańcucha zbrodni. Jakiś czas potem bowiem okazuje się, że w Wiedniu początku dwudziestego wieku grasuje jakiś nieobliczalny morderca, w dodatku morderca seryjny!
Do rozwikłania zagadki staje komisarz Rheinhardt, któremu pomaga właśnie doktor Liebermann, którego zapiski stanowią mającą wkrótce zostać ukończoną, kryminalną trylogię. Liebermann, który jest lekarzem psychoanalitykiem, w dodatku zainteresowanym teorią Freuda.
Oprócz dobrego kryminału, który powstał, mamy tu też ciekawie odmalowane miasto tamtych czasów, również ciekawą galerię postaci, oczywiście z Liebermannem na pierwszym planie, lekarzem, który w tej części przeżyje swoisty kryzys…
Napiszę tak, bardzo mi się spodobał ten kryminał i cieszę się, że sięgnęłam po niego po poleceniach na Forum Kryminały i Sensacje.
Miłośnikom kryminałów polecam!
otrzymane netem;)
Kochanie, wyrzuc smieci!
–
Kurna, dopiero co usiadlem!– A co do tej pory robiles?
– Lezalem.
***************************
– Kochanie! Chcialbym dzis pójsc z kolegami na mecz,
potem nakregle,a pózniej
wpadlibysmy do knajpki…–
A idz, idz… Czy ja cie za rogi trzymam…?***************************
– Wróbelek na galezi siedzi czy kuca?
– Kuca, bo jakby siedzial to by mu nózki
zwisaly.*************************
Mloda ortodoksyjna para Zydow przygotowuje sie do slubu. Poszli
do rabina, aby zadac mu pare
pytan.– Czy to prawda, ze
kobieta i mezczyzna nie moga ze soba tanczyc?– Tak to prawda – odpowiada Rabin – Z powodów moralnosci
kobieta i mezczyzna moga
tanczyc tylko osobno.–
Nawet, jesli sa malzenstwem?– Tak.
– A co z
seksem?– Bedziecie
malzenstwem, wiec nie ma zadnego problemu.– A mozemy próbowac róznych pozycji?
– Oczywiscie.
– Kobieta moze byc na górze?
– Jak najbardziej.
– Mozemy to robic na pieska?
– Jesli lubicie.
– A na stoaco?
– Na stojaco kategorycznie nie!
– Ale Rabbi, czemu na stojaco nie?
– Bo to moze skonczyc sie
tancem!********************************
Policjant rozwiazuje krzyzówke. Wstrzymuje sie przy
hasle: >"Najwiekszy ptak
na trzy litery".Chwilke
pomysli, podrapie sie za uchem, po czym z duma pisze:… "MÓJ"
