tradycyjnie, kiedy nie wiem, o co chodzi, zwracam się do Was, już dwa razy pomogliście i to niemal momentalnie.
Piosenka, o którą dzisiaj mi chodzi śpiewana jest po francusku przez kobietę (mam podejrzenie, że to któraś z modniejszych obecnie piosenkarek). Zaczyna się na pokładzie samolotu, kiedy wita ich, co słuchać, słodziutkim głosem japońska stewardessa. Potem śpiewa nasza pani, a na końcu przylatują do Tokio, o ile się nie mylę…podejrzewam, że dla kogoś, kto zna śpiewającą, to nie jest trudna zagadka. Bym "dźwięczna" była za podpowiedź;)
ps. piosenka nie jest najnowsza, ma z rok, czy dwa…
muzycznie…
kiedy się zachwycałam tą piosenką na youtube jeszcze jej nie było…dzisiaj znalazłam , szukając czegoś kompletnie odmiennego, i dzielę się z Wami. Ona zawsze, kiedy ją słyszę, dosłownie kopie mnie emocjonalnie…nie sposób być wobec niej obojętnym…
pachnąc zieloną herbatą…
W weekend nabyłam zapach "Greet Tea" Elizabeth Arden po korzystnej cenie. W Superpharmie mieli obniżki. Może poświąteczne. "Naszło" mnie na niego po tym, jak na Gwiazdkę otrzymałam w tym samym zapachu,ale z innej firmy smarowidło i płyn pod prysznic właśnie o tym zapachu. Do tego sama herbata i voila, powinnam czuć się zen;) Tym bardziej, że rozkoszuję się moim prezentem gwiazdkowym, czyli Creative ZEN, na którym mogę nie tylko słuchać muzyki, ale również oglądać filmy, co stanowi dla mnie nieustanne źródło radości. Przedwczoraj wieczorem obejrzałam sobie na nim we fragmentach "Volver", znowu zadumałam się nad tematem, który ostatnio tak mnie fascynuje, czyli mocą i siłą kobiet , które wspólnie działając , potrafią przenosić góry.
Książkowo, to przedwczoraj właśnie zabrałam się za nową (dla mnie, nie wydawniczo, rzecz jasna) książkę Stasiuka, a jest to "Jadąc do Babadag" i …wsiąkłam w nią…mniam, mniam literatura;)
Orły, sokoły!
Hej, a to ci dzisiaj orła wywinęłam, a boli? Oj, jak;)
Poleźliśmy dzisiaj na spacer do lasu i szczerze mówiąc, większość spaceru drżałam, bowiem czułam dosłownie, że coś się wydarzy dokładnie w ten deseń. Drogi w lecie wymarznięte, widać deszcz, czy roztapiający się śnieg, zamarzł, wyślizgane, tak, czy siak, łyżwy lepiej by mieć, niż zwykłe buty. Większość drogi szłam poboczami, w krzaczorach i w ogóle. No i już było prawie, prawie. Jak to mówią, witałam się z gąską, kiedy tuż przy końcu drogi bach, wywinęłam orła. Z poślizgiem klasycznym, oczywiście, zjeżdżając do tego z mini górki. Rąbnęłam łokciem i bokiem o ziemię i zamarłam. Przez chwilę rozważałam, czy w ogóle chce mi się wstać, ale zostałam podniesiona przez P. Niestety, poleciały łzy, bo ból był, a jakże. Nic to. Nic sobie nie połamałam, chodzę spokojnie, tylko boli a jutro zapewne pojawi się malowniczy sinior.
Z pozytywniejszych akcentów dnia, obeszliśmy, jak zawsze, WOŚP, wpłacając co nieco, a czerwone serducha pysznią się obecnie na naszej skrzyneczce na klucze, w przedpokoju.
Mam nadzieję, że miło minął Wam weekend…
„Jesień cudów”. Jodi Picoult.
Trzecia książka Jodi Picoult, po którą sięgnęłam, i według mnie, wcale nie gorsza od "My sister’s keeper" czy "Dziesiątego kręgu". Niby zupełnie inna, dotyka bowiem problemów religii, wiary, wyznania, ateizmu, a z drugiej strony, w jej stylistyce i konwencji, bowiem Picoult lubi w swoich książkach zadawać niewygodne pytania, takie, które uwierają nas często, lubi stawiać dylematy wydające się nie do rozwiązania, lubi potrząsnąć czytelnikiem i powiedzieć mu prosto w twarz "Ha! Wydaje ci się teraz, że postąpiłbyś tak i tak , w ten, czy inny sposób, ale czy na pewno?"…
W "Jesieni cudów" bardzo poruszyło mnie zdanie samej autorki w przedmowie. Pisze ona bowiem, iż podczas pisania tej książki pierwszy raz w zyciu zdarzyło jej się, że została wyproszona z czyjegoś gabinetu. Jak się okazuje, rozmowy o Bogu, o religii, wyznaniu, wciąż budzą żywe emocje, a jak pisze sama autorka, również "wojownicze nastroje". Że jest tak właśnie, wystarczy popatrzeć na przeciętny polski portal, forum, czy blogi, gdzie fantastycznie widać, jak niewierzący obrzucają się nawzajem błotem z wyznawcami (obojętnie jakiej religii). Że szkoda, że tak jest i że uważam to za smutne? Cóż, szkoda i tak właśnie uważam.
Dawno temu o religii popełniłam nawet taki wpis:
http://chiara76.blox.pl/2006/09/refleksyjnie.html
Tak więc ,wciąż jest to temat emocjonalny, poruszający i na pewno niełatwy…
"Jesień cudów" opowiada o małżeństwie z kilkuletnim stażem i siedmioletnią córką o jakże znamiennym imieniu Faith.
Matka Faith, to niepraktykująca Żydówka Mariah, ojciec, Colin, to chrześcijanin, ale również niepraktykujący. Oboje nie wychowują córki w jakiejkolwiek religii , która w ich domu nie zajmuje żadnego ważnego miejsca.
I oto , powoli, w miarę upływu akcji książki dowiadujemy się różnych sekretów z życia pozornie dobrego małżeństwa. Dowiadujemy się na przykład, że dawno temu Colin zdradził Mariah, a ta próbowała się po tej zdradzie męża, zabić, podcinając sobie żyły. Została uratowana, za to mąż czym prędzej oddał ją do zakładu psychiatrycznego. Mógł zachować się inaczej, ale nie chciał i oto Mariah trafiła do psychiatryka, gdzie aplikowano jej rozmaite proszki i leki. Wiedząc, że jest ona w początkowych miesiącach ciąży…
Mariah w końcu po paru miesiącach mogła opuścić ową placówkę a jej mąż na wieść o dziecku mającym się narodzić, postanowił się zmienić i dać im raz jeszcze szansę.
Mijają lata, a sytuacja się powtarza, oto Colin znowu się zakochuje, znowu ma romans, niestety, tym razem na owej zdradzie łapią go żona i siedmioletnia córeczka.
W sumie Colin jest zadowolony, bo może opuścić dom i dziecko dla kochanki, z którą również będzie mieć następne dziecko.
Niby banalna historia, ale dopiero teraz zaczyna się ona rozkręcać. Bowiem w jakiś czas po opuszczeniu domu przez ojca, mała Faith zaczyna opowiadać matce, że ma nową przyjaciółkę, Stróża, jak ją nazywa, która ją odwiedza. Nic nie byłoby w tym dziwnego, w końcu w pewnym wieku dzieci często miewają wyimaginowanych przyjaciół, ale w tej sprawie jest znaczna różnica. Faith zaczyna dokonywać uzdrowień, ma wizje a na jej rękach pojawiają się krwawiące stygmaty.
Rozpoczyna się machina medialna, w którą niestety, zostają prawie natychmiast wkręcone Mariah i mała Faiht, machina, która rusza z szybkością i siłą lawiny górskiej, niszcząc wszystko, co napotka na swojej drodze.
Tak naprawdę książka nie daje nam żadnych odpowiedzi na pytanie, czy mała Faith naprawdę miała widzenia, czy nie…nie daje nam odpowiedzi na pytanie czy Bóg istnieje, czy nie, czy cuda się zdarzają czy nie. Ta książka pokazuje, jak ważna lub nie , może być wiara czy religia w życiu poszczególnych ludzi. Jak bardzo łatwo można się o nią kłócić, jak chętnie inni obrażają się wzajemnie czy to za fakt bycia wierzącymi czy odwrotnie za bycie ateistami. Jak duża niechęć do odmienności jest w większości ludzi i jak smutno to wygląda w ekstremalnych sytuacjach.
Podobała mi się ta książka bo poruszyła ciekawą tematykę, pozwoliła mi na zadanie sobie samej rozmaitych pytań a także na próbę odpowiedzenia sobie na nie.
Może nie porwała mnie aż tak, jak "Bez mojej zgody" czy "Dziesiąty Krąg", ale uważam, że jest interesująca i zasługuje na uwagę.
Cóż, polecam.
o kobiecości…
…u Pyzy toczy się w najlepsze dyskusja o kobiecości ( http://www.latajacapyza.blox.pl ) a ja zaczęłam dumać nad tym, co u niej wpisała Aggna. Nie o foszastości i tym, jak baby potrafią być małostkowe bo to twierdzę sama, niestety, po swoich rozmaitych doświadczeniach, ale to, co napisała, że dobrze jest , kiedy jedna płeć w jakiś sposób posiada element tej drugiej.
Swego czasu, kiedy byłam w liceum, na rynku wydawniczym furorę robiła książka "Płeć mózgu", Anne Moir i Davida Jessela. Od czasu jej wydania zapewne na rynku pojawiło się sporo tego typu książek, ale wtedy ta była na topie. Zwłaszcza, że nie był to poradnik "jak zrobić, żeby on kochał, kiedy nie kocha" czy innego typu bzdury, ale sensownie napisana książka.
Pamiętam, że biologii w dwóch ostatnich klasach uczyła nas fajna, młoda nauczycielka, i że na jednej z lekcji o tej książce rozmawialiśmy i nauczycielka zrobiła nam wtedy test, jaki można było zrobić, który pokazywał, jakiej płci jest nasz mózg.
Babeczka zadawała pytani, my sobie notowaliśmy odpowiedzi, potem obliczaliśmy i zaczęło się, kto z was ma tyle punktów, a kto tyle. Wychodziło na to, że kobiety na ogół osiągają taką a nie inną ilość, mężczyźni również.
Babka mówiła, ile generalnie otrzymują dziewczyny i one podnosiły ręce zadowolone, że się wpasowały, potem ile mężczyźni i nasi klasowi panowie również z zadowoleniem zgadzali się z wynikami, byli przecież potwierdzonymi naukowo stuprocentowymi facetami;)
Były też możliwości, kiedy uzyskiwało się "zgodność myślenia obu płci" i zgadnijcie, kto wtedy wyciągnął rękę, kiedy nauczycielka spytała się o tą ilość punktów? No, oczywiście ja.
Pamiętam, że wszyscy skonfundowani zerknęli wtedy na mnie, a moja ówczesna przyjaciółka z lekką zazdrością łypnęła na mnie okiem.
Cóż, najwyraźniej nastąpiły jakieś zmiany, bowiem całkiem niedawno powtórzyłam sobie ów test i oto wyszło mi, że po latach utraciłam najwyraźniej ową zgodność myślenia obu płci, bowiem wyszły mi wyniki już , jakie według nich osiągają najczęściej kobiety.
O, proszę, w internecie nawet jest ten test, podaję więc link do niego:
http://free.polbox.pl/b/beatkag/bstpl.htm
Nie czuję się tak zwaną typową stuprocentową kobietą. Nie realizuję się specjalnie w kuchni, nie posiadam umiejętności twórczych, nie rzeźbię więc, nie maluję, a fotografuję bardzo przeciętnie, nie mam więc jakiegoś super twórczego oka. Nie szaleję na punkcie mody, nie umieram nosząc kolejny sezon te same pantofle i nie umieram z zazdrości na widok najmodniejszych ciuchów. Kręcą mnie natomiast auta i prędzej na ulicy obejrzę się za najnowszą BMW lub Audi, niż za przystojnym mężczyzną …Z drugiej jednak strony mam autentycznego fioła na punkcie biżuterii i tak zwanych dupereli do wystroju wnętrz, które mogłabym oglądać godzinami…no i jestem bardzo emocjonalną jednostką…czasem nie umiejącą oddzielić uczuć od działania rozumowego…
Hmmm…ciekawe są te nasze mózgi, ich płcie itd…
nieukochana instytucja moja…
Ponieważ mam kolejne wejście na bloga z poczty polskiej jako niestety, zmuszona do wciąż użytkowania tejże monopolistycznej instytucji, bardzo bym prosiła, żeby urzędnicy w czasie godzin pracy mniej grzebali po necie i wyszukiwali hasła "hoseni" na przykład, a może nieco bardziej oddali się temu, co powinni, czyli pracy na przykład? Byłabym bardzo wdzięczna, jako, że chętnie otrzymałabym swoje prezenty świąteczne, które 15 grudnia wysłała mi z Londynu Monoli, a które do mnie nie dotarły i na których otrzymanie powoli tracę nadzieję. Może bym nie traciła, gdybym mogła przyczpuszczać, że urzędnicy tejże poczty pracują a nie bawią się w necie.
Po necie poserfujcie sobie u siebie w domku.
Czy ktoś może mnie pocieszyć, że jeszcze w ogóle ową przesyłkę otrzymam? Bo szczerze mówiąc, ja już przestałam w to wierzyć.
„Blind Willow, Sleeping Woman”. Haruki Murakami.
To druga książka, jaką w angielskim języku przeczytałam w czasie ostatnich trzech miesięcy. Tu okazało się to dla mnie dodatkowym wyzwaniem, bo nie wiedziałam, jak prozę Murakamiego będzie mi się czytać. O dziwo, okazało się, że dobrze i chyba uniknęłam jakichś większych pułapek językowych.
"Blind Willow, Sleeping Woman" okazało się zbiorem 26 opowiadań, z których większość mi się podobała. I tak oto znowu mamy do czynienia ze światem autora, który zwykłym zdawałoby się miejscom, ludziom, wydarzeniom, nadaje jakiś niesamowity klimat, aurę tajemniczości. Często odsłania to coś, co chowamy na dnie serca, czy duszy, nie chcąc tego czegoś w nas samych dopuścić do głosu.
Ukryte pragnienia, zapomniane lub może inaczej, zepchnięte w niepamięć wydarzenia, czy obietnice, a wszystko to zdarza się wydawałoby się zwykłym ludziom z sąsiedztwa. Czy to oznacza, że świat każdego z nas dla innych może z pozoru zwyczajny, posiada takie sekrety, tajemnicze wejścia, którymi tylko niektórzy mogą dostać się do naszej głębi? Hmmm…prawdopodobnie…
Opowiadań, jak wspomniałam, jest trochę. Kilka z nich zrobiły na mnie szczególne wrażenie, wynotuję Wam ich tytuły, może ktoś kto sięgnie po tę książkę też odniesie wrażenie, że owo opowiadanie z tych, czy innych przyczyn i jego dotknęło.
Opowiadanie, które najbardziej mi się podobało i które zapamiętam na zawsze, to "Birthday girl", zawierające "groźbę", tak, groźbę możliwości spełnienia się naszych marzeń. Jest to jakby ostrzeżenie, abyśmy z wypowiadaniem życzeń uważali, bo nie wiemy, kiedy się one spełnić mogą. A może ja je tak odebrałam? Kończy się owo opowiadanie zdaniem "But you had beter think about it carefully, my lovely young fairy, because I can grant you only one". In the darkness somewhere , an old man wearing a withered-leaf-coloured tie raises a finger. "Just one. You can’t change your mind afterwards and take it back".
Drugie opowiadanie, niby zwyczajne, a niezwyczajne, o odkryciu czegoś, co tkwi w nas samych, a do czego nie chcielibyśmy się przyznać, do owego drugiego ja? A jest to opowiadanie "The Mirror".
Jest również rewelacyjne opowiadanie o wyobcowaniu, o tym, jak możemy wplątać się w związek, w którym utkwimy, w którym nie ma już nic, oprócz "Bieguna Południowego"…a może to jednak tylko opowiadanie o Człowieku Lodu? Tytuł, to "The Ice Man"…
Parę innych tytułów, które z tych, czy innych przyczyn bardziej mnie przyciągnęły, to "Man-Eating Cats", "Nausea 1979", "The Seventh Man", "Firefly", "Chance Traveller", "Hanelei Bay", "Where I’am likely to find it", "A Shinagawa Monkey".
Podsumowując, ja czytając te opowiadania dałam się porwać literackiemu (czy na pewno tylko fikcyjnemu?) światu Murakamiego i miałam wielką przyjemność czytając je…Cóż mogę dodać oprócz tego, że polecam?
„Las Quarter Moon”, Chiara Civello.
Nie wiem, jak Wam, ale mnie zdarza się "przegapić" u siebie samej w domu dobrą książkę, czy płytę, którą na nowo "odkrywam" po jakimś czasie…Tak było zdecydowanie z Chiarą i tą jej płytą, którą owszem, słuchałam, ale wtedy może nie trafiła w mój odpowiedni czas, albo sama nie wiem,co…Natomiast odsłuchana niedawno, zdecydowanie wysunęła się na prowadzenie wieczorów zimowych…Hmmm…i w dodatku zachwyciła mnie naprawdę większość utwórów na niej…super. Jakoś do tej pory z włoskich piosenkarek liczyła się dla mnie tylko Laura Pausini, a od paru dni zdecydowanie nie tylko ona. Jak się cieszę, że znalazłam tę płytę, odsłuchałam jej i powracam do niej…
Mówię o tej płycie:
http://merlin.pl/frontend/browse/product/4,393810.html
musiałam kupić tę książkę…
…coś takiego zdarza mi się tylko w przypadku książek Murakamiego, ale też jest to innego rodzaju nakaz wewnętrzny. Tym razem było tak, że kiedy buszowaliśmy wczoraj w księgarni i zobaczyłam jej tytuł sięgnęłam po nią i mimo niezbyt niskiej ceny wiedziałam, że nie wyjdę bez niej. Muszę ją mieć. Podejrzewam, że na mój wybór miał w jakimś stopniu wpis Aggny w moim poście o zeszłorocznych odkryciach kulturalnych, ale nie tylko. Sądzę, że jestem obecnie w takim punkcie mojego życia, kiedy po prostu muszę przeczytać tę książkę. To było tak, jak gdybym przechodząc obok półki z książkami usłyszała nagle "Chiaro, tu jest coś, co ci się spodoba, co ci się przyda, co być może potrafi ci spojrzeć na życie w inny sposób"…
Zastanawiacie się, o jakiej książce mówię?
Mówię o "Biegnącej z wilkami" ClarissyPincola Estes.
Tak, obecnie jestem na etapie życia, w którym chcę uświadomić sobie samą siebie…także moje relacje z innymi. Przypomnieć sobie, że kobiety mają moc. Siłę. Dlatego tak bardzo lubię filmy, w których kobiety trzymają ze sobą sztamę (chociaż w życiu nie mam tego obecnie zbyt dużo przykładów, i nie tylko swoje mam na myśli)…Tak, film "Volver" czy książki "Smażone zielone pomidory" czy "Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya", o której pisałam tu:
http://chiara76.blox.pl/2006/07/Boskie-sekrety-siostrzanego-stowarzyszenia-Ya-Ya.html
uświadomiły mi, że w kobietach jest siła, ale tylko wtedy, kiedy dają sobie wzajemnie siłę trzymając się ze sobą, będąc dla siebie wsparciem…
Chcę przypomnieć sobie o sobie samej to, co już dawno zapomniałam , z tych, czy innych względów. Chcę spojrzeć na siebie i na inne kobiety innym okiem.
Czy mi się uda? Zobaczymy, ale mam zamiar zacząć ją czytać, bowiem wzywała mnie wyjątkowo jak baaardzo dawno żadna książka aż tak mnie nie wzywała. A to dla mnie jest jakiś znak…
