syndrom dziecka peerelu…

peerel, jaki był, większość z moich piszących w miarę pamięta. Owszem, ja też nie pamiętam wyraźnie tego, że na półkach niewiele było, chociaż jakieś tam strzępki wspomnień w pamięci są. Pamiętam kolejki i pamiętam, że faktycznie, jak już coś się wystało, to to był powód do dumy. I z dziecięcego punktu widzenia, pamiętam doskwierający mi brak słodyczy. Jako dzieciak byłam ewenementem zachwycającym znajomych, bowiem czekolady, które podsyłała ciotka ze Stanów mnie i swoim dzieciom , u tychże znikały jeszcze tego samego dnia w paszczy, ja zaś dzieliłam ją sobie na kosteczki i zjadałam ratami, przez całe tygodnie.
Ostatnio otrzymaliśmy piękny prezent, zaległy świąteczny. Kolorowe, tak zwane ekologiczne, ręcznie robione mydełka. Znajoma, która nam je przysłała to nawiasem mówiąc ta dziewczyna, o której już kiedyś pisałam, której mąż po urodzeniu się bliźniaków wymagających licznej i dość angażującej opieki medycznej odżeglował w tak zwaną inną bezpieczniejszą dla "biedaka" przystań u innej pani, gdzie nikt nie wymaga od niego odpowiedzialności i dzielności. Rzecz dzieje się w Stanach, więc na szczęście nasza znajoma radzi sobie pewnie i tak lepiej, niż radziłaby sobie w polskich realiach,no, ale to tytułem dygresji.
Tak więc, otrzymaliśmy od niej komplet kolorowych mydełek, w pięknej, ręcznie robionej skrzyneczce, z których to każde mydełko nosi inną obiecującą nazwę, jak Galapagos Green Tea, czy Nepali Natural i każde pachnie wprost obłędnie a sam cel sprzedaży jest szczytny, bowiem idzie na rzecz krajów mających problemy z wodą.
Wszystko pięknie, tylko kiedy tak siedziałam ostatnio nad tą skrzyneczką przeglądając owe mydełka (mieszczą się mniej wiecej w kobiecej dłoni) i wąchałam każde z nich z osobna zdałam sobie sprawę z faktu, że jeśli się zdecyduję na ich użycie, to będzie to z mojej strony okropne wyrzeczenie się. Nie, nie, od razu wyjaśniam. Myję się;)) mydło używam itd, ale…te są takie śliczne i  takie oryginalne, takie kolorowe…….
I tak mi ich szkoda zużyć! Powiedziałam do P. , że moim zdaniem cierpię na syndrom dziecka peerelu, kiedy to śliczne i funkcjonalne rzeczy były taką w Polsce rzadkością, że zdobycie ich graniczyło z takim cudem, że potem z kolei aż szkoda było używać.
I faktycznie, zauważyłam u siebie niechęć do spalenia świeczek w ładnym kształcie (i tak stoją i kurzą się na półce!), i właśnie takie dylematy przy ewentualnym użytkowaniu mydełek…w szafce już dawno przestały nadawać ładny zapach mydełka przywiezione z Grecji…
Tak naprawdę samą mnie to u mnie śmieszy i chętnie bym to zwalczyła, ale…jakoś nie mam pomysłu, jak;)