Podróżując książkowo…

Wiecie, że umiem podróżować "z kimś" poprzez książkę, ciekawą stronę www czy wspomnienia w piśmie podróżniczym.

Dwa dni temu poprzez książkę zaczęłam zabawną podróż po Irlandii. A to za sprawą książki "Bar McCarthy’ego", Pete McCarthy’ego. Książka została wydana w wydaniu kieszonkowym, co obniżyło jej cenę i skłoniło mnie do zainteresowania się nią, a od niedawna ją czytam i naprawdę nieźle się bawię. Mam nadzieję, że do końca będzie tak samo zabawnie i przyjemnie. Nie jest to przewodnik z zadęciem, raczej pisana na wesoło podróż autora po Irlandii, kraju jego przodków, za to podoba mi się zabawny styl, poczucie humoru i obserwacje autora.
Jeśli macie chęć na coś lżejszego, co Was rozbawi, myślę, że mogę to polecić.

Przy czym autor ujął mnie swoją teorią na temat pamięci genetycznej, może inaczej, teorię tę znam już, więc nie on ją stworzył, ale wydaje się jej wielkim wyznawcą a ja się z nim zgadzam, bo mam dokładnie takie same myśli, kiedy płaczę podczas powrotu z Grecji do Polski …

Dla zainteresowanych, kilka fragmentów książki (wydana przez "Wydawnictwo Książnica" w 2004 roku).

"(…) Teraz, gdy wracam do Irlandii , mam wrażenie, że tu jest moje miejsce, że jakimś dziwnym trafem nigdy nie należałem do świata, w którym się urodziłem".

I :

"Zastanawiam się więc nad czymś takim: czy istnieje genetyczna pamięć miejsc, w których nigdy się nie mieszkało a skąd pochodzili przodkowie?".

filmowo, to wciągnęłam się ostatnio w…

"Uwaga, faceci" (Men in trees). Właśnie, że tak;) Miałam ochotę na coś lekkiego, śmiesznego i voila. W dodatku akcja dzieje się na Alasce, a to ze względu na to, że za chwilę będziemy mieć tam członków rodziny (właśnie przedzierają się przez odludzia Kanady w kierunku ww), z tym większym zainteresowaniem oglądam. I , jak to było w przypadku "Przystanku Alaska" wygląda na to, że te małe alaskańskie społeczności potrafią się ze sobą trzymać. Mam nadzieję, że to nie tylko "do filmu".
W ogóle, to nie wiem, czy wiecie, pewnie ci, co czytają bardziej moje książkowe wynurzenia, ale w Ameryce pociąga mnie właśnie prowincja…Im bardziej pipidówkowo, tym bardziej mnie kręci…Nie wiem, coś jest takiego, że Nowy Jork, czy Chicago mnie nie kręci jak takie właśnie małe miasteczko, miejscowość raczej, z dwiema uliczkami na krzyż, przy których mieszczą się miejscowy bar knajpka, sklep spożywczy i fryzjer. Pamiętacie "Stalowe Magnolie"? no właśnie, takie klimaty lubię. Dlatego pewnie lubię wszystkie te filmy w stylu wyżej wymienionego, ale i "Obietnicę" z Jackiem Nicholsonem , "Bezsenność" z Alem Pacino, gdzie wątek kryminalny toczy się właśnie w małej, zamkniętej społeczności a przynajmniej właśnie w pozornie odciętej od wielkiego świata miejscowości, w której pozornie nie dzieje się nic, aż do tego typu sprawy, kiedy spokojne, nudnawe może nawet życie mieszkańców zostaje wywrócone do góry nogami.
Podobnie ma się rzecz z horrorami czy thrillerami Kinga, które właśnie uwielbiam za przedstawienie w niezykły sposób prowincji, zamkniętych małych społeczności.
"Przystanek Alaska" czy "Uwaga , faceci" jest raczej na wesoło, więc to jeszcze inna grupa filmów z prowincją amerykańską w tle.

A może przychodzi Wam do głowy jakiś film czy książka z amerykańską prowincją w tle? Chętnie zanotuję tytuły…