wczoraj zdarzyło…

…mi się coś interesującego. Mianowicie spotkałam w restauracji osobę, którą "znam", celowo w cudzysłowiu, bo na oczy się nie widziałyśmy, jedynie w sieci, na pewnym forum…Jako, że wymieniałyśmy zdjęcia, a i osoba jest bardzo charakterystyczna, od razu ją poznałam.I nie mogłam nie zareagować i przywitałam się.:) Obie byłyśmy tym niezwykłym spotkaniem zaskoczone, ale myślę, pozytywnie…Bardzo niezwykłe zdarzenie. Które przypomniało mi o tym, jak kiedyś w innej knajpce, włoskiej, jakaś dziewczyna wyraźnie pokazywała mnie swojemu chłopakowi i o mnie rozmawiała, a mnie przez cały obiad, który wtedy stawał mi w gradle, zastanawiałam się, czy ona zna mnie skądś, że tak mnie wytyka palcem czy też może kogoś jej przypominam, czy też jeszcze coś innego…

I czy na obchodach Święta Niepodległości zawsze jest taki dziki tłum narodu?
Bo chcieliśmy skupić się głównie na obejrzeniu parady (zapomnijcie, taki tłum;) i potem sprzętu wojskowego na Nowym Świecie. Dotarliśmy do Grobu Nieznanego Żołnierza, gdzie, mimo, że już było jak na Święto, dość późno, też niezły tłumek był…naród lubi świętować. Akurat w przypadku tego Święta , uważam, że dobrze…

a Wy? wychowaliście się na podwórku?

Najpierw to:
http://www.tvn24.pl/-2,1527648,wiadomosc.html

Nie wiem, czy wczoraj Jarosław Kaczyński chciał celowo obrazić kilka pokoleń Polaków czy też wyszło mu jak zawsze. Jak było, tak było, padły słowa o wychowywaniu się na podwórku i tak zwanych "lepszych miejscach", w których jakoby się wychował przyszły premier. Jako, że Stary Żoliborz znam, bo to niedaleko moich rodzinnych okolic wiem, że tam domy i mieszkania zawsze były otoczone mitem dobrych i drogich a na pewno trudno dostępnych. Zajrzyjcie sobie kiedyś sprawdzić ceny nieruchomości tamże…no, ale ja wychowywałam się już w nowszej części Żoliborza i częściowo na podwórku. Jak miliony moich rówieśników w tamtych czasach dodajmy. Nasi rodzice nie mieli pieniędzy na nianie czy baby sitterki , babcie albo były daleko albo w wieku, w którym same zarabiały na własną emeryturę, a i pewnie każdy z nas na taką propozycję stuknąłby się w czoło. Wychowywaliśmy się więc nie pod kloszem, ale w domu, oczywiście, w szkole i na podwórku właśnie. Notabene, nawet moja koleżanka z podstawówki, której matka nie pracowała zawodowo, ganiała z nami po podwórku, bo jej matka wychodziła ze słusznego wniosku, że asymilowanie kogoś od rówieśników nie zaowocuje w przyszłości niczym dobrym. Oczywiście, że chodziłyśmy na zajęcia pozalekcyjne, jak angielski czy zajęcia plastyczne, ale podwórko, nie czarujmy się, stanowiło ważną część naszego dzieciństwa. Podobnie, jak ludzi z mojego pokolenia. Dzisiejsze dzieciaki przyzwyczajone od pieluch do wyścigu szczurów, zapewne mniej mają czasu na podwórkowe życie…
Tak, czy inaczej, kto z nas nie grywał w gumę przy trzepaku (z którego zwisało się czasem w karkołomnych pozach), który z chłopaków nie grał w piłkę albo w wyścigi kapsli? A tu się okazuje, że wychowywaliśmy się w jakimś gorszym miejscu (podkreślenie, że się było wychowanym w lepszym tak to sugeruje)…

Cóż, obrazić, to ja się nie obrażam, bo żeby mnie obrazić trzeba być dla mnie po prostu osobą ważną, którą szanuję, ale nie powiem, jakoś tak mi się dziwnie zrobiło. Może powinnam od wczoraj opowiadać, w jakich to ja super warunkach się nie chowałam. Ot tak, coby sobie PR poprawić?

Nie, żartuję. Ja się tego bynajmniej nie wstydzę;) I przepraszać się też nie każę, hehe, nie mogę zapomnieć akcji "przeproś"…

I tylko, jak usłyszałam o tej historii, to pomyślałam sobie, że jednak dobrze, że nie wszystkie mamusie chowają dzieci pod kloszem, coby się ze światem i innymi dziećmi nie zetknęły, to nie byłoby takich wiadomości:

http://www.tvn24.pl/2084859,12690,0,0,1,wideo.html

„Imiennik”. Jhumpa Lahiri.

Pamiętacie moją receznję "Brzemienia rzeczy utraconych"?  O, tu:
http://chiara76.blox.pl/2007/10/Brzemie-rzeczy-utraconych-Kiran-Desai.html

Kolejna książka autorki hinduskiej (ja wiem, Kakuniu, że to nie tak się fachowo nazywa, ale pozwól mi jednak na tę prywatną nomenklaturę;), która dotyka spraw tożsamości. Tożsamości również kulturowej.
Bardzo lubię książki autorek mających pochodzenie hinduskie. "Imiennik" jest drugą książką, którą tej autorki czytałam. Wcześniej był to "Tłumacz chorób", którą Wam również polecam!

Ale wracam już do zachwytów nad "Imiennikiem". Otóż, to, co mi się w niej spodobało, to to, jak prawdziwa mi się ona wydała. Opisuje ona Gogola, syna dwójki Hindusów, którzy wyjechali z Kalkuty po to, aby zacząć nowe życie w Ameryce.
Tam na świat przychodzi dwójka ich dzieci, starszy Gogol właśnie (historia tego niezwykłego imienia nie ma nic wspólnego z rozegzaltowaniem dwójki niedorosłych rodziców, a ma piękną i wzruszającą historię swego poznania, którą Gogol kiedyś pozna) i jego siostra Sonia.

Ojciec Gogola pracuje na uczelni, mama zajmuje się domem, starając się kultywować część tradycji, część jednak w nowym domu się przyjmuje i tak oto, dla dzieci głównie, urządza się tam dla nich i zaprzyjaźnionych bengalczyków wspaniałe przyjęcia gwiazdkowe na przykład.

Gogol dorasta i pewne rzeczy tego dorastającego chłopaka irytują. Jest pierwszym pokoleniem tej rodziny, które żyje na emigracji i na pewno z tego wynika jego wewnętrzna walka, czasem chęć ucieczki przed pewnymi sprawami.

Teoretycznie Gogol czuje się Amerykanem. Bo tak jest. Lubi tamtejsze jedzenie, coca colę, słucha tamtejszej muzyki. Trochę chce odciąć się od korzenia  jednocześnie coś mu zrobić tego nie daje.
Tym bardziej, że coroczny wyjazd do Indii nie daje zapomnieć, skąd tak naprawdę rodzina się wywodzi. Tylko, że tam Gogol i siostra nie czują się już zupełnie, jak u siebie…Chorują dokładnie tak, jak wszyscy turyści odwiedzający Indie, dziwią się pewnym sprawom, przeszkadza im taki, a nie inny styl życia. Wolą już swoje życie tam, gdzie przyszli na świat i którego częścią się czują.

Gogol przechodził pewien wewnętrzny bunt, o czym na pewno mówią jego późniejsze nie do końca udane związki z kobietami.

Nie chcąc za wiele zdradzać, napiszę tylko, że książka jest według mnie bardzo prawdziwa.

Nie dość, że dotyka spraw ważnych w jakiś taki nienachalny sposób, a więc przedstawia wewnętrzną walkę, jaka toczy się w ludziach, którzy na emigrację się decydują, to jeszcze jest po prostu bardzo prawdziwa. Wydaje nam się, że te postaci żyją wokół nas, widzimy je jak nas otaczają, lub gdzieś w tłumie, który mijamy na ulicy.
W tej książce, w przeciwieństwie do pracujących w Stanach w "Brzemieniu…" Gogol i rodzina starają się poznać kraj, w którym żyją, szczególnie dzieci, również następuje częściowa asymilacja ze strony rodziców, chociażby w fakcie świętowania Bożego Narodzenia. Pozostaje jednak owo rozdwojenie, taka niemożność odnalezienia się już po którejś ze stron tak naprawdę. Co wydaje się, że udało się dzieciom, ale też nie do samego końca, to rozedgranie, rozdwojenie odzywa się w najmniej odpowiednich momentach.

Aby na samym końcu książki powoli , spokojnie się ułożyć…

Książka bardzo mi się podobała i polecam ją Wam!

„Piąte dziecko”. Doris Lessing.

Tak, przyznaję się, nie znałam wcześniej tej autorki i tak, na moje zapoznanie się z jej książką wpłynął fakt otrzymania przez tą panią Literackien Nagrody Nobla 2007.
Ale z drugiej strony , czemu by to nie mogło stać się początkiem poznawania czyichś książek? W sumie, powód, jak każdy inny, dobry;)

"Piąte dziecko" wybrałam celowo , jako, że interesuje mnie tematyka rodzinna, a raczej, tego, co może stać się z tak zwaną zwykłą rodziną.

W książce bowiem Lessing opisuje dwójkę młodych ludzi, Harriet i Davida, którzy poznają się na impreznie w pracy. Szybko zakochują się w sobie, pobierają i , jak gdyby przejęli się jakimś grożącym ziemi wyludnieniem, zaczynają powoływać na świat kolejne dzieci. Uprzednio nabywszy dom , o którym rodzina mawia, że jest, jak hotel, tyle ma powierzchni i sypialni, jednak młodzi wiedzą swoje. Chcą miec duży dom dla dużej rodziny, jaką zamierzają stworzyć. Mają bowiem w planach nawet szóstkę a może i więcej potomstwa. Szkoda tylko, że planując sobie beztrosko liczną rodzinę, zapominają, że nie są w stanie sami jej utrzymać. Otrzymują wciąż pomoc materialną ze strony ojca Davida, który to po rozwodzie , ożenił się z bogatą kobietą.

Tak, czy siak, młodych cechuje dość spora, jak według mnie, beztroska w planowaniu rodziny. Szybko na świat przychodzą kolejne dzieci, w odstępie mniej więcej dwóch lat. Jedno trzeba przyznać, rodzina jest szczęśliwa , matka Harriet pomaga córce w wychowywaniu dzieci, a cała reszta licznej rodziny zjeżdża do nich na wszystkie Święta (szczególnie Boże Narodzenie jest tam celebrowane) i wakacje. Okazuje się, że dom o powierzchni hotelu nie był takim złym pomysłem, jest w stanie pomieścić i członków licznej rodziny i wszystkich gości…

Po wydaniu na świat czwartego dziecka, Harriet i David zastanawiają się nad tym, żeby może jednak zwolnić tempo powoływania na świat kolejnych dzieci, jednak nie udaje im się to i Harriet zachodzi w piątą ciążę.

Dalej będę zdradzać sporo z książki, tak więc osoby pragnące mieć niespodziankę podczas lektury proszone są  o nieczytanie już dalej;)

Kobieta nigdy lekko nie przechodziła poprzednich ciąż, jednak ta stanowi dla niej prawdziwe wyzwanie, a nawet koszmar. Dziecko w jej łonie jest bowiem bardzo niespokojne, a nawet agresywne. I swoją obecnością sprawia przyszłej matce jedynie potworny ból i niepokój. To nie zwiastuje nic dobrego. Również fakt, że matka nie wydaje się cieszyć z jego obecności i zaczyna myśleć o dziecku , jak o obcym, który znalazł się w jej łonie.

W rezultacie na świat przychodzi dziecko, które od samego wydaje się dziwne. Mimo tego, co widzą gołym okiem rodzice, a mianowicie, że dziecko jest zdecydowanie w jakiś sposób upośledzone, lekarz bagatelizuje sprawę i udaje, że z małym Benem wszystko jest w porządku. A nie jest. Fizycznie chłopiec rozwija się aż nad podziw dobrze, zdecydowanie za szybko, jednak coś dzieje się w sferze jego psychiki. Stopniowo, cała rodzina zdaje się byc jemu podporządkowana. Zaczyna dziać się coraz gorzej i w końcu dochodzi do wydarzeń, które powodują, iż członkowie rodziny zaczynają namawiać Harriet na oddanie dziecka do domu opieki, co się dzieje.
Przez chwilę po oddaniu Bena , mocno naruszony w domu ład i spokój , zaczyna powoli wracać do szczęśliwego domu. Jednak matka nie może sobie darować i wbrew woli rodziny, udaje się do zakładu, zobaczyć, jak tam dzieje się Benowi.
To, co tam zastaje powoduje jedno. Harriet przywozi dziecko do domu z powrotem. I od tej pory mit szczęśliwego domu i rodziny, jaki przez lata usiłowali stworzyć, powoli zaczyna się walić.

W swojej książce Lessing pokazuje katastrofę i to, jak mit i marzenie o stworzeniu czegoś trwałego, dobrego, z dnia na dzień może okazać się nic nie znaczącą mrzonką.
Pokazuje jednak również trafnie wahania i niepewność tych, którzy wcześniej uwierzyli, że coś takiego jest możliwe. I to, w jaki sposób początkowo uciekając od nieszczęścia, zdają się jednak po nie wracać, brać je na swoje ramiona i zmierzyć się z nim.
Książka również pokazuje, jak z problemem zdawała się walczyć głównie matka. Ojciec rodziny w pewnym momencie się poddał…

Przerażające jest również to, jak na samym końcu, kiedy Ben staje się już dorosłym chłopakiem, jego rodzice wyczekują dnia, kiedy wyjdzie on z domu i nigdy, nigdy do niego więcej nie wróci. Czy możliwe jest wtedy odzyskanie chociażby resztki tego, o czym kiedyś się marzyło, co planowało, a co zostało tak nagle odebrane i zniszczone? Tego autorka wprost nam nie mówi, jednak nie niesie specjalnie wielkiej nadziei…

Powiem tak. Książka dobra, czytało się ją dobrze i dość szybko (nie jest też wielka objętościowo). Jednak, zastanawiałam się wciąż, co takiego napisała w niej Lessing, że akurat została nagrodzona tak prestiżową nagrodą. Jakie prawdy życiowe zawarła w niej i jakie ich przedstawienie tak zachwyciło przyznających nagrody, że akurat ta proza została nagrodzona…?
I nie,nie znalazłam na to odpowiedzi.

Chcącym zapoznać się z tym, co zostało nagrodzone w tym roku, mogę ją jednak polecić.

„Dojczland”. Andrzej Stasiuk.

Tym razem zdecydowanie nie będzie tak enztuzjastycznie, jak w przypadku "Fado", które tak mi się przecież spodobało.
Książkę nabyłam sprowokowana chęcią poznania właśnie spojrzenia Stasiuka na kraj naszych sąsiadów. Stasiuka, który tak chętnie zajmuje się tym, co na marginesie, co brzydsze, zaniedbane.
I chyba trochę za bardzo zaufałam jego opinii.
Cieszę się z całego serca, że książki nie czytałam PRZED moim wyjazdem do Niemiec. Ja wiem, że pan Stasiuk jeździł tam po pierwsze, w innym, niż ja charakterze, to znaczy, ja turystycznie, on niejako do pracy, ale odniosłam wrażenie, że byliśmy w dwóch zupełnie innych krajach. I pewnie czytając ją PRZED , nie zdecydowałabym się na wyjazd;)

Może dlatego, że ja jednak nie zwiedzam prawie i wyłącznie dworców i lotnisk a jednak wybieram się zobaczyć miasto, chociaż trochę "poznać" ludzi (wiem, złudne to wrażenie, ale przynajmniej się staram), i na pewno trafiam do wielu miejsc takich, jak muzea, czy inne ciekawe sprawy.
Ale nie o to w tej książce chodziło i to wiedziałam zabierając się do czytania.
Jednak nie miałam pojęcia, że stanę oko w oko z wynurzeniami podszytymi wielkim kompleksem względem Niemców. Ja wiem, jestem jednak młodsza od autora i pewnie to też jakoś na mnie wpływa. Ale może ja po prostu nie mam, od urodzenia, kompleksu ani względem Niemców ani Rosjan na przykład.
Poza tym, nie ukrywam, cholernie wymęczył mnie watek alkoholu wręcz gloryfikujący alkoholizm. Nie, nie mam nic przeciw alkoholowi, sama dobrym, czerwonym winem nie pogardzę, ale taki product placement, jaki urządził autor jednemu z producentów whiskey , zaprzecza jakiemukolwiek spontanicznemu odebraniu tegoż. Przestaje się wierzyć w prawdziwość przekazu. Albo przynajmniej ja tak miałam.
Są książki, po krórych człowiek ma ochotę zjeść natychmiast coś dobrego albo napić się kieliszka dobrego wina czy kufla zacnego piwa. W czasie tej lektury człowiek zaczyna głęboko zastanawiać się nad problemem alkoholizmu i czy nie warto, na zapas, zostać abstynentem…
Mało to wiarygodne, mało śmieszne i mnie osobiście na dłuższą metę męczące.

Niestety, oczekiwałam za dużo. Trochę odnosząc się do tego product placement autora (zamierzonego, czy nie, nie wiem), trochę ta książka zrobiła na mnie wrażenie, jak gdybym właśnie czekała na świetne dziesięcioletnie wino, przebierała nogami na ucztę winiarską, jaką sobie z jego pomocą stworzę, a otrzymała kiepskiego sikacza, wino marki wino, pisane patykiem, czy jak tam zwał.

Nie, ta książka mi się nie podobała. Nie znalazłam tam tego, czego oczekiwałam po niej i zawiodłam się. A krytykuję między innymi dlatego, że sądzę, że Stasiuka stać na więcej. Takie mam przeczucie…
Ciągle jeszcze chcę w przyszłości przeczytać "Jadąc do Babadag", bo zdaje się, że to jednak mnie nie zawiedzie…

myślicie już o prezentach?

tak, tak, te świąteczne mam na myśli. Bo ja nie, od razu wyjaśniam;)
Jakoś nie umiem o tej porze o nich myśleć. Do nabywania w ostatniej chwili też mi daleko, ale teraz, to dla mnie jednak trochę za szybko. A Wy? Bo już się spotkałam w paru miejscach, że ludzie zaczynają się rozglądać za prezentami.
Acha, i o dziwo, jak na razie, żadnej choinki jeszcze w sklepie nie widziałam, ale pewnie w ten weekend się pojawią;)