co tam panie w…

…kulturze minionego roku u mnie było?
Ot, naszło mnie na małe podsumowanie. Z dziedziny najbezpieczniejszej, czyli nie doprowadzającej do rozterek czy smutnych nastrojów, bo z dziedziny kultury.
I tak, na FK i w paru innych miejscach już krążą pytania o "najważniejszą książkę roku 2007". U mnie nie umiem nazwać konkretnej tą najważniejszą. Było kilka takich, które zapamiętam z różnych powodów na dłużej.

I tak na pewno "Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze" Aglaja’i Veteranyi’i (tak to się odmienia?), za nastrój, który w niej panował. I za to, że mimo, że nie pocieszyła a wręcz odwrotnie, to śniła mi się w nocy czyli zrobiła na mnie wrażenie.
"Wesele Anny" Natachy Appanah za niezwykłe przedstawienie relacji matka-córka. Treściwe, konkretne i bardzo prawdziwe.
"Rebeliantka o zmarzniętych stopach" Johanny Nilson, za spotkanie z literaturą szwedzką jakże zdawałoby się inną, niż znane mi kryminały Mankella a jednak w paru punktach tak zbieżną.
Fabicka za jej cykl o Rudolfie, za humor i poprawienie go zdecydowanie;)
"Drugie ciało" Milorada Pavica, za to, że miała klimat a także za to, że była to książka, w istnienie której po drodze podczas poszukiwań zwątpiłam kilkakrotnie;)
"Postrzyżyny" Hrabala, za klimat, za humor (ale sceny z psem i tak Maryni nie daruję;).
"Brzemię rzeczy utraconych" Kiran Desai. Za całokształt. I za zrozumienie wielu aspektów życia na emigracji. Podobnie, w "Imienniku" Jhumpy Lahiri.
"My sister’s keeper" Jodi Picoult za to, że to była moja pierwsza po angielsku przeczytana książka, za tematykę i za to, że poruszyła mnie do łez szczerych.
"Cena wody w Finistere" Bodil Malmsten, za niesamowity klimat i za uświadomienie, że o marzenia trzeba walczyć, nawet jeśli czasem nam samym wydają się one nic nie warte lub nie do spełnienia…
"Moje drzewko pomarańczowe" Jose Mauro de Vasconcelos, za to, że mimo smutku bijącego z treści, pokazał mi, że świat to również dobrzy ludzie, którzy mają wiele serca dla smutnych i opuszczonych.

To z książek, a z muzyki, odkryciem okazała się Sam Philips, której płytę "A boot and a shoe" przysłała mi Monoli…i Amy Winehouse, którą odkryłam dopiero pod koniec roku.

Z filmów, to w kreskówkach rządzą zdecydowanie, a jakże by inaczej, "Wlatcy Móch", których też odkryłam dopiero pod koniec roku.
Z tych niekoniecznie kreskówkowych, "Rzymska opowieść", "Biegnij, Lola, biegnij", "Dzień świra", "Volver", "Ukryte pragnienia" (chyba jeden z lepszych filmów, jakie w ogóle widziałam!), "Labirynt Fauna", "Transamerica" (za to, że to film amerykański, który klimatem jest zbliżony do kina europejskiego, jakie lubię)…

Nieźle, uważam;) sporo tych odkryć i zachwytów było w minionym roku..
.