małe rocznice…

Dzisiaj mija równo 5 lat, jak mieszkamy na Kabatach. I , jak to bywa w przypadku ważnych z tych czy innych przyczyn dni dla człowieka, pamiętam dokładnie, jak on nam mijał.
Nawet pamiętam, że nie padało, bo się cieszyliśmy, że właśnie w deszczu nie będziemy wynosić rzeczy…Deszcz zaczął się następnego dnia i laaaaałoooooo….całą jesień.
Pamiętam, z jakimi nadziejami się tu wprowadzaliśmy. I jak niewiele z tego, na co wtedy liczyłam, się spełniło, niestety.
Po pięciu latach stwierdzam, że dalej nie umiem się tu do końca zagnieździć. Z drugiej strony, obawiam się, że w każdym nowym miejscu gdzieś tam mogłabym mieć problem. Najmniej zapewne na Żoliborzu, bo tam zwyczajnie znamy stare kąty, ale kiedy szukaliśmy mieszkania, po pierwsze nic ciekawego tam się nie budowało, a po drugie, ta okolica wydała nam się wtedy najbardziej OK.
Nie mówię, że jestem jakoś bardzo zawiedziona, pewnie w normie. I wiem, że na moje odczucia wpływa jakoś fakt, że nie mamy tu za wielu znajomych, czasem, jak się przejdziemy na spotkanie kabatczyków, ale jakoś tak, żeby mieć z kim wyskoczyć na piwko, to nie. Trudno jest nawiązać znajomości nie mając dzieci i psów, stwierdzam. A może to ja taki dzikus jestem, też możliwe.
Na moje negatywne odczucia na pewno wpływ mają też sąsiedzi nad nami, którzy po dwóch cudownych latach spędzonych w ciszy wprowadzili się i oto o pojęciu cisza możemy zapomnieć.
Nigdy więcej mieszkania z innym nad, zawsze ostatnie piętro.
Albo dom. Kiedyś. Bardzo kiedyś, bo teraz to opcja wyniesienia się niemal na wieś, co mi osobiście nie pasuje.
Nic to, tak mi się przypomina co roku o tej porze ten dzień,kiedy wprowadzaliśmy się z taką nadzieją…..

kochana mamusiu…

powinien zaczynać się list współczesnych dzieci (mam nadzieję, że jednak mniejszości), nie podawaj mi środków uspokajających, jeśli chcesz wyjść poimprezować z tatusiem, czy pobzykać się z nim w spokoju. Możesz naprawdę wydać te parę Euro czy Funtów na opiekunkę. Lepsze to, niż mnie zabić a potem zrobić międzynarodowy cyrk.

Link do artykułu, który mnie zainspirował:
http://fakty.interia.pl/prasa/news/przelom-w-sprawie-zaginiecia-madeleine,975055

I teraz pytanie…ciekawe, czy znajdą się wystarczające dowody na to, co się zapewne stało. Tak naprawdę, to już dawno powinno się tak, a nie inaczej skierować śledztwo, niestety, jak wiemy, w przypadku zaginięć dzieci statystycznie sprawcą porwania czy mordu w sporej części okazuje się ktoś z najbliższego otoczenia dziecka, jak rodzice na przykład.

Jak wyglądało to tutaj? Zobaczymy. Śledztwo trwa. Być może "święci’ niedługo zlecą z piedestału.
Słyszałam od kogoś z Anglii, że ludzie tam oburzeni. A niby czym? Tym, że policja i śledczy chcą wykonywać swoją pracę poprawnie? że nie zakładają z góry, że jak mamunia, to już, od razu niewinna? A niby dlaczego?
Już kiedyś pisałam o syndromie Munchausena, więc nie jest to przecież wyssane z palca.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, jakie były ewentualne motywy mamuni, która miała ochotę się zabawić i karmiła dzieci (wszystkie) środkami uspokającymi…

Raz trafiliśmy do hotelu, w którym większość stanowili Anglicy i od tej pory nigdy więcej. Nie wspominam o tych, którzy chleli na umór (przy nich Polacy wydają się być abstynentami), ale o tych ich dzieciach targanych ze sobą na te długonocne posiadówy przy alkoholu właśnie …a dzieci mają całą masę, mnożą się raczej na potęgę, więc przy takim stoliku często gęsto jeden wózek a i jakiś ledwo co łazikujący dzieciak przy nodze. No, ale lepsze to, niż przedawkować leki uspokajające, czyż nie?

Nie wiem, jak będzie, co się okaże prawdą, a czy nie. Faktem pozostaje jednak to, że zdaje się, że coś w tej sprawie mocno śmierdzi i mam nadzieję, że nie zostaną wystosowane noty mające na celu ukrócenie działań przeciw rodzicom tylko i wyłącznie dlatego, że rodzicami właśnie są (co nie czyni ich nieskazitelnymi).

I tylko dzieciaka w tym wszystkim strasznie żal…

Egzotyki na pocztówkach ciąg dalszy…

…czyli dzisiaj otrzymałam pocztówkę z Kuala Lumpur (nie miałam w kolekcji!), ale także  z greckiej wyspy Nissyros, czym nadawcy (czynie?:) zrobiły mi wielką radość!
Także otrzymałam książkę od Judytty, zachwalaną na jej i Shalu blogu książkę "Jaskółka i Koliber" Santa Montefiore. Już sobie na nią ostrzę zęby;))

Poza tym, Engo, dostałam Twój email i wysłałam Ci również z gmailowego adresu  swój adres pocztowy, więc może mi ta kartka jednak będzie mi pisana;))

Jak nie dojdzie, to znaczy, że nie;))

Miłego wieczoru wszystkim…

a poczta siedzi i…

…chyba kur…a owija je w te sreberka. Czyli, narastająca frustracja związana z tą instytucją. We wtorek! wysłałam pocztówki do niektórych znajomych , z Monachium, ale wysłałam z Warszawy. Wysłałam do Polski. W środę za granicę (mala_mi, między innymi do Ciebie). I coś widzę, że chyba mogę stracić nadzieję, że w Polsce podochodzą. Bo ile mają iść??? W piątek Strega dostała, o czym mnie nie omieszkała poinformować. W sobotę do Anglii (tam poczta działa chyba najlepiej, z tego, co widzę), wczoraj do Japonii. A do Was nie…aaaaa! czy mam zacząć wyć??
Kurde, co oni robią z tymi listami, czy pocztówkami, które nie dochodzą? Jedzą?
Chociaż nie już wiem. Podobno zaczął się sezon opałowy i niektórzy, tak, moi drodzy, gromadzą sobie rozmaitości, którymi potem opalają w domkach…
Osłabia mnie sytuacja z instytucją i nieustanna walka z nią w podstawowych sprawach, jaką jest dostarczenie zwykłych kartek, czy listów…….

Przechwaliłam też naszego nowego listonosza. Mam wrażenie, że po okresie wdrażania się, zaczął chodzić z listami z rzadka. A potem się dziwią, że ludzie wybierają emaile. No logiczne, jak mają nie wybierać??

tak, jestem…

…strachajłem i tego typu akcje, które miały miejsce 6 lat temu w Stanach a potem w Madrycie i Londynie, nie czynią mnie twardej, a raczej bardziej przestraszoną. Nic na to nie poradzę, że ten dzisiejszy świat mnie przeraża.
I tak, przyznaję się, gdzieś pod skórą jest we mnie lęk podczas jazdy metrem (konieczność , kiedy mieszka się na wsi Kabaty). Lotu samolotem się nie boję, bo wiem, że tam , w przestworzach nigdy nic złego mnie nie spotka.
I tak, dokładnie pamiętam, co robiłam 6 lat temu, są takie dni, które z tych, czy innych przyczyn zapamiętuje się na długo. Pamiętam, że byliśmy na pięknej Krecie, słońce grzało niemiłosiernie, cykady cykały, lazurowe morze kusiło swym ciepłem i to, co wydarzyło się tyle tysięcy kilometrów dalej wydawało się prawie niemożliwe. Tylko fakt, że ktoś nas o tym poinformował i po 10 dniach wakacji włączyliśmy odbiornik telewizyjny (nigdy nie oglądamy TV podczas wyjazdów), i na każdym kanale widzieliśmy ten sam przerażający widok, uświadomił nam, że to prawda. Pamiętam, że moją pierwszą myślą było to, że zacznie się wojna a my tu utkwiliśmy i że chciałam jak najszybciej być w domu, z bliskimi…
Świat stał się od wtedy dla mnie dużo mniej przyjazny, chociaż nigdy do najbardziej przyjacielskich nie należał…

sny mnie…

wczoraj i dzisiaj wymęczyły wręcz…znowu śnią mi się te, których nie lubię, jak ten o maturze, a raczej fakcie , że jestem tuż przed nią, wiem, że nic nie umiem i zdaję sobie sprawę, że jej nie zdam. Koszmar.
Dzisiaj też głupi sen miałam, wymęczył mnie, dla mnie taki sen, to dzień z głowy, głupie myśli tłuką się po głowie…
Nie wiem, może w tych snach odreagowywuję to, co się dzieje na jawie, ale osobiście wolałabym ich nie pamiętać…

„syndrom męża na emeryturze”.

Czyli, kolejny dobry dokument, jaki udało nam się obejrzeć. Dokument leciał na dwójce w późnych godzinach nocnych w czwartek, więc nagraliśmy i zobaczyliśmy wczoraj. No i naprawdę , nie mogliśmy się oderwać.
Został on wyprodukowany przez BBC i pokazywał kilka kobiet, które udały się do lekarza, który prowadzi badania nad tym syndromem, zdiagnozował go i tak właśnie nazwał. Sprawa dotyczy japońskich kobiet, które po całych dziesiątkach lat, kiedy są praktycznie same, gdyż oddani pracy mężowie w firmie spędzają każdy wolny czas (wliczamy w owo oddanie firmie wieczorne kolacje z kolegami z pracy, po których do domu dociera się późną nocą) zaczynają chorować w momencie, kiedy ich mężowie przechodzą na zasłużoną emeryturę.
Niektóre z nich nie wyobrażają sobie owego powrotu męża do domu do tego stopnia, że namawiają ich na przedłużenie czasu pracy albo właśnie zapadają na rozmaite choroby, których podłoże ma właśnie tło nerwowe. Jednym słowem, myśli o mężu w domu powoduje u nich nerwice natręctw czy też inne choroby…smutne to.

Pokazali kilka par, każda inna. W jednej mężczyzna wydawał się nie do końca rozumieć, o co chodzi, ale przynajmniej trochę próbował sytuację zmienić i polepszyć, szczególnie, od kiedy dowiedział się, że jego żona była tak zdesperowana, że zamierzała popełnić samobójstwo.
Drugi z nich był bardzo otwarty na współpracę i pomoc i stosował się do rad zalecanych przez terapeutę i , przyznam się, ten wzbudził we mnie najwięcej sympatii.
Trzeci zaś nie. Był to facet, który olał sprawę. Kupił sobie domek pod górą Fuji i stwierdził, że wynosi się tam. Mimo, że podobno w tej grupie wiekowej rozwody są w Japonii wciąż źle widziane, ich sytuacja nie różniła się w mojej opinii od sytuacji rozwodników, bowiem ich życie przestało mieć jakiekolwiek punkty wspólne, on w tym domku, ona w ich starym domu czy mieszkaniu w mieście.
Ten wyglądał mi na takiego, którego sytuacja wręcz cieszy, który sam chętnie uniknął dalszego życia z żoną.
Nawet mój Mąż oglądał ze mną ten dokument, mimo, że w planach miał ciekawą książkę, ale jak sam powiedział, nie był w stanie czytać, tak go to zainteresowało. Dokument bowiem był ciekawy.

Najlepsze jest, że nie można zwalać winy na tych mężów, nie, nie. To byłoby za proste.
Cała sytuacja w Japonii jest po prostu na tyle , dla nas, dziwna i skomplikowana, że prowadzi do powstawania właśnie owej sytuacji i wystąpienia "syndromu męża na emeryturze".

Kiedy bowiem ich europejscy rówieśnicy spędzali wolny czas w swoim małżeństwie, wychowując wspólnie dzieci, czy wyjeżdżając na wakacje, czy też spędzając czas ze znajomymi, tu praktycznie to nie istniało. Mąż w Japonii zarabiał na rodzinę, a więc oddawał się firmie a żona zostawała w domu, wychowywała dzieci, otrzymywała pieniądze, którymi rozporządzała. Nie widywała jednak zbyt często swojego męża, co doprowadzało, że poślubiony facet (często o czym autorzy filmu nie wspomnieli, są to zaaranżowane śluby) stawał się jej bardziej obcy, niż sprzedawca marchewki czy jabłek na rynku, na którym codzień robi zakupy.

Poza tym, popatrzyliśmy na nich ze smutkiem…Obserwujemy emerytów z różnych stron świata na naszych wyjazdach i widać, że ci ludzie w większości przypadków lubią się, lubią ze sobą przebywać, lubią spędzać ze sobą czas. Ale może właśnie dlatego, że i wcześniej mieli ów wspólny czas , jak również może czasem są dla siebie kolejnymi partnerami, po rozwodach właśnie…

Tak więc uwarunkowania narzucone z góry (czy mogę nazwać je uwarunkowaniami kulturowymi?? antropologicznymi??) doprowadzają w Japonii do wytworzenia się takiej sytuacji, która z kolei u niektórych powoduje ów syndrom.
Co ciekawe, powiedzieli na końcu, że w niedalekiej przyszłości ma zmienić się prawo rozwodowe i żony będą otrzymywały sporą część mężowskiej emerytury, nawet w przypadku rozwodu i przewidują, że wtedy jednak sądy zaczną mieć sporo pracy.
Jak będzie? Czas pokaże…

Dokument naprawdę był ciekawy i poruszający. Dobrze, że mogłam go obejrzeć.