„Mała Miss”. Reż.Valerie Faris, Jonathan Dayton.

Oj, jaki ja dobry film wczoraj widziałam! Oczywiście pewnie już Wy wszyscy go widzieliście, ja , jak zawsze nie na bieżąco, ale nie przeszkadza mi to.

Z cyklu kino amerykańskie, które pozytywnie mnie zaskoczyło swoim klimatem jaki w kinie lubię. Czyli żadna tam strzelanina, niby dość przewidywalna akcja (niech się ktoś, kto oglądał przyzna, że nie wiedział, że z konkursem wyjdzie totalna masakra?:).

No i , co lubię, podróż poprzez Amerykę prowincjonalną w dość zdezelowanym stareńkim VW busie…podróż rodzinki zdecydowanie oryginalnej w składzie, Mama, która wierzy, że w rodzinie i jej trzymaniu się jest moc i siła, Tato, który nie umie przegrywać, a czego się podczas podróży nauczy, dziadek wciągający kreski, z diabelskim poczuciem humoru, milczący piętnastolatek, jaki dziewięć miesięcy temu złożył prywatny ślub milczenia, brat matki, wujek, który właśnie co został wypisany ze szpitala po nieudanej próbie samobójczej i dość pulchniutka mała Olive, która jest główną bohaterką, bowiem to właśnie dla niej owa szaleńcza podróż zwariowanej rodzinki się odbywa. Olive bowiem ma wziąć udział w koszmarnym konkursie , na Little Miss Sunshine, który odbyć się ma w Kalifornii. Jak bardzo to koszmarne przedsięwzięcie, dowiemy się w końcówce filmu, kiedy wymalowane jak lolitki sześciolatki w wytapirowanych włosach wygibują swe małe ciałka odziane w bikini przed jury…
Ale do czasu, kiedy dowiemy się, jak koszmarny jest to konkurs, odbędziemy wraz z Hooverami podróż zdezelowanym busem, to śmiejąc się wraz z nimi, to kłócąc o kolejny drobiazg…Podczas tej podróży, kiedy do busa wskakuje się w biegu, bowiem tylko z rozpędu zaskakują biegi, rodzina zrozumie jedno. Nieważne faktycznie, co się dzieje, byle by trzymać się razem. I to nie na pokaz, ale tak naprawdę. Na zasadzie wspomagania, służenia i nie przebijania się wzajemnymi oskarżeniami.
Fajny kawałek kina, które lubię, a więc polecam!

„podkradziony” test;)

  1. twoj ukochany? Mąż
  2. twoje wlosy? mysie
  3. twoja mama? kochana
  4. twoj tata? problematyczny
  5. najulubiensza rzecz? książka
  6. o czym snilas ostatniej nocy? przyjaciółce
  7. co najczesciej pijesz? mineralną
  8. wymarzony samochod? BMW
  9. w jakim pokoju jestes w tej chwili? komputerowym
  10. twoj ex? czereśniak
  11. najwiekszy strach? choroba
  12. kim bedziesz za 10 lat?szczęśliwym człowiekiem
  13. z kim bylas wczoraj wieczorem? z rodziną
  14. kim nie jestes? krętaczem
  15. ostatnio zrobiona rzecz? obiad
  16. ulubiony autor?Murakami
  17. ostatnia zjedzona rzecz? obiad
  18. twoje zycie? …
  19. twoj nastroj? smutek
  20. przyjaciele? zawiedli
  21. o czym myslisz w tej chwili? lekarzu
  22. twoj samochod? Honda
  23. minione wakacje? ciekawe
  24. stan cywilny? meżatka
  25. co leci aktualnie w tv? program
  26. kiedy smialas sie ostatni raz? dzisiaj
  27. kiedy plakalas ostatni raz? w sobotę
  28. co zmienilas ostatnio w wystroju? nic
  29. jaki film obejrzalas ostatnio? "Daleko od nieba"
  30. o czym byla ostatnio otrzymana wiadomosc? o życiu chorego dziecka
  31. co jutro na obiad? niewiadoma;)


Podkradłam to z bloga artdeco, podoba mi się. Nikogo nie wyznaczam, chcecie, to sobie zróbcie. Ja zrobiłam, bo jak na łańcuszki, nie wydał mi się koszmarnie długi, a poza tym zaintrygował formą. Artdeco pisze, że klucz do tego tkwi w tym, że odpowiedzią może być tylko jeden wyraz. Śmiesznie się to czasem robi, kiedy najchętniej dało by się kilka słów…

„Księgarz z Kabulu”. Asne Seierstad.

Po mojej fazie na Afrykę ,jaką w największym nasileniu miałam na przełomie lat 2006 i 2007, zauważyłam, że teraz interesują mnie problemy społeczno kulturowe, ale z Afganistanu właśnie…Być może wpływ na to mają również wydarzenia chociażby związane z polskim wojskiem tam stacjonującym, a być może po prostu mam takie "fazy" filmowo-literackie. Tak, czy siak, "Księgarz z Kabulu" był wręcz obowiązkowym punktem w tym poznawaniu.

Książka, to efekt pobytu wiosną 38 letniej dziennikarki z Norwegii u jednej z rodzin w Kabulu. Konkretnie, u rodziny księgarza z Kabulu. Jak we wstępie do książki pisze autorka, rodzinę wybrała nie ze względu na jej reprezentatywność (na pewno nie jest to przeciętna afgańska rodzina, chociażby ze względu na fakt posiadania pieniędzy i wykształcenia), ale dlatego, że ją zainspirowała.

Seierstad wdziała więc na siebie afgańskie ubrania, które to nawiasem mówiąc oceniła jako bardzo wygodne, i zamieszkała wraz z rodziną Sułtana Chana w jego i tak zatłoczonym i niewielkim mieszkanku. Często wdziewała też na siebie burkę , chociażby po to, aby poczuć się tak, jak czują się w niej żyjące tam kobiety i trzeba przyznać, że dopiero jej opis we wstępie, pokazał mi dokładnie, jak niewygodny i uwłaczający godności kobiety jest ów kawał materiału.

Co mi się w tej ksiąźce podobało, to fakt, że rzeczywiście widać tu pióro dziennikarki, reporterki, a więc brak tu jej emocjonalnych wtrętów, naginania faktów do wygodnej w danym momencie fikcji literackiej, a właśnie jest to opisane konkretnie i przez to bardzo prawdziwie, bo takim okiem pozbawionym zbędnych emocji. A właśnie przez to książka staje się być bardzo prawdziwa i wiarygodna.

To książka niezwykła, bowiem autorce udało się w niej zamieścić bardzo dużo historii, obserwacji, losów ludzkich splatających się, jak nitki w materiale, a mimo to udało jej się uniknąć natłoku i zbędnych dodatków.

Nie ukrywam, że mnie osobiście najbardziej w książce interesowały losy kobiet (wiecie przecież, że ostatnio ten "temat kobiet" również zaprząta moją uwagę). Nie ukrywam też, że czytając ją musiałam wziąć pod uwagę, że nasza (czyli moja i ich) mentalność jest tak niesamowicie różna, że raczej punktów wspólnych będzie niewiele (co nie znaczy, że żadnych). No i dochodza uwarunkowania kulturowe.

Moje drogie, czytające to teraz panie, oprzyjcie się jeszcze wygodniej o oparcie krzesła komputerowego na biurku i pomyślcie, jak naprawdę szczęśliwe jesteście. Wykształciłyście się i to w większości przecież świetnie, właśnie dlatego, że nie przyszło nam żyć w kraju, w którym dziewczyna, kobieta jest mało znaczącym elementem rodziny, który przychodzi na świat tylko po to, aby zostać wydaną szybko za mąż, co równa się szybkiemu opuszczeniu rodzinnego domu i urodzeniu jak największej ilości synów (córki nie sprawiają radości). Możecie realizować się zawodowo, albo nie, ale wybór należy do Was, nie do waszych ojców, czy mężów, którzy po zamążpójściu , sprawują nad wami całkowitą kontrolę.
Spójrzcie więc na swoje obrączki ślubne, te błyszczące i te matowe, albo na fotografie waszych partnerów czy to na biurkach czy to w portmonetkach. I zastanówcie się, jak miłą świadomością jest fakt, że to my wybrałyśmy sobie tych a nie innych partnerów. I jeśli ci panowie nie okazują się ideałami, to ewentualne pretensje możemy mieć li i jedynie do siebie samych ale nie do ojców, braci, kuzynów i matek, które wydały nas za mąż w wieku lat piętnastu na przykład.
Krzepi, prawda?

Nie powiem, że ta książka pokazała mi coś, o czym bym nie wiedziała, bowiem w ten czy inny sposób kulturą muzułmańską się interesowałam już wcześniej. Nie zdziwiłam się opisom linczów na dziewczętach, których jedynym przewinieniem była rozmowa z nieznajomym mężczyzną…Nie zdziwiłam się , niestety, bowiem słyszałam o takich wypadkach, sytuacji, kiedy własna rodzina ZAMORDOWAŁA jedną z młodziutkich mężatek, o której poszła plotka, że spotyka się z kimś, a dowodem na jej niewierność okazały się mgliste opowieści policjantów i pozostawiony telefon komórkowy. Nie zdziwiłam się, ale nie powiem, żeby wciąż mnie to nie przerażało i nie ukazywało, jak inna jest to kultura i jak inne są wartości, którymi tam się ludzie posługują.

Bardzo smutno opisana jest tam sytuacja kobiet, które faktycznie nie mają żadnej, ale to żadnej możliwości decydowania o sobie samych, od narodzin aż do śmierci praktycznie.
Autorka starała się przedstawić sytuację obiektywnie i mam wrażenie, że jej się udało, za co ją podziwiam, wiem bowiem, że ja ów obiektywizm z pewnością bym utraciła pisząc potem swoje wspomnienia.
Dodam jeszcze, że po opisaniu afery ze stolarzem do końca znielubiłam głowę rodziny, owego tytułowego księgarza. Nie to, żebym darzyła do sympatią od początku książki, jednak po opisie sytuacji ze stolarzem odczułam do księgarza autentyczną nienawiść…

To książka, którą polecam wszystkim tym, którzy chcą zobaczyć, jak żyje się w kraju, w którym praktycznie od zawsze trwa wojna, w którym ludzie mimo wszystko starają się jakoś żyć, zawierać związki małżeńskie, zakładać rodziny, kształcić siebie i dzieci. To książka, którą polecam tym, którzy chcą, aby migawki w wiadomościach z Afganistanu, przestały być takie anonimowe i zdawkowe.

rok temu…

to już rok od śmierci Ryszarda Kapuścińskiego.
Niesamowitego człowieka, nie podróżnika, nie turysty, nie do końca chyba nawet reportażysty…nie umiem go prywatnie nazwać. Pisarz kochający inność? Tę inność zapomnianą na codzień, biedę człowieka i jego smutek?
Jak sądzicie?
Poniżej wspomnienie na jego temat sprzed roku…

podobno wczoraj…

był według kogoś tam mądrego, wyliczony najgorszy dzień w roku…Nie wierzę w takie wyliczenia, ale dzień faktycznie nie był z tych, które odnotowywuję , jako najmilesze. Po części z powodu pogody. To był ten dzień, kiedy niebo płacze a człowiekowi w duszy łka. To był dzień, w którym orientujesz się, że pytanie po latach, co u ciebie słychać, powoduje jedynie suchość w gardle i nie jest to pytanie, na które najbardziej lubisz odpowiadać. To był dzień, w którym piszesz komentarz na blogu raspberry-swirl, a potem go kasujesz, bo odnosisz wrażenie, że ją twoje zdanie na dany temat i tak niewiele obejdzie. To był dzień, w którym ludzie w metrze, zdawali się zaprzeczać prawdzie, jaka swego czasu krążyła na vlepkach autobusowych, czyli jakoś tak, "w autobusie wszyscy ludzie mają takie same twarze", kiedy widzisz doskonale, że dziewczyna naprzeciwko ciebie otrzymuje sms od ukochanej osoby a potem z tym charakterystycznym uśmiechem nie dającym się ukryć, odpisuje na niego, potem zaś wyciąga długopis i notuje coś w zapale w zeszycie, a ty zastanawiasz się, czy pisze odpowiedź na wyimaginowany test, jakiś wiersz, czy może listę zakupów do Practicera, bo akurat urządza mieszkanie, podczas, kiedy chłopak stojący obok niej wyraźnie coś do siebie mówi, być może szykuje się na egzamin, być może jest szaleńcem, a być może szykuje sobie tekst oświadczyn (niektórzy już w tym momencie potwierdziliby jego szaleństwo). I to był dzień, w którym orientujesz się, że wychodąc z domu wzięłaś złą parasolkę, która przy byle podmuchu wiatru wygina się w każdą stronę a zimne krople sieką cię w twarz i jedyne, co masz ochotę zrobić, co cisnąć tą parasolką (zresztą odnosisz wrażenie, że nie twoją w dodatku, ale czyją??) prosto do kosza…I to był dzień, w którym dość miłym akcentem jest fakt, że na kontroli dentystycznej nie stwierdzono żadnych ubytków, uff, co za ulga. I to był dzień, o którym właściwie nie musisz wiedzieć, że w nocy jest pełnia, bo wedle ciebie można ustawiać kalendarz…
Tak, to był dość dziwny dzień.

to będzie kolejny emocjonalny wpis…

i uprzedzam od razu, pewnie wyjdzie mi długi…
Czy ja muszę mieć takie emocjonalne doznania, tak silne, od jakiegoś czasu? I to takie górki dołki? Chwilowo jestem w górce i wolałabym , żeby tak pozostało na dłużej…
Kolejny więc raz dam ujście swoim emocjom, które od wczoraj wieczorem, a praktycznie już nocy , we mnie siedzą.
Zacznę tak, że "odszczekuję" wszystko to, co ględziłam na naszą -klasę;)
Hehe, żartuję trochę. Dalej uważam, że to serwis pełen tych, którzy po czereśniacku chcą udowodnić, że im się teraz żyje bajecznie i, że w ogóle jest cool, a Nowak, co im w podstawówce dawał dzień w dzień fangę w nos, teraz może się bujać, i dalej wiem, że gdzieś tam miga twarz naszej świadkowej, o której zawsze, kiedy myślę, a fota to potwierdziła, przychodzi mi na myśl cytat z "Zawieście Czerwone Latarnie" (Chihiro, pewnie już się domyślasz), czyli "twarz Buddy a serce skorpiona"), ale…no właśnie.
Ale wczoraj odczułam chyba pierwszy raz pozytywny skutek tegoż serwisu. I to taki z niezłym fajerwerkiem…Otóż, ponieważ jak Wiecie, albo nie, w końcu sama się tam zarejestrowałam (tym samym wytrącam broń tym, którzy śmieli się ze mnie, że zaglądałam tam ze strony przyjaciółki), i od paru dni buszuję w poszukiwaniu bliższych czy dalszych znajomych. Na razie mam też dodanych trochę  blogowiczów;) Tak, czy inaczej, znalazłszy na przykład mojego dentystę (przępiekny dom w miejscowości podwarszawskiej, czy to też dzięki mnie wybudowany? hehe), poszukałam ludzi, którzy kiedyś przewijali się w moim życiu bardziej na poważnie. I tak natrafiłam na koleżankę z bloku, tą samą, która z siostrą pożyczała mi sukienkę na studniówkę. Uważni czytelnicy moich wpisów , a szczególnie komentarzy, bo tam się to pojawiło, wiedzą, że właśnie opisywałam Mardze, jak to w tym momencie poczułam siłę kobiet, tego wsparcia bez żadnych oczekiwań na rewanż. Po prostu, takiego ludzkiego. Tropem znajomej podążyłam na stronę jej siostry, (w której wtedy, niestety sukienkę się nie wbiłam, bowiem była jeszcze szczuplejsza ode mnie, mimo, że i ja nie uważałam się za grubasa wtedy;), i oto nagle zdałam sobie sprawę, że ja ją znam. Nie, no, nie z przeszłości, to tak, ale że "znam" ją teraz, z …blogosfery……I tak oto okazało się, że ni mniej ni więcej, ale Gofer73 jest właśnie moją sąsiadką z bloku, osobą, z którą niejeden wieczór się przegadało…
Szok, szok, to jedyne, co mogłam wczoraj powiedzieć. Ja wiem, że świat jest mały, to takie truistyczne, no, ale właśnie, sprawdzające się…Świat jest mały i właśnie mogłam się o tym przekonać…
Wczoraj , nie powiem, popłynęło trochę łez, takich z emocji właśnie, kiedy przypomniałam sobie nasze rozmowy we trzy, kiedy to byłyśmy takie młode, takie pewne siebie, że świat za tę miłość, jaką go obdarzamy, zrewanżuje nam się tylko tym najlepszym…Po drodze nasze kontakty się urwały i nie wiem, jak im, mnie życie pokazało, że różnie tam z jego miłością do mnie…i że niekoniecznie da mi tylko to, co najlepsze, najfajniesze itd. Ale nieważne.
Wczorajszą sytuację odebrałam jako dobry znak…
To, że jakiś czas temu Gofer natrafiła na mój blog, nie wiedząc przecież, że to mój. Że dodała mnie do czytanych. Że ja dzięki statystykom (niech żyją statystyki!), zobaczyłam, że ktoś taki w ogóle do mnie zagląda…ciekawe, przypadek, zrządzenie losu? przeznaczenie, aby po latach spotkać się ponownie w zupełnie innym miejscu?
Bardzo ciekawa sprawa……..Jestem osobą, która wobec takich sytuacji, "znaków" nie przechodzi obojętnie…

I teraz tak od wczoraj tylko dumam, ileż też z osób, z którymi mijam się na necie, to jacyś mniej lub bardziej, ale znajomi…….

„Jadąc do Babadag”. Andrzej Stasiuk.


Mówiłam, że to była mniam lektura? Uwielbiam książki, które czytam w sposób jakbym je jadła po dłuższej przerwie a więc wręcz łakomie, zachłystując się nimi! To właśnie jest jedna z nich.
Od razu uprzedzam, jak to u Stasiuka, żadnej akcji tu państwo nie znajdziecie. To nie książka z nie wiedzieć, jak wyśrubowaną fabułą i tajemniczymi postaciami;)
I dobrze…
To książka prawdziwa. Tak szczerze opisująca emocje, skryte pod słowami, pod opisami , których dokonuje autor, wreszcie pod tym, co wyłania się z jej na każdej niemal stronie, w głodzie podróży w zapomniane już części Europy.

"Jadąc do Babadag", to wspomnienia, refleksje z kilkudziesięciu podróży autora do krajów, a raczej inaczej, krain już zapomnianych. Stasiuk odwiedza nasz kraj, ale także Rumunię, Węgry, Ukrainę, Mołdawię, a wszystkie te kraje poznaje nie przez zwiedzanie ich stolic wraz z muzeami i tym, co jest eksponowane, a poprzez odwiedzanie ich jak najbardziej zdawałoby się zapomnianych miejsc.
Podróż Stasiuka opisana w książce, to nic innego, jak jeden wielki, wspaniały sen. Sen, który zapoczątkowany został przez jedno niepozorne zdjęcie, niewidomego skrzypka i jego małego towarzysza…Czy nikt z Was nigdy nie doznał czegoś w rodzaju nieznanego dotąd impulsu, który skłonił Was do działań , impulsu, który pojawił się właśnie pod wpływem obejrzenia jakiegoś zdjęcia, jakiegoś miejsca, usłyszenia jakiejś wypowiedzi?
I tak oto, zdjęcie daje początek poszukiwaniom i odkryciom, jakich podczas swoich podróży dokonuje autor. Nie odkrywa on żadnych skrytych przed oczami ludzi skarbów. Odkrywa on to, co wydaje się być pokryte kurzem z ubitych dróg, którymi się porusza. Odkrywa to, co wydając się być niezmienne, jednak powoli, pomału, odchodzi w niebyt…z tego doskonale zdaje sobie sprawę Stasiuk i to chce zachować w pamięci, w swojej głowie, pod postacią wyobrażeń i wspomnień.
Przechowuje on zdjęcia, na których nie ma ludzi, przechowuje on monety, jakby tymi sposobami chciał zachować od wiecznej niepamięci coś, co za czas jakiś zniknie z powierzchni ziemi.

Piękna książka o podróży tak naprawdę w głąb siebie. Piękna książka o prywatnych odkryciach i o niegodzeniu się na odchodzenie tego, co dotyka naszej duszy…

Bardzo polecam!
Na zakończenie, tradycyjnie wypisuję parę zdań z mojej książki (Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2004).

"Znałem tę opwoieść, ale znów słuchałem z zapartym oddechem, bo jest coś pięknego w tym, że odjeżdżamy tak daleko od domu, a tak niewiele się zmienia".

"Być może wyrusza się w podróż po to, by nieść ocalenie faktom, by podtrzymywać ich wątły, jednorazowy błysk".

"Było tak pięknie, że zastanawiałem się, czy przypadkiem nie umarłem".

I moje ulubione zdanie na zakończenie cytatów:

"Zawsze wychodzę na idiotę, ponieważ jak zwykle wygrywa rzeczywistość".

wpis dedykowany Reiwsz;)

…wczoraj miałam okazję po raz kolejny podumać nad istotą bloga. Swojego. Bardzo ładnie o tym, jak się pisze i jak się postrzega blogowanie napisała u siebie ostatnio Reiwsz, we wpisie "O krok przed norką", która opisuje swoje doznania. Pamiętam Reiwsz, że i wcześniej kiedyś napisałaś, że zaczęłaś pisać dla siebie, że zdziwiło Cię, że zaczęli zaglądać ludzie i zostawiać komentarze. To z kolei trochę zaskoczyło mnie, bowiem zaczynając pisać, sama wiedziałam, że pisząc to w przestrzeni publicznej, na czytanie innych się, nie wiem, jak to określić, bo zabrzmi dość kiepsko, "narażam". Tak, czy inaczej, ja zaczęłam pisać jeszcze inaczej, o moich wyjazdach, żeby te wszystkie wspomnienia zebrać w kupkę, namówiła mnie wtedy na to osoba, która już pewnie w ogóle mnie nie pamięta, z forum, na którym nie bywam, a samo forum się rypło. Tak, czy inaczej, z biegiem czasu przestałam pisać tylko o wyjazdach a zaczęłam swoje rozmaite myśli, przemyślenia, radości i skargi, z biegiem czasu recenzyjki z biblionetki przeniosły się na blog, to samo z opisami filmów itd. Postanowiłam stworzyć takie "swoje" miejsce w sieci, w którym będę się dobrze czuła.
Wpis Reiwsz był tak fajnie emocjonalny, że będę się do niego odnosić…Otóż, Reiwsz pisze, że (podejrzewam, że między innymi z powodu tego ostatniego na blox podsumowania najpopularniejszych blogów, najczęściej linkowanych itd), przez jej blog ostatnio przewinęła się wielka ilość ludzi. Naprawdę wielka. Tak wielka, że ją to trochę jakby przerosło? Przynajmniej ja to tak odbieram, nie wiem, jak sama Reiwsz by się do tego ustosunkowała…I wtedy, w momencie, kiedy naszło ją dziwne uczucie, wykonała telefon do osoby, którą zna z bloga. Z którą nigdy się dotąd nie widziała, ale łączy ją to coś.
To wspaniałe uczucie…muszę przyznać, że kiedy to czytałam, to właśnie ten opis telefonu do tej nieznajomej a już znajomej, spowodował szeroki uśmiech na mojej twarzy…
A wczoraj trochę właśnie pod wpływem Reiwsz, a trochę nie, zaczęłam dumać nad tym, czym jest dla mnie blog. Kiedy zaczynałam go pisać, pisałam i dalej piszę , dla siebie. Jest to dla mnie TYLKO i nie inaczej, rodzaj pamiętnika osobistego. Co oznacza, że piszę w nim to, co mnie raduje, i to, co mnie boli. Wiem, że niektórych to może nudzić, śmieszyć. Reiwsz również podawała przykłady opinii innych, którzy mogą się czepiać, że czyjś blog startuje w konkursie na najpopularniejszy blog. A ja się pytam, a co to kurde kogoś obchodzi, że startuje?
Nie wiem, jak to jest, ale niektórzy ludzie, jak komuś nie dowalą , to chyba mają spieprzony dzień.
Ja wiem jedno, cieszę się, że mogę się wypisać z moich myśli, bo czasem to dobra droga do zwerbalizowania tego, co wykluwa się w głowie…Nie, mój blog nie należy do najpopularniejszych i szczerze mówiąc, cieszy mnie to ogromnie, bowiem chyba należę do osób, które podobnie, jak Reiwsz, nie lubią zbytniej popularności i szumu wokół siebie. Czym to jest powodowane, to już inna sprawa, u obu nas zapewne z innego powodu…
Niemniej jednak, podsumowując, wczoraj zdarzyło mi się coś podobnego do tego, co Reiwsz…Przekonałam się, że gdzieś tam w dalekim kraju jest ktoś, komu mogę napisać swoje myśli a on , nie dość, że odpisuje mi , ze zawsze umiem napisać, kiedy jest mu źle (mówiłam Ci, że to telepatia;), to w dodatku sam umie odpisać tak, że na serduchu robi się lepiej i lżej.
I tak podczas podróży w blogosferze napotykamy różne osoby, różnych ludzi, a gdzieś tam także parę osób, które w jakiś sposób stają się dla nas ważne, że nie wspomnę o tym, że po prostu mogą być wsparciem…
Mówiłam kiedyś, że blogi mają moc…

urządziłam sobie podróż…

sentymentalną głównie wczoraj….Nie powiem, że to nie przez Judyttę, bo to ona właśnie spowodowała, że zachciało mi się zobaczyć na osławionym portalu społecznościowym , co u kogo słychać. Jak wiecie, nie mam tam konta, więc pierwszy raz w życiu rozważałam stworzenie swojego alter ego. Z pomocą jednak przyszła przyjaciółka (niech żyją baby i ich siła ;). Po prostu, wiedząc, że nie będę jej czytać prywatnych wiadomości, pozwoliła mi się logować na jej konto, aby właśnie móc poczytać coś więcej i pooglądać twarze dawno nie widziane.

Ja wiem, że mam skrzywienie przez rodzaj pracy P., gdzie dane osobowe są świętością, ale beztroska faktyczna niektórych w ujawnianiu swoich większości danych na owym portalu (jeszcze brak, żeby podawali swoje adresy:), rozbawiła mnie mocno. No, ale dzieki temu pooglądałam sobie ludzi, którzy z tych, czy innych przyczyn , zniknęli czy to dawno, czy niedawno z mojego życia. Zabawne było na przykład widzieć swojego pierwszego chłopaka zadzieconego i baaardzo podtatusiałego. (oj, w dodatku w wydaniu, jakiego nie cierpię obecnie). Zobaczyłam też, co słychać u naszej świadkowej, która z dnia na dzień po prostu przestała mnie znać. Bez żadnej kłótni. Po prostu, bo tak. To po doświadczeniu z A. właśnie zamknęłam się tak na ludzi. Wiem to, zdaję sobie sprawę, że jej postawa , w momencie, kiedy właśnie baaardzo potrzebowałam przyjaciółki, spowodowała, że zrozumiałam, że ludzie są okrutni, cyniczni i to ona właśnie spowodowała, że nie wierzę już chyba w przyjaźń, która mogłaby się w moim życiu wydarzyć. Na focie z dzieckiem wygląda słodko i niewinnie, obiektywnie przyznam, że wygląda nie na 31 latkę a na góra dwudziestotrzylatkę. Ale co z tego, jak pod tą słodka buzią kryje się siła osoby, która potrafiła w jakiś sposób zrujnować mi wtedy kawałek życia.
O dziwo, nie oglądanie zdjęć eksiów spowodowało emocjonalne rozchwianie i gonitwę myśli, a oglądanie właśnie tych wszystkich kobiet, które kiedyś to były przy mnie a teraz ich nie ma, w tym niektóre z nich odeszły po prostu a niektóre z nich, jak właśnie owa A. potrafiła potraktować mnie w sposób, jakiego nie życzę nikomu…