Zdecydowanie jeden z lepszych kryminałów, jakie czytałam ostatnio a być może i książek , które udało mi się przeczytać od początku roku!
Coś wspaniałego.
Jak niektórzy pamiętają, Marthę Grimes "poznałam" przy okazji jej trzyczęściowej opowieści o nastoletniej detektyw z zapyziałej amerykańskiej prowincji. Pierwsza część nieco mnie wynudziła, dopóki nie uznałam, że ja jej trylogię powinnam czytać z uwagą skierowaną mniej na wątek kryminalny, który w tamtych książkach zdawał się być nieco "rozwleczony" w czasie i akcji, a zdecydowanie bardziej na jej obserwacje psychologiczne amerykańskiego pipidówa. I to był dobry pomysł.
Grimes posiada niewiarygodny zmysł obserwacji. Umie odmalować portrety postaci tak prawdziwych, że zdający się niemal wychodzić z kart książek ku nam.
W przypadku "Pod Huncwotem" o nudzie jakiejkolwiek mowy zupełnie nie było. Tu akcja dzieje się zdecydowanie bardziej wartko a sama książka zaczyna się nieco w konwencji teorii Hitchkoka, czyli najpierw dostaliśmy potężną dawkę wrażeń, aby potem tylko je nasilić. Książka bowiem zaczyna się w chwili, kiedy w jednym z angielskich pubów na angielskiej tym razem prowincji (uwielbiam te prowincje angielskie i zdecydowanie mam smaczek na angielskie właśnie teraz takie opisy!) zostaje popełnione drugie z kolei morderstwo. Niby niekoniecznie się wiążące z pierwszym a jednak miejsce zbrodni , czyli pub, które się powtarza, zdaje się wskazywać na to, iż w okolicy może grasować seryjny morderca……
Morderca wybrał sobie też oryginalny czas, bowiem akcja dzieje się w okresie przed i w czasie Bożego Narodzenia. Do wykrycia zbrodni zostaje ze Scotland Yardu wysłany inspektor Richard Jury, który wcale sobie nie krzywduje wysłania go tam właśnie w tym okresie. Oprócz pracy potraktować bowiem zamierza ów wyjazd jak nietypowy urlop, ot, oderwanie się od londyńskiego gwaru i męczącej codzienności. Jednak podejrzewam, że nawet Jury w swoich snach nie przewidywał, że na dwóch morderstwach się nie skończy, ale to oczywiście okaże się dopiero w trakcie książki.
Marcie Grimes udało się coś niezwykłego. Popełniła dobry kryminał, z wszystkimi cechami jemu właściwymi, ale i niesamowicie ciekawą powieść obyczajową z ciekawymi portretami osób, które, jak pisałam, zdają się byc tak realne, że niemal wiemy, kto z naszego bliższego czy dalszego otoczenia jest ich odpowiednikiem. Do tego wspaniały opis angielskiej prowincji z jej pubami (opis angielskiego pubu w początkach książki jest wprost majstersztykiem!), sielską okolicą, wrzosowiskami, mniej lub bardziej bogatymi domami i przepięknymi rezydencjami.
Książka okraszona jest wspaniałym poczuciem humoru, co sprawia, że nie raz i nie dwa, zdrowo się podczas lektury uśmiałam.
Zdecydowanie mi się podoba i nie mogę się doczekać następnej, jednak, jak wyczytałam na okładce, poczekam trochę , bowiem ma wyjść u nas dopiero we wrześniu. Szkoda!
Na koniec kilka cytatów z wydanej w W.A.B książki. Sami się zorientujcie, jakiego to kalibru lektura;)
"Jedyny w Long Piddleton, który ma alibi.- Powiedziała to tak złośliwie i zaczepnie, że można było pomyśleć, że Malrose drukuje sobie różne alibi w pokoju na zapleczu i odmawia dzielenia się z innymi".
"Nie od dziś wiadomo, że filiżanka herbaty jest lekarstwem prawdziwego Anglika na wszystko, od bolących nóg do seryjnych morderstw".
"Mogę zrozumieć, że człowiek zabija sześciu ludzi, ale zostawić psa na pastwę losu-to naprawdę poniżej wszelkiej krytyki".
Miłośnikom kryminałów mogę śmiało polecić, wiem, że się nie zawiedziecie!
