minęło…

jedno z najbardziej przeze mnie nie lubianych Świąt polskich. Nie przemawia do mnie wizja snuta przez niektórych, że na cmentarzu tak ładnie wieczorem, kiedy palą się tysiące światełek, rzucających cienie na groby i kwiaty…Nie przemawia, odkąd coraz więcej leży tam osób, które jeszcze niedawno odwiedzałam w realu. Powiem tak, może i na mnie takiego wrażenia to święto nie robiło, jak chodziłam na grób do Dziadka, który zmarł tuż przed moim urodzeniem…
Nie znałam go zwyczajnie. Wtedy emocji brak.
Okolice 1 listopada od pewnego czasu powodują u mnie nastrój smutku, nie do końca zwerbalizowanej tęsknoty za czymś, co było, za dobrymi chwilami spędzonymi z tymi, których już tu nigdy nie spotkam. W paru przypadkach pozostał niedosyt. W paru innych przeczucie, że czegoś nie zrobiłam do końca dobrze. Że nie poświęciłam komuś być może wystarczająco dużo czasu. Że nie powiedziałam wszystkiego, co powinam. Że nie zdążyłam się pożegnać.
Próba przeniesienia na nasz grunt halloweenowego świętowania dzień przed też budzi moją wewnątrzną niechęć. Wolno mi mieć własne zdanie? Wolno. I dlatego akurat to mnie drażni. Nie, nie dlatego, że Polacy to święto traktują wciąż na smutno, a nie umieją na wesoło, jak z lekkim zdziwieniem przeczytałam u kogoś na blogu, ale dlatego, że właśnie uważam, że w zagonionym, coraz mniej zwracającym uwagę na coś ważniejszego od zabawy i kariery świecie, przydaje się taki czas zadumy, chwilka na zatrzymanie się i zastanowienie, jak to jest po tej drugiej stronie i uświadomienie sobie, że jednak każdego z nas to czeka…
Wciąż nie przepadam też za tym Świętem , bo nie lubię trochę takiego na siłę nagle przypominania sobie o grobach niektórych Polaków…O grobach, które przez resztę roku nie wyglądają na odwiedzane. Ale na pierwszego, oczywiście płyta błyszczy, aż oko sąsiadom zbieleje…tia…
Niemniej jednak, jeśli dla niektórych jest to tylko jeden dzień w roku, w którym odwiedzą te groby, to dobrze, że w ogóle coś takiego jest. Chociaż wciąż jestem orędownikiem przeniesienia tego dnia na jakiś miesiąc letni, bo i mniej by było wtedy katastrof na drogach…
Nie cierpię listopada. To najbardziej znielubiony przeze mnie miesiąc w roku…