…niespodzianka i to, jak adresatka w liście sama stwierdziła, była to dla mnie jak najbardziej niespodziankowa "surprise";) a mianowicie oprócz listu kalendarz o wdzięcznej nazwie "The Art of Zen Flowers"…Z tyłu opakowania są zdjęcia na wszystkie dwanaście miesięcy, bardzo ładne, między innymi jest trochę ujęć orchidei a to jedne z moich ulubionych kwiatów. Miły gest i miło, że ktoś pamiętal o mojej kalendarzowej manii;)) dziękuję!
Z Leninem tu nie dają…
…czyli wspomnienia z przełomu epok…;)
W Jedynce poleciała anegdotka Jana Wołka o Leninie a raczej o jego ..hmmm…zwłokach? w mauzoleum. A mnie się przypomniały czasy durne i chmurne, czyli kiedy się było trzynastolatką , czternastolatką i jeździło na kolonie. Poznawaliśmy młodzież z socjalistycznego obozu, a jakże;) Mnie raz spotkała taka okazja, kiedy to zresztą zapoznałam się z dziewczyną z DDR, dłuższy czas pisałyśmy do siebie, a kontakt urwał się w dniu, kiedy w byłym DDR runął mur. Podejrzewam, że jak stali, tak się pchnęli rodziną na zachód. Ale oczywiście, może to być przypadek.
Na owych koloniach były dzieciaki z DDR, z Węgier i nie wiem, czy nie z Rosji, ale tego nie jestem pewna. Nie wiem, jak to jest, ale jak na komunistyczny kraj, to jednak dzieciaki z DDR pomykały w najlepszych ciuchach i miały słodycze, o których my już pod koniec komuny mogliśmy sobie tylko pomarzyć w naszych sklepach (w Pewexie, of course wszystko było, ale za jakie ceny;).
Pamiętam, że z zakładu pracy Mamy można było wyjechać na kolonie "za granicę", czyli do pozostałych krajów obozu. Oczywiście, z wielkimi trudnościami i po znajomości dzieciaki wpisywane na listy były. Nam się nigdy nie udało, jako, że chyba za mało walczyłyśmy, a może i ja się nie rzucałam, na pewno, jeśli miałabym jechać, to tylko do byłej Jugosławii (ale to był mega oblegany kierunek) albo na Węgry. ZSSR wtedy mnie nie nęcił. A jedna moja znajoma, z zimowiska bodaj, zdecydowała się jednak pojechać na kolonie , gdzieś pod Moskwę.
Jako, że byłyśmy w kontakcie telefonicznym, błagałam ją niemal o kartkę z Leninem;) Ot, jak się ma naście lat, to różne się ma pomysły i kaprysy. Ja chciałam kartkę z Leninem, a raczej jego, hmm, zwłokami? w mauzoleum.
Karolina pojechała, potem opowiadała mi, że tłukli się chyba ze dwa dni, żeby w ogóle na te kolonie dotrzeć, tak więc dzięki, coś kompletnie nie dla mnie;) Najlepsze było, że opowiadała mi potem, że byli ciągle głodni, jako, że to, co im serwowano na tych koloniach , do jedzenia praktycznie się nie nadawało. I tak oto, spędziła "urocze" dwa tygodnie lekko głodując, za to bratając się z młodzieżą i poznając uroki Moskwy i okolic.
Zdaje się, że do Lenina ich w rezultacie też zabrali.
Jednak największym rozczarowaniem była kartka, która dłuższy czas po jej powrocie do Warszawy, wreszcie się do mnie dotelepała. Niestety, tylko z jakimś tam moskiewskim widoczkiem (chyba Placem Czerwonym?)…Najbardziej rozbroił mnie wtedy jej tekst "Kochana, musisz się zadowolić się tą kartką, bo, niestety, z Leninem tu nie dają"…
I tak oto ominęła mi przyjemność otrzymania kartki z wodzem rewolucji…
