kto przysłał mi sms z bramki internetowej z pozdrowieniami z Wielkopolski? Pytam, bo wiem, że ktoś, komu sms z pozdrowieniami z Monachium słałam, bo za to podziękował, jednak nie podpisał się i nie wiem, kto to z Was;0)
A propos smsów, znowu dostałam omyłkowy:) Cudny. Przytoczę jednak tylko jedno zdanie, które w nim wystąpiło (obecnie pogoda za oknem taka, że się z nim zgadzam), a mianowicie padło tam stwierdzenie, że jest, cytuję "zimno, jak chuj z zamrażarki"…rotfl;))
Sankt Petersburg…
na wielu kartach (to nie są zwykłe pocztówki, to są megapocztówki;) do mnie dzisiaj dotarł…Dzięki! Dobrze też, że Rrooda, że uprzedziłaś, skąd będzie przesyłka, bo listonosz coś tam z numerkiem poleconego pokręcił i mimo, że imię, nazwisko i adres się zgadzał, to odniosłam wrażenie, że dopiero info, skąd ma być przesyłka (chodzi o insytucję) utwierdziło panią w okienku o tym, że ja to ja;))
Pocztówki (mega:) są świetne, bardzo mi się podobają, ale nie spodziewałam się aż tylu! Dzięki raz jeszcze…
Miasta z klimatem…
miasta z klimatem uwielbiam. W ogóle lubię miasta, ale te z tym czymś, tym, jak wcześniej napisałam, nieuchwytnym klimatem, które je tworzy, lubię szczególnie. Monachium zdecydowanie okazało się miastem z klimatem.
Przyznam się, że podobało mi się znacznie bardziej, niż Rzym na przykład;)
Wiem, że się pewnie niektórym narażę, ale trudno. Jest, jak jest.
Co mi się jeszcze podobało? A to, że uśmiech z twarzy zlazł mi, jak starty kredowy napis gąbką z tablicy, dopiero w Polsce, kiedy trafił nam się megagburowaty i niesympatyczny taksówkarz, który dobitnie przypomniał mi, że już jesteśmy w Polsce.
Przyznam się otwarcie, że jechałam do Niemiec pełna stereotypów. Jednak gdzieś tam na dnie pamięci się czaiły, mimo, że staram się stereotypy omijać szerokim łukiem. A jednak. Spodziewałam się ludzi w stylu piwko i kiełbaska, rubasznych nieco, pewnie w stosunku do siebie otwartych, a do innych , szczególnie obcych, niekoniecznie, raczej z grzeczną rezerwą. I oto nastąpiło totalne zaskoczenie. Na plus, oczywiście! Jak dotąd podejrzewałam, że ludzie mili są raczej w mniejszych miejscowościach, gdzie wiadomo, jakoś czas inaczej pędzi, mniej się spieszyć trzeba. a tu zaskoczenie. Na te 5 dni z kawałkiem, kiedy byliśmy, co i rusz spotykały nas dowody sympatii wręcz, miłych odezwań, niezlicznych uśmiechów, jakie tam ludzie wymieniają ze sobą, ot tak, po prostu, już po raz kolejny podkreślać nie muszę. Tak, czy siak, uśmiech, jak napisałam, zlazł mi z twarzy dopiero w Polsce.
Obcy ludzie odzywali się do nas. W większości (jestem z nas dumna;), rozumieliśmy, co mówią. Czasem pytali się, skąd jesteśmy, jeden kelner widząc nasz pośpiech (zjeść coś szybko i dalej wrócić do zwiedzania), radził nam spokój i relax;) bo oni się tu nie spieszą…Babcia, która przysiadła się na chwilkę na ławce, na której siedzieliśmy i jedliśmy lody, podnosząc się pożegnała się z nami życząc nam dobrego dnia. Chłopak karmiący kaczki w parku zagadnął nas , radząc się, czy to, co im podaje nie zaszkodzi im itd…
Drobiazgi? Może. Ale jakże obce tu u nas. Powiem tak…inny świat. Strasznie mi się spodobała ta ogólna uprzejmość i życzliwość. Fakt, że kiedy czekałam na P. wymieniającego pieniądze w banku, trzy nadchodzące osoby dopytały się, czy aby ja nie stoję w kolejce. Nieważne, że byłam od kolejki daleko (specjalnie, żeby właśnie przychodzący mogli stanąć). Ale przecież nic nie szkodzi się spytać, czyż nie? Kolejny drobiazg, który mi się spodobał…
Cóż jeszcze? Bardzo spodobało nam się to, że tam wieczorami życie wrze. Na mieście, w restauracjach zatłoczono. Lubię taki klimat i nie spodziewałam się takiego dość południowego klimatu właśnie w niemieckim mieście. Piwo leje się strumieniami, a pijanych czy agresywnych jakoś nie widać. Że nie wspomnę, że w piątek widzieliśmy podążających zgodnie kibiców dwóch przeciwnych drużyn na mecz…inny świat, że się powtórzę…inny świat…
To tyle pierwszych refleksji. Będę dopisywać;)
Acha, co do zwiedzania. Zwiedziliśmy więcej, niż sami przypuszczaliśmy, że nam się uda. Z planu, jaki był, nie dotarliśmy jedynie do Deutsche Museum, jako, że kolejka przed nim nie przypominała ani tej przed Luwrem, ani tej przed National Gallery (tu wierzę P. na słowo, jako, że ja w Londynie nie byłam).
