…tym razem z Irlandii, wczoraj otrzymany. Strasznieśmy się ze znajomymi długo nie widzieli, jakoś się terminy nie zgrywały, a to my się pchnęliśmy na wakacje a to im coś nie pasowało. No, ale wczoraj wreszcie spotkaliśmy się na japońskiej kolacji i było miło…Na lodówkę przybył jak wspomniałam magnes, tym razem z zielonego kraju, oczywiście właśnie w zielonym kolorze, z dziewczynką, która tańczy ich słynny irlandzki taniec, a także otrzymałam muszlę z Chorwacji, z Korculi konkretnie, o którą prosiłam do mojego muszlowego zbioru…podobno nie jest tam o muszlę łatwo…
Zbiór na lodówce się powiększa, jako, że tydzień temu otrzymaliśmy chodaki z Holandii, właśnie na lodówkę jako magnesik.
„Jaskółka i Koliber”. Santa Montefiore.
Czyli, jak "pochłonęłam" książkę od Judytty…wciągnęła mnie ona niezmiernie, do tego stopnia, że mam wrażenie, że jakaś moja część oddzieliła się ode mnie i ją czytała, podczas kiedy pozostała wczoraj krzątała się przy sprawach domowych a wieczorem zdołała wyrwać się z P. i znajomymi do knajpki na kolację…
"Jaskółka i Koliber" została wydana w Świecie Książki w serii "Magnolie", którą to serię lubię aczkolwiek, jak pisałam do Judytty, szkoda, że takie drogie mają te książki w Świecie Książki.
Książka, to taki romans, ale nie romans, bowiem obok wątków miłosnych, których jest kilka, mamy znakomicie oddane tło obyczajowe. Poznajemy Anglię, a raczej jej prowincję , powojenną z jej mieszkańcami, ich wadami i zaletami.
Książka opowiada o Ricie i Georgu, który spędził ostatnie trzy lata na wojnie, jako lotnik RAF’u. Obiecawszy dziewczynie wspólne życie pozostawił ją czekającą na niego wiernie w małej nadmorskiej miejscowości. Ponieważ rodziny młodych przyjaźniły się, Ricie łatwiej było znieść mękę rozstania i lęk o ukochanego. I oto nadchodzi dzień, w którym ukochany George powraca aby zacząć z nią nowe, szczęśliwsze życie.
Jednak, jak to w życiu, niestety, nie wszystko toczy się według planów i marzeń i oto George odkrywa, że mała miejscowość zaczyna go przyduszać, a koszmary wojenne męczą. Co gorsza, George odkrywa, że chyba nie ma ochoty spędzać życia z Ritą. Decyduje się wyjechać na rok do rodziny, do Argentyny, aby, jak ma gdzieś podskórnie nadzieję, odnaleźć sens życia, zrozumieć, co w jego życiu jest ważne. Jeszcze sam siebie łudząc i oszukując, przed wyjazdem zaręcza się z nią, aby praktycznie dość szybko potem zrozumieć, że to nie to i że nie zdecyduje się z nią związać. Dodam do tego poznaną na statku do Argentyny tajemniczą, oszpeconą w pewien sposób kobietę, która zaintryguje George’a do tego stopnia, iż wspomnienie Rity zblaknie zupełnie…
Od tej pory rzeczy dzieją się tak, jak w życiu, jest słodko gorzko, jednym, tym, którym wydawało się, że w życiu nie powiedzie się, nagle zaczyna iść, jak z płatka, innym zaś życie rzuca pod nogi kłody. W tym wszystkim toczy się życie Rity, porzuconej narzeczonej, która pozostaje wierna swojemu ukochanemu, nie umie o nim zapomnieć i nawet nie chce.
Przyznam się,że postać Rity drażniła mnie. Nie lubię osób, które oddają się jednej jedynej miłości, kiedy ta wypina się na nie i oddala szybkim krokiem. Irytuje mnie rozpamiętywanie latami dawnej , przeszłej miłości, co czyniła przez całą niemal książkę Rita…jednak i ona jest prawdziwa, bowiem wiemy, że takie osoby naprawdę istnieją, dają się omotać często wyidealizowanemu obrazowi niespełnionej miłości i są w stanie zmarnować własne życie na własne poniekad życzenie.
Jednak książka napisana jest ciekawie, wciąga. To taka kobieca literatura, ale według mnie na dobrym poziomie. Miałam ochotę na tego typu książkę, jako, że lubię takie opowieści o zdawałoby się, zwykłych ludziach, których losy układają się jednak w niezwykłe na ogół scenariusze. Lubię scenerie małych miejscowości, prowincji, która, o dziwo, często umie podkreślić ważkie sprawy i problemy w sposób wyraźniejszy, niż można zobaczyć to w anonimowym mieście.
Chętnym na tego typu książkę, mogę ją śmiało polecić.
