Nie ukrywam, że do przekonania się aby tę książkę przeczytać nakłoniła mnie recenzja u Zosika, o tu:
http://lekturki.wordpress.com/2008/03/11/%E2%80%9Ezabic-drozda%E2%80%9D-harper-lee/
Nie ukrywam, bo tak było. Książka ta "krążyła" wokół mnie od pewnego czasu, ale przyznaję się,że miałam jakieś bliżej nie do wyjaśnienia powody, które mnie od niej odpychały. Do czasu, kiedy stwierdziłam , że po takiej ciekawej recenzji nie znać tej książki mi po prostu nie wypada.
Oto mamy lata trzydzieste w amerykańskim stanie Alabama. W małej mieścinie Maycomb mieszka wcześnie owdowiały adwokat Atticusa z dwójką dzieci, synem Jemem i córką Skaut. Tak naprawdę Skaut nosi imiona Jean Loise, ale chyba ostatni raz tak właśnie nazwano ją na jej chrzcie, bowiem na codzień wszyscy zwracają się do niej Skaut właśnie.
Opowieść w książce snuta jest z perspektywy Skaut właśnie, a zaczyna się w lecie, lecie, które poprzedza pójście Skaut pierwszy raz do szkoły.
To wtedy zostajemy wprowadzeni w opis prowincjonalnego życia w małym Maycomb, to wtedy dowiadujemy się, że praktycznie dla dzieci nie ma w nim nic ekscytującego, ot, życie toczy się powoli, niespiesznie, dorośli walczą z kryzysem gospodarczym a dzieci w mniej lub bardziej wyimaginowanymi strachami, jak chociażby zamknięty całe życie w domu niejaki Boo Radley, którego dzieciaki wraz z poznanym tamtego lata nowym przyjacielem, Dillem, najchętniej wywabiłyby z domu aby chociażby zobaczyć, jak też on wygląda.
Dzieci nie wiedzą jeszcze wtedy, że tak, jak one walczą ze swoimi wyimaginowanymi strachami, tak też dorośli walczą ze swoimi, umacniając niektóre z nich, a mianowicie uprzedzenia na tle rasowym.
Jak powie w pewnym momencie Atticus do swego dorastającego syna "W naszych sądach, gdy słowo białego człowieka przeciwstawia się słowu czarnego, biały zawsze wygrywa. To podłe, ale takie są fakty".
O tych strachach , które rządzą życiem dorosłych małego miasteczka południowej części Stanów dzieci przekonają się za dwa lata od początku historii, kiedy to ojciec ich podejmie się nietypowej sprawy. Otóż będzie miał za zadanie obronić czarnoskórego mieszkańca miejscowości, niejakiego Toma od oskarżenia go o gwałt, jakiego rzekomo miał się Tom dopuścić na jednej z miejscowych dziewczyn. Tak naprawdę sprawa z góry skazana jest na przegraną, ale Atticus podejmuje się jej niby Cervantesowski don Kichot walczący z wiatrakami, bowiem jak sam mówi, jest to niezbędne jemu samemu, jako ojcu. Po prostu chce móc spojrzeć w oczy własnym dzieciom bez poczucia wstydu.
To powieść, która opisuje sytuację z górą siedemdziesiąt lat temu, ale czy tak naprawdę wiele się zmieniło? Czy nie jest dalej tak, że w wielu miejscach na ziemi wciąż rządzi rasizm? Uprzedzenia? nietolerancja? Czy nie jest tak, że wciąż w wielu miejscach są jacyś "biali" i "czarni" niekoniecznie mając na myśli ich kolor skóry, ale miejsce, jakie dane "obozy" zajmują w danej hierarchii, w danym szeregu. I czy nie jest tak, że wciąż słowa jakichś białych kontra słowa jakichś czarnych dalej nie oznaczają z góry wygranej owych białych?
Sytuacja przedstawiona w "Zabić drozda" jest jak bolesna drzazga, która wbiła się nam w skórę. Niby nic się nie dzieje, niby zapomnieliśmy a pewnego dnia nagle, zupełnie nie wiedzieć, czemu, nagle się odzywa i zaczyna boleć, albo co gorsza ropieć. Bo pewnych spraw nie da się zepchnąć na margines sumienia, pewnych sytuacji i przekonań nie da się zasypać piaskiem.
Z pewnymi sytuacjami, jak ta na końcu książki, przyjdzie nam się zmierzyć i kiedyś w przyszłości musieć z tym a nie innym wyborem żyć. Musieć żyć.
