to będzie taki…długi wpis…

refleksyjny wpis. Powiedzmy, że łaził mi po głowie od pewnego czasu i powiedzmy, że się wykluwał, wykluwał a pewien wpis, który miałam okazję przed chwilą przeczytać na pewnym blogu spowodował, że się wykluł.
Parę lat temu znajoma mojej przyjaciółki zaszła w ciążę. Rzecz niby nie jakaś nadzwyczajna, miliony kobiet dziennie zachodzą w ciążę i nic się nie dzieje, oprócz narastającego przeludnienia;) Tu jednak sprawa miała się o tyle ciekawie, że z medycznego punktu widzenia był to niesamowity fart. Para miała już zaklepany termin in vitro i to na usg poprzedzającym procedury, lekarka zdziwiła się, że pacjentka w ciąży chce robić in vitro. Nie, u nich nie zadziałał syndrom odprężenia się i zaprzestania myślenia o zajściu w ciążę, pewne testy i badania ich wspomogły. Fakt jednak faktem, że nawet lekarze o ich ciąży myśleli w kategoriach in vitro. Ciąża stała się faktem, następnie narodziło się fajne dziecko i pani dość szybko zaszła w następną ciążę. I tak im kibicowałam, że co pewien czas podpytuję się o nią. A tu zaskoczenie. Okazuje się, że coś im się sypnęło w małżeństwie. Sprawa jest raczej poważna i rozbije się być może o adwokata.
Nie jest to, niestety, pierwsza taka historia…Jakiś czas temu usłyszałam podobną. Para starała się latami o dziecko, w końcu udane in vitro i praktycznie dość szybko potem rozstanie się rodziców…
I tak się zastanowiłam ,jak to jest…Najpierw taka trudna i bardzo upokarzająca walka o dziecko, uwieńczona sukcesem, tylko po to, żeby się rozpadła rodzina?
Sądziłam, że tego typu doświadczenia, wspólne dźwiganie takiego ciężaru jest niczym innym, jak hartowaniem ludzi, partnerów, w przeciwnościach losu…A tu, jakby w momencie, kiedy zabrakło tego wspólnego "wroga", z którym walczyli, następuje rozłam.
Wiem na szczęście,że nie jest to żadna norma, rozwalają się pozornie super związki i związki, które nie miały problemów z posiadaniem dzieci, ale jakoś przygnębiło mnie, że ludzie, którzy wywalczyli to, o co tak długo walczyli, potrafią nie sprostać tak zwanej zwykłej , szarej rzeczywistości…

„Labirynt Fauna”, reż. Guillermo del Toro.

Link do filmu:
http://labirynt.fauna.filmweb.pl/

Jeden z najciekawszych filmów, jakie ostatnio widziałam. Tylko, niestety, czego się spodziewałam, dojmująco smutny….
Radzę nie czytać dalszego opisu, bo zdradzę zakończenie…

"Labirytnt Fauna" to przejmująca opowieść o dwunastoletniej Ofelii, która wraz z matką trafia do ich nowego domu, w którym matka wieść będzie nowe życie wraz z ojczymem Ofelii , Ofelią i mającym się narodzić dzieckiem. Dzieje się to w czasie wojny domowej w Hiszpanii, za czasów generała Franco…
Ojczym Ofelii działa dla ludzi Franco. W domu i okolicy dzieją się okropności. Mała dziewczynka jest tym przerażona, do tego stopnia, że ucieka w wyimaginowany świat. Świat, w którym w tajemniczym labiryncie na terenie posiadłości, poznaje Fauna. Faun donosi Ofelii, że jest ona nikim innym, ale córka wielkiego króla tajemniczej krainy czarów, która zstąpiła na ziemię. Aby powrócić do domu ojca musi pokazać, że nie jest śmiertelnikiem i przejść trzy próby sił. Ofelia podejmuje się ich.

Nie jest to film pocieszający, wyrywa z duszy smutek i łzy. Tak, spłakałam się na zakończeniu. Może nie powinnam, bo zakończenie przewrotnie , niesie ze sobą optymizm. Ofelia bowiem odnajdzie drogę do domu swego ojca, króla magicznego królestwa. Metafora zmartwychwstania? Obietnica, że istnieje życie po życiu? Ja tak to właśnie osobiście postrzegam. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Ofelia po swojej niezasłużonej śmierci , odnalazła ukojenie i szczęście, którego ta mała dziewczynka tak bardzo łaknęła podczas swojego krótkiego i nieszczęśliwego życia na ziemi…

Film jest pięknie , obrazowo zrealizowany. I mimo tego, że nie jest wesoły, to polecam…