rześko!

Dzisiejszy spacer w zdecydowanie rześkim powietrzu dookoła. Mało osób widać;) właściwie głównie psiarze.
Założyłam pierwszy raz kurtkę, którą nabyłam z półtora miesiąca temu. Z puchem, płaszczyk, za kolana. Grafitowy kolor. Sprawdziła się.
Nadeszła jesień a będzie jeszcze gorzej i zimniej! Brrr…Idę się rozgrzać zieloną herbatą!

„Most do Terabithii”. Katherine Paterson.

No i jestem po lekturze. I zmierzyłam się ze swoimi wspomnieniami na jej temat, na temat książki z dzieciństwa. I obroniła się a może nawet i bardziej, bo (może też dlatego, że czytałam zaraz po "My sister’s keeper"), popłakałam się na niej równie bardzo…
Nie wiem, czemu w mojej głowie zalęgła się myśl, że to książka angielskiej autorki, a rzecz dzieje się w Stanach, właśnie na tak lubianej ostatnio przeze mnie, prowincji , w której jest i skromniej znacznie i kłopoty z pracą się zdarzają i nie mieszka się w wypasionych willach a skromnych domkach.

Książka opowiada o przyjaźni dwojga jedenastolatków, Jesse, syna farmera i Leslie, która do miejscowości przybywa w nowym roku szkolnym wraz z rodzicami, pisarzami.

Świat Jesse i Leslie jest zupelnie różny, i problemy ich dotykające są zupełnie inne, począwszy od różnic materialnych a na relacjach ich rodziców z nimi samymi kończąc, a jednak ta dwójka zaprzyjaźnia się i stwarza sobie tylko znaną krainę wyobraźni, Terabithię, która mieści się na skraju lasu tuż za wsychniętym strumykiem, i dostać się do niej można jedynie za pomocą liny, którą ktoś dawno temu przewiesił przez konar nad strumykiem…

Ta książka pamiętam , zasmuciła mnie w dzieciństwie i nie zmieniło się nic do teraz, z tą tylko różnicą, że chyba nieco pogodniej odebrałam jej zakończenie…Niesie ze sobą optymizm, przesłanie, że po burzy zawsze jednak wychodzi słońce.

Obroniła się i dalej mi się podoba. Dobry kawałek literatury dziecięco młodzieżowej, chociaż pewnie niejeden współczesny dzieciak popuka się w głowę, że za mało wypasiona. Według mnie jest świetna.