„Jadąc do Babadag”. Andrzej Stasiuk.


Mówiłam, że to była mniam lektura? Uwielbiam książki, które czytam w sposób jakbym je jadła po dłuższej przerwie a więc wręcz łakomie, zachłystując się nimi! To właśnie jest jedna z nich.
Od razu uprzedzam, jak to u Stasiuka, żadnej akcji tu państwo nie znajdziecie. To nie książka z nie wiedzieć, jak wyśrubowaną fabułą i tajemniczymi postaciami;)
I dobrze…
To książka prawdziwa. Tak szczerze opisująca emocje, skryte pod słowami, pod opisami , których dokonuje autor, wreszcie pod tym, co wyłania się z jej na każdej niemal stronie, w głodzie podróży w zapomniane już części Europy.

"Jadąc do Babadag", to wspomnienia, refleksje z kilkudziesięciu podróży autora do krajów, a raczej inaczej, krain już zapomnianych. Stasiuk odwiedza nasz kraj, ale także Rumunię, Węgry, Ukrainę, Mołdawię, a wszystkie te kraje poznaje nie przez zwiedzanie ich stolic wraz z muzeami i tym, co jest eksponowane, a poprzez odwiedzanie ich jak najbardziej zdawałoby się zapomnianych miejsc.
Podróż Stasiuka opisana w książce, to nic innego, jak jeden wielki, wspaniały sen. Sen, który zapoczątkowany został przez jedno niepozorne zdjęcie, niewidomego skrzypka i jego małego towarzysza…Czy nikt z Was nigdy nie doznał czegoś w rodzaju nieznanego dotąd impulsu, który skłonił Was do działań , impulsu, który pojawił się właśnie pod wpływem obejrzenia jakiegoś zdjęcia, jakiegoś miejsca, usłyszenia jakiejś wypowiedzi?
I tak oto, zdjęcie daje początek poszukiwaniom i odkryciom, jakich podczas swoich podróży dokonuje autor. Nie odkrywa on żadnych skrytych przed oczami ludzi skarbów. Odkrywa on to, co wydaje się być pokryte kurzem z ubitych dróg, którymi się porusza. Odkrywa to, co wydając się być niezmienne, jednak powoli, pomału, odchodzi w niebyt…z tego doskonale zdaje sobie sprawę Stasiuk i to chce zachować w pamięci, w swojej głowie, pod postacią wyobrażeń i wspomnień.
Przechowuje on zdjęcia, na których nie ma ludzi, przechowuje on monety, jakby tymi sposobami chciał zachować od wiecznej niepamięci coś, co za czas jakiś zniknie z powierzchni ziemi.

Piękna książka o podróży tak naprawdę w głąb siebie. Piękna książka o prywatnych odkryciach i o niegodzeniu się na odchodzenie tego, co dotyka naszej duszy…

Bardzo polecam!
Na zakończenie, tradycyjnie wypisuję parę zdań z mojej książki (Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2004).

"Znałem tę opwoieść, ale znów słuchałem z zapartym oddechem, bo jest coś pięknego w tym, że odjeżdżamy tak daleko od domu, a tak niewiele się zmienia".

"Być może wyrusza się w podróż po to, by nieść ocalenie faktom, by podtrzymywać ich wątły, jednorazowy błysk".

"Było tak pięknie, że zastanawiałem się, czy przypadkiem nie umarłem".

I moje ulubione zdanie na zakończenie cytatów:

"Zawsze wychodzę na idiotę, ponieważ jak zwykle wygrywa rzeczywistość".

wpis dedykowany Reiwsz;)

…wczoraj miałam okazję po raz kolejny podumać nad istotą bloga. Swojego. Bardzo ładnie o tym, jak się pisze i jak się postrzega blogowanie napisała u siebie ostatnio Reiwsz, we wpisie "O krok przed norką", która opisuje swoje doznania. Pamiętam Reiwsz, że i wcześniej kiedyś napisałaś, że zaczęłaś pisać dla siebie, że zdziwiło Cię, że zaczęli zaglądać ludzie i zostawiać komentarze. To z kolei trochę zaskoczyło mnie, bowiem zaczynając pisać, sama wiedziałam, że pisząc to w przestrzeni publicznej, na czytanie innych się, nie wiem, jak to określić, bo zabrzmi dość kiepsko, "narażam". Tak, czy inaczej, ja zaczęłam pisać jeszcze inaczej, o moich wyjazdach, żeby te wszystkie wspomnienia zebrać w kupkę, namówiła mnie wtedy na to osoba, która już pewnie w ogóle mnie nie pamięta, z forum, na którym nie bywam, a samo forum się rypło. Tak, czy inaczej, z biegiem czasu przestałam pisać tylko o wyjazdach a zaczęłam swoje rozmaite myśli, przemyślenia, radości i skargi, z biegiem czasu recenzyjki z biblionetki przeniosły się na blog, to samo z opisami filmów itd. Postanowiłam stworzyć takie "swoje" miejsce w sieci, w którym będę się dobrze czuła.
Wpis Reiwsz był tak fajnie emocjonalny, że będę się do niego odnosić…Otóż, Reiwsz pisze, że (podejrzewam, że między innymi z powodu tego ostatniego na blox podsumowania najpopularniejszych blogów, najczęściej linkowanych itd), przez jej blog ostatnio przewinęła się wielka ilość ludzi. Naprawdę wielka. Tak wielka, że ją to trochę jakby przerosło? Przynajmniej ja to tak odbieram, nie wiem, jak sama Reiwsz by się do tego ustosunkowała…I wtedy, w momencie, kiedy naszło ją dziwne uczucie, wykonała telefon do osoby, którą zna z bloga. Z którą nigdy się dotąd nie widziała, ale łączy ją to coś.
To wspaniałe uczucie…muszę przyznać, że kiedy to czytałam, to właśnie ten opis telefonu do tej nieznajomej a już znajomej, spowodował szeroki uśmiech na mojej twarzy…
A wczoraj trochę właśnie pod wpływem Reiwsz, a trochę nie, zaczęłam dumać nad tym, czym jest dla mnie blog. Kiedy zaczynałam go pisać, pisałam i dalej piszę , dla siebie. Jest to dla mnie TYLKO i nie inaczej, rodzaj pamiętnika osobistego. Co oznacza, że piszę w nim to, co mnie raduje, i to, co mnie boli. Wiem, że niektórych to może nudzić, śmieszyć. Reiwsz również podawała przykłady opinii innych, którzy mogą się czepiać, że czyjś blog startuje w konkursie na najpopularniejszy blog. A ja się pytam, a co to kurde kogoś obchodzi, że startuje?
Nie wiem, jak to jest, ale niektórzy ludzie, jak komuś nie dowalą , to chyba mają spieprzony dzień.
Ja wiem jedno, cieszę się, że mogę się wypisać z moich myśli, bo czasem to dobra droga do zwerbalizowania tego, co wykluwa się w głowie…Nie, mój blog nie należy do najpopularniejszych i szczerze mówiąc, cieszy mnie to ogromnie, bowiem chyba należę do osób, które podobnie, jak Reiwsz, nie lubią zbytniej popularności i szumu wokół siebie. Czym to jest powodowane, to już inna sprawa, u obu nas zapewne z innego powodu…
Niemniej jednak, podsumowując, wczoraj zdarzyło mi się coś podobnego do tego, co Reiwsz…Przekonałam się, że gdzieś tam w dalekim kraju jest ktoś, komu mogę napisać swoje myśli a on , nie dość, że odpisuje mi , ze zawsze umiem napisać, kiedy jest mu źle (mówiłam Ci, że to telepatia;), to w dodatku sam umie odpisać tak, że na serduchu robi się lepiej i lżej.
I tak podczas podróży w blogosferze napotykamy różne osoby, różnych ludzi, a gdzieś tam także parę osób, które w jakiś sposób stają się dla nas ważne, że nie wspomnę o tym, że po prostu mogą być wsparciem…
Mówiłam kiedyś, że blogi mają moc…