Dzisiaj mija równo 5 lat, jak mieszkamy na Kabatach. I , jak to bywa w przypadku ważnych z tych czy innych przyczyn dni dla człowieka, pamiętam dokładnie, jak on nam mijał.
Nawet pamiętam, że nie padało, bo się cieszyliśmy, że właśnie w deszczu nie będziemy wynosić rzeczy…Deszcz zaczął się następnego dnia i laaaaałoooooo….całą jesień.
Pamiętam, z jakimi nadziejami się tu wprowadzaliśmy. I jak niewiele z tego, na co wtedy liczyłam, się spełniło, niestety.
Po pięciu latach stwierdzam, że dalej nie umiem się tu do końca zagnieździć. Z drugiej strony, obawiam się, że w każdym nowym miejscu gdzieś tam mogłabym mieć problem. Najmniej zapewne na Żoliborzu, bo tam zwyczajnie znamy stare kąty, ale kiedy szukaliśmy mieszkania, po pierwsze nic ciekawego tam się nie budowało, a po drugie, ta okolica wydała nam się wtedy najbardziej OK.
Nie mówię, że jestem jakoś bardzo zawiedziona, pewnie w normie. I wiem, że na moje odczucia wpływa jakoś fakt, że nie mamy tu za wielu znajomych, czasem, jak się przejdziemy na spotkanie kabatczyków, ale jakoś tak, żeby mieć z kim wyskoczyć na piwko, to nie. Trudno jest nawiązać znajomości nie mając dzieci i psów, stwierdzam. A może to ja taki dzikus jestem, też możliwe.
Na moje negatywne odczucia na pewno wpływ mają też sąsiedzi nad nami, którzy po dwóch cudownych latach spędzonych w ciszy wprowadzili się i oto o pojęciu cisza możemy zapomnieć.
Nigdy więcej mieszkania z innym nad, zawsze ostatnie piętro.
Albo dom. Kiedyś. Bardzo kiedyś, bo teraz to opcja wyniesienia się niemal na wieś, co mi osobiście nie pasuje.
Nic to, tak mi się przypomina co roku o tej porze ten dzień,kiedy wprowadzaliśmy się z taką nadzieją…..
