„Hotel Belle Rouen”. Martha Grimes.

Aż przytuliłam do siebie stosik książek, które dotarły do mnie niedawno, jako, że same książkowe smakowitości w niej się znalazły. Między innymi ostatnia część trylogii Marthy Grimes o dwunastoletniej Emmie, samorodnej prowincjonalnej detektyw, która, jak wiedzą czytelnicy poprzednich dwóch części, rozwiązuje zagadki z przeszłości miasteczka i najbliższych jego okolic.
Odkąd spojrzałam na te książki, jako na studium prowincjonalności, smakowanie się małomiasteczkowością, zupełnie inaczej je odbieram. Kryminału tam w sumie najmniej, a przynajmniej  nie stanowi on głównego tła , za to ten opis prowincji, tego życia w zapadłej dziurze, tych małych tajemnic, większych , skrywanych latami sekretów, mniam, smakowite.
Postaci opisane przez Grimes wydają się prawdziwe, niemal wyglądają do nas z kart książek. Jej detale, szczegóły dotyczące opisu i ludzi i miasteczka i przeszłości i samego życia Emmy tworzą nam prawdziwy teatr zdarzeń i miejsc. Uwielbiam takie smaczne książki, które przesycone szczegółami i opisami wydają się wprost dawać kroić!
W ostatniej części trylogii o Emmie znowu zasmucił mnie fakt totalnej ignorancji, jaką otrzymuje dziewczynka od zdawałoby się, najbliższych, czyli matki i brata. Cóż, również życiowe, czyż nie?
Emma rozwiązała sekret z przeszłości w dwóch poprzednich książkach, teraz natomiast zaczyna intrygować ją spalony przed dwudziestu laty, położony nieopodal Hotel Belle Rouen. A raczej nie tylko sam hotel, którego dawny przepych ją neci ale fakt, że popełniona została tam przed owych dwudziestuparu laty zbrodnia. Zostało bowiem porwane niemowlę…Emma zaczyna swoje śledztwo w tej sprawie, które jak zwykle, stanie się przyczynkiem do analizy ludzkich charkaterów, ich słabości i przyzwyczajeń…
Tradycyjnie, kryminału tu najmniej, za to cudowny opis ludzkich charakterów, ich słabostek, ich stylu życia, tego, co tworzy wbrew pozorom, wcale nie nudną, zagubioną gdzieś tam w Amercyce, małomiasteczkową społeczność…

Mnie się bardzo podobała;) polecam!

to będzie taki…długi wpis…

refleksyjny wpis. Powiedzmy, że łaził mi po głowie od pewnego czasu i powiedzmy, że się wykluwał, wykluwał a pewien wpis, który miałam okazję przed chwilą przeczytać na pewnym blogu spowodował, że się wykluł.
Parę lat temu znajoma mojej przyjaciółki zaszła w ciążę. Rzecz niby nie jakaś nadzwyczajna, miliony kobiet dziennie zachodzą w ciążę i nic się nie dzieje, oprócz narastającego przeludnienia;) Tu jednak sprawa miała się o tyle ciekawie, że z medycznego punktu widzenia był to niesamowity fart. Para miała już zaklepany termin in vitro i to na usg poprzedzającym procedury, lekarka zdziwiła się, że pacjentka w ciąży chce robić in vitro. Nie, u nich nie zadziałał syndrom odprężenia się i zaprzestania myślenia o zajściu w ciążę, pewne testy i badania ich wspomogły. Fakt jednak faktem, że nawet lekarze o ich ciąży myśleli w kategoriach in vitro. Ciąża stała się faktem, następnie narodziło się fajne dziecko i pani dość szybko zaszła w następną ciążę. I tak im kibicowałam, że co pewien czas podpytuję się o nią. A tu zaskoczenie. Okazuje się, że coś im się sypnęło w małżeństwie. Sprawa jest raczej poważna i rozbije się być może o adwokata.
Nie jest to, niestety, pierwsza taka historia…Jakiś czas temu usłyszałam podobną. Para starała się latami o dziecko, w końcu udane in vitro i praktycznie dość szybko potem rozstanie się rodziców…
I tak się zastanowiłam ,jak to jest…Najpierw taka trudna i bardzo upokarzająca walka o dziecko, uwieńczona sukcesem, tylko po to, żeby się rozpadła rodzina?
Sądziłam, że tego typu doświadczenia, wspólne dźwiganie takiego ciężaru jest niczym innym, jak hartowaniem ludzi, partnerów, w przeciwnościach losu…A tu, jakby w momencie, kiedy zabrakło tego wspólnego "wroga", z którym walczyli, następuje rozłam.
Wiem na szczęście,że nie jest to żadna norma, rozwalają się pozornie super związki i związki, które nie miały problemów z posiadaniem dzieci, ale jakoś przygnębiło mnie, że ludzie, którzy wywalczyli to, o co tak długo walczyli, potrafią nie sprostać tak zwanej zwykłej , szarej rzeczywistości…

„Labirynt Fauna”, reż. Guillermo del Toro.

Link do filmu:
http://labirynt.fauna.filmweb.pl/

Jeden z najciekawszych filmów, jakie ostatnio widziałam. Tylko, niestety, czego się spodziewałam, dojmująco smutny….
Radzę nie czytać dalszego opisu, bo zdradzę zakończenie…

"Labirytnt Fauna" to przejmująca opowieść o dwunastoletniej Ofelii, która wraz z matką trafia do ich nowego domu, w którym matka wieść będzie nowe życie wraz z ojczymem Ofelii , Ofelią i mającym się narodzić dzieckiem. Dzieje się to w czasie wojny domowej w Hiszpanii, za czasów generała Franco…
Ojczym Ofelii działa dla ludzi Franco. W domu i okolicy dzieją się okropności. Mała dziewczynka jest tym przerażona, do tego stopnia, że ucieka w wyimaginowany świat. Świat, w którym w tajemniczym labiryncie na terenie posiadłości, poznaje Fauna. Faun donosi Ofelii, że jest ona nikim innym, ale córka wielkiego króla tajemniczej krainy czarów, która zstąpiła na ziemię. Aby powrócić do domu ojca musi pokazać, że nie jest śmiertelnikiem i przejść trzy próby sił. Ofelia podejmuje się ich.

Nie jest to film pocieszający, wyrywa z duszy smutek i łzy. Tak, spłakałam się na zakończeniu. Może nie powinnam, bo zakończenie przewrotnie , niesie ze sobą optymizm. Ofelia bowiem odnajdzie drogę do domu swego ojca, króla magicznego królestwa. Metafora zmartwychwstania? Obietnica, że istnieje życie po życiu? Ja tak to właśnie osobiście postrzegam. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Ofelia po swojej niezasłużonej śmierci , odnalazła ukojenie i szczęście, którego ta mała dziewczynka tak bardzo łaknęła podczas swojego krótkiego i nieszczęśliwego życia na ziemi…

Film jest pięknie , obrazowo zrealizowany. I mimo tego, że nie jest wesoły, to polecam…

książki odłożone…

…na tak zwane święte nigdy do przeczytania. Czyli w sumie , do nieprzeczytania.
Jakiś czas temu zrobiłam maluśki porządek na jednej z półek książkowych, a to dlatego, że chciałam wrócić do jednej z książek, które zaczęłam czytać,a nie dokończyłam. Jest to "Regulamin tłoczni win" Irvinga…Nie pamiętałam już, czemu książka powędrowała na półkę zaczęta ale nieskończona.

Postanowiłam dać jej drugą szansę. Czasem tak bowiem robię i w ten sposób po dwóch chyba latach raz jeszcze zmierzyłam się i to z sukcesem z "Miłością w czasach zarazy" Marqueza, która za tym drugim razem zachwyciła mnie totalnie.
Pomyślałam, że zobaczę, jak tam będzie z "Regulaminem…" no i niestety, już wiem, że to jednak będzie książka przeze mnie nieskończona. Pokonała mnie. Tematyka aborcji, w dodatku tak, a nie inaczej przedstawiona…nie, dziękuję, nie dla mnie to temat, nie mam ochoty. Do 107 strony mojego wydania przeczytałam o przedstawionych dość realistycznie trzech czy czterech zabiegach lub okolicznościach im towarzyszących i odkładając książkę bałam się autentycznie o to, co mi się będzie śniło w nocy.
Tak więc, z regulaminem pożegnam się ostatecznie…Cóż, bywa.
Nie mam wiele książek, które zaczęłam i nie dokończyłam ich lektury. Jedną z nich była "Pasja Życia", Stone’a, cudowna biografia Van Gogha. Cóż z tego, kiedy w miarę czytania odnosiłam wrażenie, że zaczynam szaleć podobnie, jak Van Gogh? Serio mówiąc, atmosfera narastającego szaleństwa działała na mnie tak przygnębiająco, że mimo, że bardzo chciałam ją skończyć, nie byłam w stanie.
A czy Wy macie dużo takich zaczętych kiedyś książek, które czekają na swoją drugą szansę bądź nigdy się jej nie doczekają??

fenomen portalu…

"nasza-klasa" , jaki ostatnio spostrzegam, fascynuje mnie niezmiennie. Na ten fakt na pewno wpływa inny, a mianowicie, że jest to ostatnia rzecz, na jakąs z chęci bym się zapisała. Pewnie dlatego, że licealne lata wspominam niezbyt udane, jeśli już bym chciała spotkać, to znajome z podstawówki, bo parę dziewczyn zapowiadało się na bardzo ciekawe osoby.
Tak, czy siak, zastanawiam się nad faktem, czy ostatnio tenże portal nie rozpoczął jakiejś podskórnej akcji marketingowej, bowiem na wielu blogach nawet, na które wchodzę, widzę o nim wspomnienia i ekscytację a przed chwilą była o nim nawet mowa w Jedynce Radiowej. Zdaję sobie sprawę, że moi blogowicze nie biorą w akcji świadomie roli, zresztą, sama popełniając takowy wpis, robię portalowi, jakby nie było, reklamę. Zastanawia mnie to, jak duże jest parcie na portal i czy naprawdę po tylu latach mamy ochotę (ja nie, jak wspomniałam) znienacka odnowić kontakt z osobami, z którymi nie widzieliśmy się lat na przykład piętnaście? Czy jest sens? Ja go nie widzę, ale ja często postrzegam świat na opak;)
Ale im więcej widzę ekscytacji tą stroną, tym bardziej mam wrażenie, że ktoś nakręca to celowo, a może się mylę?
Zapisaliście się na ten portal? Widzicie tego sens?
Macie ochotę przenieść urwane kontakty na grunt towarzyski?
Jakie widzicie argumenty za taką stroną??

„Krajobraz miłości”. Sally Beauman.

Judytta zdecydowanie "ma nosa" do znajdowania dobrych książek w klimacie historii rodzinnych i podsyłania ich mi. Od "Krajobrazu miłości" (cóż za ztytuł, swoją drogą!), dosłownie nie mogłam się oderwać.
Od razu uprzedzam, chociaż sądzę, że odwiedzający panowie wyczuli to z daleka, jest to raczej tak zwana literatura kobieca.
Opowiada o trzech siostrach, Julii, Finn i Maisie, których życie na angielskiej prowincji zostanie zmienione pewnego lata, konkretnie 1967 roku radykalnie prze pewne wydarzenia, jakie będą miały miejsce w domu , który mieści się w starym Opactwie.
Wszystko , co miało miejsce poznajemy z opowieści zarówno sióstr, jak i jednego z ważniejszych uczestników wydarzeń, Dana i z nich dowiadujemy się o tym, jakie wiodły życie, jaka atmosfera panowała w tym domu i o tym, jakie mialy miejsce wydarzenia przed tragicznym wydarzeniem, które zadecydowało o życiu wszystkich młodych ludzi na zawsze…
Postaci są, jak lubię, prawdziwe, z ich wadami i zaletami, z miłostkami, flirtami i miłością namiętną i żarliwą…Kochają się i nienawidzą, ale są prawdziwe, zdają się realne, na wyciągnięcie ręki. To wszystko na tle życia na angielskiej prowincji, które, jak Wiecie, także mnie interesuje.
Dobra literatura na jesienny, zimny wieczór. Miłośniczkom takich rodzinnych historii z tajemnicami i sekretami ukrytymi, które po latach dopiero wychodzą na światło dzienne-polecam!

wiersz na dzisiaj…

Miron Białoszewski
"Ach, gdyby, gdyby nawet piec zabrali…" moja niewyczerpana oda do radości

Mam piec
podobny do bramy tryumfalnej!

Zabierają mi piec
podobny do bramy tryumfalnej!!

Oddajcie mi piec
podobny do bramy tryumfalnej!!!

Zabrali.

Została po nim tylko
szara
naga
jama
szara naga jama.

I to mi wystarczy:
szara naga jama
szara naga jama
sza-ra-na-ga-ja-ma
szaranagajama

Wiersz zaprezentowałam korzystając z tej interesującej strony:
http://www.miron.art.pl/

„siostry” netowe…

u Kabirii ostatnio wyczytałam a wcześniej u Raspberry-swirl, ("Kolor wyobraźni")…o poznaniu na necie bratniej duszy…To się wyczuwa czytając czyjś blog i jego komentarze z tą osobą i tak właściwie bierzemy jakiś udział (jako obserwatorzy) w tworzeniu się czyjejś dobrej znajomości a pewnie przyjaźni? A na pewno widzimy te dobre fluidy przepływające pomiędzy tymi osobami i potem nie dziwi nas wpis o tym, że kiedy się na przykład spotkały, to tylko potwierdziły to, co wiedziały już wcześniej, że są dla siebie czy to "siostrami", czy to "bratnimi duszami", czy jak tego byśmy nie nazwali.
Pewnie nie zdarza się to często. Ale fajnie, że niektórym się zdarza…

nowa, świecka tradycja;)

Taką sobie stworzyłyśmy z Judyttą nową , świecką tradycję (parafrazując tekst z Misia), że wysyłamy sobie książki. Zapoczątkowała to Judytta wysyłając mi "Rebeliantkę o zmarzniętych" stopach, ja podjęłam i…jest fajnie;) Myślę, że to dobry pomysł, bo w ten sposób wymieniamy się książkami nie czytanymi przez nas a w ten sposób też nie wydajemy pieniędzy na nowe pozycje książkowe.
Dzisiaj przyszła do mnie od niej książka "Krajobraz Miłości", Sally Beauman, a ja wysłałam jej kryminał (nie chcę pisać co, bo to ma być niespodzianka;)…
Podoba mi się ten pomysł…

nie cierpię jesieni i zimy…

nie cierpię tego ni to śniegu ni to deszczu ohydnego, zimnego, mokrego oblepiającego człowieka dokładnie i spływającego po twarzy , który własnie za oknem się rozszalał. Nie cierpię tego, że mimo, że zima w Polsce bywa z okrutną regularnością, to pierwsze poważne opady śniegu, zapowiadane oczywiście wcześniej przez meteorologów, zawsze zaskoczą drogowców.
Brrr….byle do wiosny! Jeszcze "tylko" cztery miesiące albo cztery i pół do w miarę ludzkich temperatur…