a Wy? wychowaliście się na podwórku?

Najpierw to:
http://www.tvn24.pl/-2,1527648,wiadomosc.html

Nie wiem, czy wczoraj Jarosław Kaczyński chciał celowo obrazić kilka pokoleń Polaków czy też wyszło mu jak zawsze. Jak było, tak było, padły słowa o wychowywaniu się na podwórku i tak zwanych "lepszych miejscach", w których jakoby się wychował przyszły premier. Jako, że Stary Żoliborz znam, bo to niedaleko moich rodzinnych okolic wiem, że tam domy i mieszkania zawsze były otoczone mitem dobrych i drogich a na pewno trudno dostępnych. Zajrzyjcie sobie kiedyś sprawdzić ceny nieruchomości tamże…no, ale ja wychowywałam się już w nowszej części Żoliborza i częściowo na podwórku. Jak miliony moich rówieśników w tamtych czasach dodajmy. Nasi rodzice nie mieli pieniędzy na nianie czy baby sitterki , babcie albo były daleko albo w wieku, w którym same zarabiały na własną emeryturę, a i pewnie każdy z nas na taką propozycję stuknąłby się w czoło. Wychowywaliśmy się więc nie pod kloszem, ale w domu, oczywiście, w szkole i na podwórku właśnie. Notabene, nawet moja koleżanka z podstawówki, której matka nie pracowała zawodowo, ganiała z nami po podwórku, bo jej matka wychodziła ze słusznego wniosku, że asymilowanie kogoś od rówieśników nie zaowocuje w przyszłości niczym dobrym. Oczywiście, że chodziłyśmy na zajęcia pozalekcyjne, jak angielski czy zajęcia plastyczne, ale podwórko, nie czarujmy się, stanowiło ważną część naszego dzieciństwa. Podobnie, jak ludzi z mojego pokolenia. Dzisiejsze dzieciaki przyzwyczajone od pieluch do wyścigu szczurów, zapewne mniej mają czasu na podwórkowe życie…
Tak, czy inaczej, kto z nas nie grywał w gumę przy trzepaku (z którego zwisało się czasem w karkołomnych pozach), który z chłopaków nie grał w piłkę albo w wyścigi kapsli? A tu się okazuje, że wychowywaliśmy się w jakimś gorszym miejscu (podkreślenie, że się było wychowanym w lepszym tak to sugeruje)…

Cóż, obrazić, to ja się nie obrażam, bo żeby mnie obrazić trzeba być dla mnie po prostu osobą ważną, którą szanuję, ale nie powiem, jakoś tak mi się dziwnie zrobiło. Może powinnam od wczoraj opowiadać, w jakich to ja super warunkach się nie chowałam. Ot tak, coby sobie PR poprawić?

Nie, żartuję. Ja się tego bynajmniej nie wstydzę;) I przepraszać się też nie każę, hehe, nie mogę zapomnieć akcji "przeproś"…

I tylko, jak usłyszałam o tej historii, to pomyślałam sobie, że jednak dobrze, że nie wszystkie mamusie chowają dzieci pod kloszem, coby się ze światem i innymi dziećmi nie zetknęły, to nie byłoby takich wiadomości:

http://www.tvn24.pl/2084859,12690,0,0,1,wideo.html

„Imiennik”. Jhumpa Lahiri.

Pamiętacie moją receznję "Brzemienia rzeczy utraconych"?  O, tu:
http://chiara76.blox.pl/2007/10/Brzemie-rzeczy-utraconych-Kiran-Desai.html

Kolejna książka autorki hinduskiej (ja wiem, Kakuniu, że to nie tak się fachowo nazywa, ale pozwól mi jednak na tę prywatną nomenklaturę;), która dotyka spraw tożsamości. Tożsamości również kulturowej.
Bardzo lubię książki autorek mających pochodzenie hinduskie. "Imiennik" jest drugą książką, którą tej autorki czytałam. Wcześniej był to "Tłumacz chorób", którą Wam również polecam!

Ale wracam już do zachwytów nad "Imiennikiem". Otóż, to, co mi się w niej spodobało, to to, jak prawdziwa mi się ona wydała. Opisuje ona Gogola, syna dwójki Hindusów, którzy wyjechali z Kalkuty po to, aby zacząć nowe życie w Ameryce.
Tam na świat przychodzi dwójka ich dzieci, starszy Gogol właśnie (historia tego niezwykłego imienia nie ma nic wspólnego z rozegzaltowaniem dwójki niedorosłych rodziców, a ma piękną i wzruszającą historię swego poznania, którą Gogol kiedyś pozna) i jego siostra Sonia.

Ojciec Gogola pracuje na uczelni, mama zajmuje się domem, starając się kultywować część tradycji, część jednak w nowym domu się przyjmuje i tak oto, dla dzieci głównie, urządza się tam dla nich i zaprzyjaźnionych bengalczyków wspaniałe przyjęcia gwiazdkowe na przykład.

Gogol dorasta i pewne rzeczy tego dorastającego chłopaka irytują. Jest pierwszym pokoleniem tej rodziny, które żyje na emigracji i na pewno z tego wynika jego wewnętrzna walka, czasem chęć ucieczki przed pewnymi sprawami.

Teoretycznie Gogol czuje się Amerykanem. Bo tak jest. Lubi tamtejsze jedzenie, coca colę, słucha tamtejszej muzyki. Trochę chce odciąć się od korzenia  jednocześnie coś mu zrobić tego nie daje.
Tym bardziej, że coroczny wyjazd do Indii nie daje zapomnieć, skąd tak naprawdę rodzina się wywodzi. Tylko, że tam Gogol i siostra nie czują się już zupełnie, jak u siebie…Chorują dokładnie tak, jak wszyscy turyści odwiedzający Indie, dziwią się pewnym sprawom, przeszkadza im taki, a nie inny styl życia. Wolą już swoje życie tam, gdzie przyszli na świat i którego częścią się czują.

Gogol przechodził pewien wewnętrzny bunt, o czym na pewno mówią jego późniejsze nie do końca udane związki z kobietami.

Nie chcąc za wiele zdradzać, napiszę tylko, że książka jest według mnie bardzo prawdziwa.

Nie dość, że dotyka spraw ważnych w jakiś taki nienachalny sposób, a więc przedstawia wewnętrzną walkę, jaka toczy się w ludziach, którzy na emigrację się decydują, to jeszcze jest po prostu bardzo prawdziwa. Wydaje nam się, że te postaci żyją wokół nas, widzimy je jak nas otaczają, lub gdzieś w tłumie, który mijamy na ulicy.
W tej książce, w przeciwieństwie do pracujących w Stanach w "Brzemieniu…" Gogol i rodzina starają się poznać kraj, w którym żyją, szczególnie dzieci, również następuje częściowa asymilacja ze strony rodziców, chociażby w fakcie świętowania Bożego Narodzenia. Pozostaje jednak owo rozdwojenie, taka niemożność odnalezienia się już po którejś ze stron tak naprawdę. Co wydaje się, że udało się dzieciom, ale też nie do samego końca, to rozedgranie, rozdwojenie odzywa się w najmniej odpowiednich momentach.

Aby na samym końcu książki powoli , spokojnie się ułożyć…

Książka bardzo mi się podobała i polecam ją Wam!