„Dojczland”. Andrzej Stasiuk.

Tym razem zdecydowanie nie będzie tak enztuzjastycznie, jak w przypadku "Fado", które tak mi się przecież spodobało.
Książkę nabyłam sprowokowana chęcią poznania właśnie spojrzenia Stasiuka na kraj naszych sąsiadów. Stasiuka, który tak chętnie zajmuje się tym, co na marginesie, co brzydsze, zaniedbane.
I chyba trochę za bardzo zaufałam jego opinii.
Cieszę się z całego serca, że książki nie czytałam PRZED moim wyjazdem do Niemiec. Ja wiem, że pan Stasiuk jeździł tam po pierwsze, w innym, niż ja charakterze, to znaczy, ja turystycznie, on niejako do pracy, ale odniosłam wrażenie, że byliśmy w dwóch zupełnie innych krajach. I pewnie czytając ją PRZED , nie zdecydowałabym się na wyjazd;)

Może dlatego, że ja jednak nie zwiedzam prawie i wyłącznie dworców i lotnisk a jednak wybieram się zobaczyć miasto, chociaż trochę "poznać" ludzi (wiem, złudne to wrażenie, ale przynajmniej się staram), i na pewno trafiam do wielu miejsc takich, jak muzea, czy inne ciekawe sprawy.
Ale nie o to w tej książce chodziło i to wiedziałam zabierając się do czytania.
Jednak nie miałam pojęcia, że stanę oko w oko z wynurzeniami podszytymi wielkim kompleksem względem Niemców. Ja wiem, jestem jednak młodsza od autora i pewnie to też jakoś na mnie wpływa. Ale może ja po prostu nie mam, od urodzenia, kompleksu ani względem Niemców ani Rosjan na przykład.
Poza tym, nie ukrywam, cholernie wymęczył mnie watek alkoholu wręcz gloryfikujący alkoholizm. Nie, nie mam nic przeciw alkoholowi, sama dobrym, czerwonym winem nie pogardzę, ale taki product placement, jaki urządził autor jednemu z producentów whiskey , zaprzecza jakiemukolwiek spontanicznemu odebraniu tegoż. Przestaje się wierzyć w prawdziwość przekazu. Albo przynajmniej ja tak miałam.
Są książki, po krórych człowiek ma ochotę zjeść natychmiast coś dobrego albo napić się kieliszka dobrego wina czy kufla zacnego piwa. W czasie tej lektury człowiek zaczyna głęboko zastanawiać się nad problemem alkoholizmu i czy nie warto, na zapas, zostać abstynentem…
Mało to wiarygodne, mało śmieszne i mnie osobiście na dłuższą metę męczące.

Niestety, oczekiwałam za dużo. Trochę odnosząc się do tego product placement autora (zamierzonego, czy nie, nie wiem), trochę ta książka zrobiła na mnie wrażenie, jak gdybym właśnie czekała na świetne dziesięcioletnie wino, przebierała nogami na ucztę winiarską, jaką sobie z jego pomocą stworzę, a otrzymała kiepskiego sikacza, wino marki wino, pisane patykiem, czy jak tam zwał.

Nie, ta książka mi się nie podobała. Nie znalazłam tam tego, czego oczekiwałam po niej i zawiodłam się. A krytykuję między innymi dlatego, że sądzę, że Stasiuka stać na więcej. Takie mam przeczucie…
Ciągle jeszcze chcę w przyszłości przeczytać "Jadąc do Babadag", bo zdaje się, że to jednak mnie nie zawiedzie…

myślicie już o prezentach?

tak, tak, te świąteczne mam na myśli. Bo ja nie, od razu wyjaśniam;)
Jakoś nie umiem o tej porze o nich myśleć. Do nabywania w ostatniej chwili też mi daleko, ale teraz, to dla mnie jednak trochę za szybko. A Wy? Bo już się spotkałam w paru miejscach, że ludzie zaczynają się rozglądać za prezentami.
Acha, i o dziwo, jak na razie, żadnej choinki jeszcze w sklepie nie widziałam, ale pewnie w ten weekend się pojawią;)