o różnych odcieniach miłości…

…tym razem nie będzie o jednym a o dwóch filmach i rodzaj pewnego zestawienia. Jakiś czas temu udało mi się obejrzeć dwa zupełnie różne od siebie filmy (wydane w zasługującej według mnie na uwagę serii "Plus dla koneserów"), a ponieważ oba traktują o miłości tylko w nieco różnych jej odcieniach, postanowiłam o nich nadmienić, sądzę, że mogą one niektórych z Was zainteresować.
Oba filmy są filmami, które nie mają burzliwej akcji, od razu uprzedzam, że zainteresowani nimi bogą być raczej ci, którym to nie przeszkadza. Akcja toczy się w nich raczej niespiesznie i wiem, że są osoby, które z pewnością stwierdziłyby, że są to filmy właściwie o niczym, z czym, oczywiście , ja się nie zgadzam.

Ale do rzeczy. Pierwszy z filmów, to wydany u nas pod tytułem "Lawendowe Wzgórze" w reżyserii Charles’a Dance, absolutny majstersztyk. Jakby nie było DAWNO nie udało mi się obejrzeć popisu tak świetnej gry aktorskiej dwóch równych sobie i rewelacyjnych aktorek, mam na myśli Judi Dench (tak, to ta pani z serii o Bondzie;) i Maggie Smith (tak, to z kolei ta pani z serii o Harrym Potterze;). Film opowiada o małej nadmorskiej mieścinie w latach 30stych. Życie dwóch sióstr, Ursuli i Janet, jest spokojne i bez fajerwerków. Ot, taka niemęcząca codzienność, śniadanie, zakupy na rynku rybnym, pielenie czy inna praca w ogródku, wieczorne słuchanie radia, i czas się kłaść aby następnego dnia wstać rano zmagać się z tym samym.
I oto pewnego dnia siostry wstają i ze swego balkonu widzą, że morze po nocy wyrzuciły na brzeg ciało rozbitka. Biegną go ratować i okazuje się, że młody człowiek jeszcze żyje. Trafia więc do domu sióstr i pod ich czułą opiekę. Kiedy odzyskuje przytomość wychodzi na jaw, że nie jest Anglikiem i z biegiem czasu okazuje się, że jest to Polak.
I tak oto młody Polak odbywa rekonwalescencję pod czułą opieką obu sióstr, jego złamana kostka goi się, jednak za to komuś innemu pęka serce. Nie chcąc za wiele opowiadać, jednej z kobiet pęka serce…
Jest to cudowna powolna opowieść, która toczy się niespiesznie i pokazuje nam, jak bardzo mylimy się, sądząc, że miłość ta burzliwa, z kołataniem serca i porywami namiętności, zarezerwowana jest tylko dla młodych. Otóż tak nie jest, szkoda tylko, że jednak chociaż się przydarza, generalnie nie kończy się happy endem…W tym filmie o wiele uczuciach dowiadujemy się za pomocą niuansów, niedopowiedzeń, półsłówek…w tle przepiękna muzyka na skrzypcach, jako, że odnaleziony okaże się być wspaniałym wirtuozem, i oto film, który bardzo mnie urzekł…

Drugi film z tej serii, to "Córka Botanika" w reżyserii Sijie Dai. Ten film ma akcję jeszcze bardziej spowolnioną, niż "Lawendowe Wzgórza"…nawet jak dla mnie, która lubię kino wschodnie, bywały momenty, które nieco wydawały się zbyt wydłużone…"Córka Botanika" opowiada o sierocie z chińskiego sierocińca, Min Li, która udaje się na sześciotygodniowe praktyki do jednego ze słynnych botaników. I oto trafia do niesamowitego ogrodu pełnego bujnej , rozbuchanej wręcz roślinności , która płoży się, zwisa, rozkwita aby kwiatami muskać twarz, kiedy się ją mija a zapachem odurzać i powodować kręcenie się w głowie…

Przede wszystkim jednak Min Li napotyka tam córkę botanika, dziewczynę, która jest półsierotą, jej brat służy w wojsku, ojciec nie zajmuje się nią a ona sama czuje się ogromnie samotna. Owa dziewczyna Cheng An zaczyna fascynować Min Li,jako ona sama, ale przede wszystkim erotycznie. Dwie do tej pory samotne istoty odkrywają pod osłoną rozbuchanej roślinności tajemnego ogrodu erotyzm i wzajemną miłość.
I tak wydaje im się, że trafiły do jakiejś cudownej krainy, w której miłość stoi na piedestale a wszystko im sprzyja. Niestety, jak się okazuje, tylko do czasu, bowiem, jak się z góry domyślamy, ich szczęście nie będzie trwać wiecznie a prędzej, czy później dojdzie do dramatu.

Powiem tak. Według mnie ten film jest dużo, dużo słabszy, niż wspomniany przeze mnie wyżej film "Lawendowe Wzgórze". Nie chcę być źle zrozumiana. Nie przeszkadza mi , że przedstawiono tu miłość homoseksualną, wręcz ciekawie było poznać nastawienie społeczeństwa do tego typu związków w latach 80-tych Chin (ciekawe swoją drogą, jak jest teraz), ale przeszkadza mi fakt, że czegoś mi zabrakło. Jakby reżyser skupił się tylko na stronie fizycznej, a zabrakło mu tego czegoś, co dotyka sfery psychologii. Przez to wszystko, przez ten brak, cała sytuacja wydaje się zbyt przewidywalna i zbyt jasna. Jednym słowem, zbyt jasno, zbyt łopatologicznie a zabrakło czegoś w tej warstwie nie do końca chwytnej, która daje poczucie, że dany film jest dobry czy nie…

Szczerze mówiąc, po obejrzeniu filmów nabrałam wielkiej ochoty na powtórkę "uczty kinomana" jaką odczułam podczas oglądania "Lawendowego Wzgórza", w którym gra dwóch wspaniałych aktorek powodowała, że nie chciałam aby film się skończył. Może ktoś z Was oglądał go i mógłby polecić coś właśnie w tym stylu??