Hej, a to ci dzisiaj orła wywinęłam, a boli? Oj, jak;)
Poleźliśmy dzisiaj na spacer do lasu i szczerze mówiąc, większość spaceru drżałam, bowiem czułam dosłownie, że coś się wydarzy dokładnie w ten deseń. Drogi w lecie wymarznięte, widać deszcz, czy roztapiający się śnieg, zamarzł, wyślizgane, tak, czy siak, łyżwy lepiej by mieć, niż zwykłe buty. Większość drogi szłam poboczami, w krzaczorach i w ogóle. No i już było prawie, prawie. Jak to mówią, witałam się z gąską, kiedy tuż przy końcu drogi bach, wywinęłam orła. Z poślizgiem klasycznym, oczywiście, zjeżdżając do tego z mini górki. Rąbnęłam łokciem i bokiem o ziemię i zamarłam. Przez chwilę rozważałam, czy w ogóle chce mi się wstać, ale zostałam podniesiona przez P. Niestety, poleciały łzy, bo ból był, a jakże. Nic to. Nic sobie nie połamałam, chodzę spokojnie, tylko boli a jutro zapewne pojawi się malowniczy sinior.
Z pozytywniejszych akcentów dnia, obeszliśmy, jak zawsze, WOŚP, wpłacając co nieco, a czerwone serducha pysznią się obecnie na naszej skrzyneczce na klucze, w przedpokoju.
Mam nadzieję, że miło minął Wam weekend…

Dodaj komentarz