Hej, a to ci dzisiaj orła wywinęłam, a boli? Oj, jak;)
Poleźliśmy dzisiaj na spacer do lasu i szczerze mówiąc, większość spaceru drżałam, bowiem czułam dosłownie, że coś się wydarzy dokładnie w ten deseń. Drogi w lecie wymarznięte, widać deszcz, czy roztapiający się śnieg, zamarzł, wyślizgane, tak, czy siak, łyżwy lepiej by mieć, niż zwykłe buty. Większość drogi szłam poboczami, w krzaczorach i w ogóle. No i już było prawie, prawie. Jak to mówią, witałam się z gąską, kiedy tuż przy końcu drogi bach, wywinęłam orła. Z poślizgiem klasycznym, oczywiście, zjeżdżając do tego z mini górki. Rąbnęłam łokciem i bokiem o ziemię i zamarłam. Przez chwilę rozważałam, czy w ogóle chce mi się wstać, ale zostałam podniesiona przez P. Niestety, poleciały łzy, bo ból był, a jakże. Nic to. Nic sobie nie połamałam, chodzę spokojnie, tylko boli a jutro zapewne pojawi się malowniczy sinior.
Z pozytywniejszych akcentów dnia, obeszliśmy, jak zawsze, WOŚP, wpłacając co nieco, a czerwone serducha pysznią się obecnie na naszej skrzyneczce na klucze, w przedpokoju.
Mam nadzieję, że miło minął Wam weekend…
„Jesień cudów”. Jodi Picoult.
Trzecia książka Jodi Picoult, po którą sięgnęłam, i według mnie, wcale nie gorsza od "My sister’s keeper" czy "Dziesiątego kręgu". Niby zupełnie inna, dotyka bowiem problemów religii, wiary, wyznania, ateizmu, a z drugiej strony, w jej stylistyce i konwencji, bowiem Picoult lubi w swoich książkach zadawać niewygodne pytania, takie, które uwierają nas często, lubi stawiać dylematy wydające się nie do rozwiązania, lubi potrząsnąć czytelnikiem i powiedzieć mu prosto w twarz "Ha! Wydaje ci się teraz, że postąpiłbyś tak i tak , w ten, czy inny sposób, ale czy na pewno?"…
W "Jesieni cudów" bardzo poruszyło mnie zdanie samej autorki w przedmowie. Pisze ona bowiem, iż podczas pisania tej książki pierwszy raz w zyciu zdarzyło jej się, że została wyproszona z czyjegoś gabinetu. Jak się okazuje, rozmowy o Bogu, o religii, wyznaniu, wciąż budzą żywe emocje, a jak pisze sama autorka, również "wojownicze nastroje". Że jest tak właśnie, wystarczy popatrzeć na przeciętny polski portal, forum, czy blogi, gdzie fantastycznie widać, jak niewierzący obrzucają się nawzajem błotem z wyznawcami (obojętnie jakiej religii). Że szkoda, że tak jest i że uważam to za smutne? Cóż, szkoda i tak właśnie uważam.
Dawno temu o religii popełniłam nawet taki wpis:
http://chiara76.blox.pl/2006/09/refleksyjnie.html
Tak więc ,wciąż jest to temat emocjonalny, poruszający i na pewno niełatwy…
"Jesień cudów" opowiada o małżeństwie z kilkuletnim stażem i siedmioletnią córką o jakże znamiennym imieniu Faith.
Matka Faith, to niepraktykująca Żydówka Mariah, ojciec, Colin, to chrześcijanin, ale również niepraktykujący. Oboje nie wychowują córki w jakiejkolwiek religii , która w ich domu nie zajmuje żadnego ważnego miejsca.
I oto , powoli, w miarę upływu akcji książki dowiadujemy się różnych sekretów z życia pozornie dobrego małżeństwa. Dowiadujemy się na przykład, że dawno temu Colin zdradził Mariah, a ta próbowała się po tej zdradzie męża, zabić, podcinając sobie żyły. Została uratowana, za to mąż czym prędzej oddał ją do zakładu psychiatrycznego. Mógł zachować się inaczej, ale nie chciał i oto Mariah trafiła do psychiatryka, gdzie aplikowano jej rozmaite proszki i leki. Wiedząc, że jest ona w początkowych miesiącach ciąży…
Mariah w końcu po paru miesiącach mogła opuścić ową placówkę a jej mąż na wieść o dziecku mającym się narodzić, postanowił się zmienić i dać im raz jeszcze szansę.
Mijają lata, a sytuacja się powtarza, oto Colin znowu się zakochuje, znowu ma romans, niestety, tym razem na owej zdradzie łapią go żona i siedmioletnia córeczka.
W sumie Colin jest zadowolony, bo może opuścić dom i dziecko dla kochanki, z którą również będzie mieć następne dziecko.
Niby banalna historia, ale dopiero teraz zaczyna się ona rozkręcać. Bowiem w jakiś czas po opuszczeniu domu przez ojca, mała Faith zaczyna opowiadać matce, że ma nową przyjaciółkę, Stróża, jak ją nazywa, która ją odwiedza. Nic nie byłoby w tym dziwnego, w końcu w pewnym wieku dzieci często miewają wyimaginowanych przyjaciół, ale w tej sprawie jest znaczna różnica. Faith zaczyna dokonywać uzdrowień, ma wizje a na jej rękach pojawiają się krwawiące stygmaty.
Rozpoczyna się machina medialna, w którą niestety, zostają prawie natychmiast wkręcone Mariah i mała Faiht, machina, która rusza z szybkością i siłą lawiny górskiej, niszcząc wszystko, co napotka na swojej drodze.
Tak naprawdę książka nie daje nam żadnych odpowiedzi na pytanie, czy mała Faith naprawdę miała widzenia, czy nie…nie daje nam odpowiedzi na pytanie czy Bóg istnieje, czy nie, czy cuda się zdarzają czy nie. Ta książka pokazuje, jak ważna lub nie , może być wiara czy religia w życiu poszczególnych ludzi. Jak bardzo łatwo można się o nią kłócić, jak chętnie inni obrażają się wzajemnie czy to za fakt bycia wierzącymi czy odwrotnie za bycie ateistami. Jak duża niechęć do odmienności jest w większości ludzi i jak smutno to wygląda w ekstremalnych sytuacjach.
Podobała mi się ta książka bo poruszyła ciekawą tematykę, pozwoliła mi na zadanie sobie samej rozmaitych pytań a także na próbę odpowiedzenia sobie na nie.
Może nie porwała mnie aż tak, jak "Bez mojej zgody" czy "Dziesiąty Krąg", ale uważam, że jest interesująca i zasługuje na uwagę.
Cóż, polecam.
