był według kogoś tam mądrego, wyliczony najgorszy dzień w roku…Nie wierzę w takie wyliczenia, ale dzień faktycznie nie był z tych, które odnotowywuję , jako najmilesze. Po części z powodu pogody. To był ten dzień, kiedy niebo płacze a człowiekowi w duszy łka. To był dzień, w którym orientujesz się, że pytanie po latach, co u ciebie słychać, powoduje jedynie suchość w gardle i nie jest to pytanie, na które najbardziej lubisz odpowiadać. To był dzień, w którym piszesz komentarz na blogu raspberry-swirl, a potem go kasujesz, bo odnosisz wrażenie, że ją twoje zdanie na dany temat i tak niewiele obejdzie. To był dzień, w którym ludzie w metrze, zdawali się zaprzeczać prawdzie, jaka swego czasu krążyła na vlepkach autobusowych, czyli jakoś tak, "w autobusie wszyscy ludzie mają takie same twarze", kiedy widzisz doskonale, że dziewczyna naprzeciwko ciebie otrzymuje sms od ukochanej osoby a potem z tym charakterystycznym uśmiechem nie dającym się ukryć, odpisuje na niego, potem zaś wyciąga długopis i notuje coś w zapale w zeszycie, a ty zastanawiasz się, czy pisze odpowiedź na wyimaginowany test, jakiś wiersz, czy może listę zakupów do Practicera, bo akurat urządza mieszkanie, podczas, kiedy chłopak stojący obok niej wyraźnie coś do siebie mówi, być może szykuje się na egzamin, być może jest szaleńcem, a być może szykuje sobie tekst oświadczyn (niektórzy już w tym momencie potwierdziliby jego szaleństwo). I to był dzień, w którym orientujesz się, że wychodąc z domu wzięłaś złą parasolkę, która przy byle podmuchu wiatru wygina się w każdą stronę a zimne krople sieką cię w twarz i jedyne, co masz ochotę zrobić, co cisnąć tą parasolką (zresztą odnosisz wrażenie, że nie twoją w dodatku, ale czyją??) prosto do kosza…I to był dzień, w którym dość miłym akcentem jest fakt, że na kontroli dentystycznej nie stwierdzono żadnych ubytków, uff, co za ulga. I to był dzień, o którym właściwie nie musisz wiedzieć, że w nocy jest pełnia, bo wedle ciebie można ustawiać kalendarz…
Tak, to był dość dziwny dzień.
