Nie jest mi łatwo opisać Wam tę książkę…
O pewnych książkach nie jest bowiem łatwo powiedzieć, zwerbalizować, co dokładnie urzekło nas w nich, co pociągało, co sprawiło, że możecie określić je jednym słowem -bardzo dobra książka…(no wiem, wyszły dwa słowa określenia:).
Poza tym, gdybym tę książkę usiłowała w jakiś sposób opisywać, obawiam się, że nie wyszło by mi to najlepiej. Pewnie trąciło w sumie banałem. A że nie jest to banalna książka?
Jak najlepiej oddać to, dlaczego ta książka zrobiła na mnie wrażenie.
"Brzemię rzeczy utraconych" opowiada o grupie ludzi. Pewnej ich grupie żyjącej w Kalimpangu, i częściowo o emigrantach z Indii w Stanach, szczególnie o synu kucharza.
Kucharz prowadzi kuchnię emerytowanego sędziego, żyjącego w Kalimpangu. Do sędziego przybywa nieznana przez niego praktycznie wnuczka, Sai, która będzie miała korepetycje z Gjanem, miejscowym chłopakiem.
Brzmi trochę banalnie, ale te postaci opisane są na tle nie tylko obyczajowym, ale społecznym i politycznym lat osiemdziesiątych Indii. Dodać trzeba, że czasy są tam niespokojne, zaczynają się zamieszki na tle wyzwoleńczym.
Postaci przedstawione w książce wydają się być wiarygodne, charaktery nakreślone są prawdziwie, razem z zaletami ale i wadami postaci.
Przede wszystkim jednak Desai stawia w niej pytanie o tożsamość. Tożsamość własną, ale i narodową. Autorka nie moralizuje, nie stawia nam gotowych tez i nie daje konkretnych odpowiedzi na pytanie. Pokazuje jednak pewne sytuacje i każe nam się zastanowić, jak my sami postąpilibyśmy w danej sytuacji.
W książce widzimy, jak łatwo jest osiągnąć stan wrzenia w momencie, kiedy pozbawimy ludzi ich tożsamości, kiedy sprowadzimy ich na margines, czy to na emigracji czy to we własnym kraju…I jak bardzo źle owa marginalizacja się kończy.
Syn kucharza bowiem , mimo kilku lat spędzonych na ciężkiej i nielegalnej, dodajmy, pracy w Stanach, nie był ani razu w żadnej z wymienionych przez przewodniki, atrakcji turystycznej. Jego życie polega na zacharowywaniu się bez żadnych świadczeń socjalnych, ciułaniu pieniędzy i uciekaniu przed urzędem emigracyjnym.
Z kolei w Kalimpangu powstają tarcia na tle narodowościowym. I nagle okazuje się, że jak zawsze, zwycięża siła i przemoc, nie dialog i próba porozumienia się. I oto dawni przyjaciele przestają się poznawać i pozdrawiać na ulicach a kochankowie są w stanie zmienić się we wrogów.
W mojej opinii Kiran Desai udało się uniknąć popełnienia książki pełnej ckliwości i zbędnego dramatyzmu. Udało jej się napisać książkę, w której na podstawie losów garstki ludzi , udaje nam się zadać sobie samym pewne ważne pytania, udzielić sobie na nie odpowiedzi i zrozumieć, że jedno, co jest ważniejsze w życiu, to poczucie godności i szacunek do samego siebie i swoich współbraci.
Nie dziwię się , że starsza ode mnie tylko o 5 lat Desai, otrzymała za tę książkę ważną nagrodę Bookera w 2006 roku. Uważam, że nagroda należała się jej jak najbardziej.
Książkę polecam!
przysłowie mandżurskie…
…usłyszałam w Jedynce, a że jest prawdziwe (ja w ogóle uwielbiam przysłowia, mówiłam kiedyś? lubię poznawać przysłowia innych narodów), więc i z Wami się nim dzielę.
"Dobre słowo zawiera ciepło wystarczające na trzy zimy, złe słowo może dotknąć jak sześć miesięcy mrozu".
Życiowe, prawda?
