usłyszałam wczoraj nieprawdopodobna historię…

przyjaciółka moja mi to opowiedziała, a więc jest to fakt. Otóż w jej poprzedniej pracy, do koleżanki z zespołu odezwała się niewidziana nigdy rodzina z Brazylii. I to rodzina, jak się okazuje, bardzo bliska. Na odzywaniu się nie skończyło. Dziewczyna wzięła sporo urlopu i do tej Brazylii się wybrała, rodzinę poznała i kontakt pozostał.
I tak mnie naszły rozmaite refleksje. Zrządzeniem losu, który, jak wiemy, wymyśla najciekawsze scenariusze, mam rodzinę w Stanach (według prawa amerykańskiego moja babcią była Amerykanką), ale i we Francji. Obu rodzin na oczy nie widziałam, a oni nie mają pojęcia, że gdzieś tam w świecie, w takim dziwnym kraju nad Wisłą, żyje sobie ich krewna, w bliższy lub dalszy sposób.
Swego czasu łaziło za mną poważnie, żeby się zająć odszukaniem ich, o dziwo, chyba bardziej za mną "łaziła" ta francuska strona, ale …nawet nie wiem, jak do tego podejść. Sprawa (nie chcę pisać szczegółów), jest do tego stopnia skomplikowana, że nie chodzi tu już tylko o zwykłą genealogię a o coś bardziej zawiłego i pewnie trzeba by poszukać jakiegoś mega speca, który zapewne wziąłby za takie poszukiwania niezłą kasę. W dodatku, bałabym się, że taka poszukiwana rodzina zaczęłaby mieć jakieś niewłaściwe podejrzenia co do intencji poszukiwań. Spotkałam się już kiedyś z opowieścią o tym, jak ktoś poszukujący rodziny usłyszał, że "pewnie szuka, bo chce kasy albo wakacji za granicą", co nie było prawdą i w moim przypadku, oczywiście też w grę nie wchodzi…
Zazdroszczę tej dziewczynie, że ta rodzina ją odszukała , i że podjęła z nią kontakt…U nas te sprawy są tak zawiłe, że raczej nie mam szans…
I żyje sobie gdzieś dalej i bliżej jakaś część mojej rodziny, której nigdy nie poznam. Smutne.

pole maków…

musi zaczekać (pytanie, czy w ogóle dotrze)…wczoraj w skrzynce nie było. Marga, Babo, niepotrzebnie mi powiedziałaś, teraz nerwówy dostanę, jakbym mało miała innych stresów tutaj..
Na przyszłość, lepiej nie mów, bo widzisz, jak z tą moją pocztą jest…
Za to doszła kartka z Chorwacji, Korculi, od przyjaciół…Ładna okolica i delfiny nawet (muszę podpytać, czy są tam spotykane, zapewne, skoro na pocztówce występują).
Przyjemnie tak "popodróżować" chociażby poprzez pocztówkę;)

występy…

rozważania Margi, czy by nie wystapić w talkshow (przy okazji, zabawne, że cała historia zaczęła się od wpisu u Pasiwo;)…przypomniały mi moje własne występy…Taaaak…ja bowiem nawet dwa razy w TV się pojawiłam;) Raz , kiedy do naszego liceum przyjechała ekipa 5-10-15 i nakręciła w naszej klasie audycję, taką rozmowę o uczuciach, dlaczego boimy się odsłaniać prawdziwą twarz podczas związków,czy coś w ten deseń. Produkowałam się tam i coś opowiadałam do kamery. Hehe.
Drugi raz capnęli nas, to znaczy mnie i P. w dniu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Akurat byliśmy po zaręczynach, szczęśliwi , jak kot, co dorwał się do miski ze śmietanką, więc kiedy dopadła nas pani z włochatym mikrofonem i kiwając na kamerzystę spytała "Powiecie państwo, czemu wpłacacie pieniądze na WOŚP?" pokiwaliśmy głowami z uśmiechem "Oczywiście"…
Przy okazji, poszliśmy jako pierwsze wiadomości w "Wiadomościach" wieczornych tego dnia;)) i następnego dnia miałam okazję przekonać się, jak wiele osób jednak ogląda wieczorne, niedzielne wiadomości i jak pilnie je śledzi.
Jednak w żadnym talk show, czy innym tego typu wynalazku, siebie wywnętrzającej się nie widzę. Może dlatego, że zwierzenia generalnie przychodzą mi z trudem, a przynajmniej takie twarz w twarz …
A Wy? Mieliście jakieś akcenty medialne w swoim życiu?? Fajnie było?

przyzwyczajenie drugą naturą człowieka…

…czyli jakie wczoraj rozczarowanie przeżyłam wchodząc po 18.00 a raczej próbując wejść na forum gazety wyborczej.
Niestety, według mnie to porażka z ich strony, na całej linii.
Nie mogę wejść na forum z żadnej przeglądarki. Wysłałam do nich email z opisem sytuacji, ale podejrzewam, że mogę się nigdy odpowiedzi nie doczekać.

Po zalogowaniu się w mozilli dalej nie widzę ani for ulubionych ani nic. Po prostu, jak u Kononowicza, "i nie było już niczego"…

Gdyby nie to,że do for gazety w jakiś sposób się przyzwyczaiłam, to powiedziałabym, że mogę to olać, ale nie bardzo bo lubiłam tam zaglądać. Teraz, żeby odwiedzić ulubione forum mogę to robić wchodząc na fora jedynie przez własną wizytówkę na gazecie. Zbyt skomplikowany proces…

I tak sobie myślę, nie dość, że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, to w przypadku tych zmian zdecydowanie prawdziwe jest powiedzenie "lepsze wrogiem dobrego"…
Szkoda, że postanowili wprowadzić zmiany tak nagle i bez uprzedzenia. Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z braniem pod uwagę zdania użytkowników tego, badź co bądź, jednego z bardziej popularnych for na niecie. Chyba nie za bardzo…

„Poczet dziwów miejskich”. Krzysztof Piskorski.

Książka nabyta dla P. a okazuje się, że pierwsza ją przeczytałam. I tak, jak nie przepadam za fantasy, to polski jej odpowiednik całkiem mi pasuje, w końcu parę już książek wydanych przez Fabrykę Słów czytałam, a oni właśnie tego typu książki wydają i podobały mi się.

"Poczet dziwów miejskich" to zbiór dziesięciu opowiadań , w których rzeczywistość współczesna przeplata się z historią, także z elementami fantasy właśnie.
Mamy tu bowiem zamieszkujące miasto Wrocław gadające i żyjące gargulce, gadającego i posiadającego umiejętności magiczne kruka, także inne dziwadła i stwory, jak utopce, wodniki, ale i stwory anteny czy płytniki. Także ludzi, którzy są w stanie porozumieć się z tymi wszystkimi stworami.
Tak więc nie dziwią czytających czy to chatka na kurzej nóżce zamieszkana przez Babę Jagę, jak również czarownica zamieszkująca zwykłe M 2 w bloku, jak również różne działania zamieszkujących piekło diabłów…
Przy tym wszystkim widzę, że autor źle znosi obecną sytuację polityczną naszego kraju, czemu daje wyraz gdzieniegdzie z właściwym sobie poczuciem humoru.

Myślę, że lubiącym tego typu literaturę książka spodoba się.

„R-Point”, reż.Su-chang Kong.

Horror ze wschodu! W dodatku zupełnie dla mnie dotąd nieznany, bowiem horror wojenny, można by rzec. I bardzo mi się podobał! Nie ukrywam, że ciekawy opis na http://www.filmweb.pl , w którym wyczytałam, że podobno rzecz mogła mieć miejsca naprawdę , dodał mu według mnie , "smaczku"…

Choi Tea-in  zostaje wysłany z małym oddziałem na teren wyspy, noszącej miano R-Point. Jakiś czas temu został tam wysłany inny oddział, jednak żołnierze pół roku temu zostali uznani za martwych.Tymczasem drogą radiową zaczynają dochodzić od nich komunikaty oznajmiające jakoby mieli oni żyć.
Choi Tea-in zostaje więc wysłany przez Wojskowe Biuro Śledcze, w celu zbadania sytuacji na miejscu, odnalezienia żołnierzy żywych lub martwych i sprowadzeniu ich, a raczej ich ciał, do bazy.

Zaraz po przybyciu na wyspę oddział Choi Tea-ina natyka się na tajemniczy nagrobek, na którym odczytać można wykuty napis:
"Stąd nie ma powrotu: ten, kto przelewa krew innych, nigdy nie wróci".

Czy i kto wróci z tajemniczej wyprawy na niemniej tajemniczą wyspę, dowiedzą się ci, którzy po film sięgną.
Mnie się podobał, jednak wiem, że różnie to bywa, jednak miłośnikom horrorów powinien się spodobać.

„Trucizna”. Alex Kava.

Miał być powrót do książek Alex Kava’y, i miałam nadzieję, że jak na jej kryminalne czytadla, jak ja je nazywam, to będzie coś fajnego ale się tym razem zawiodłam. To ja już wolę te jej książki, w których występuje agentka o’ Dell…

Ta jakoś mi nie podeszła. W napięciu specjalnym mnie nie trzymała, zakończenie było, jak według mnie , przewidywalne, i ogólnie tak sobie. Postać głównej bohaterki jakoś mało zarysowana, dość blada, a szkoda. Wtedy ani się ją lubi (i martwi jej losami) albo nie (bo zła, czy ma wredny charakter). A tu nic. Jakoś mi tego zabrakło.
Szkoda.

Książka opowiada o Sabrinie Galloway, która zatrudnia się w firmie EcoEnergy, produkującej paliwo alternatywne z kurzych odpadów.
Sama firma szczyci się wymogami ekologii i tym, że żadne odpady nie mogą przedostać się do rzeki przepływającej koło zakładu, nic jednak bardziej mylnego, gdyż pewnego dnia Sabrina orientuje się , że do rzeki wpływają bardzo szkodliwe odpady. Jeśli dodać do tego, że odkrywa morderstwo popełnione na swoim niedawnych szefie to już mamy początek kryminału. Niestety, jak napisałam, nie jakoś bardzo wciąganjącego.
Mnie zawiódł;(

akcja jaskółka…

a raczej, akcja "oswabadzania jaskółki" miała u mnie dzisiaj miejsce na balkonie. Jaskółka wleciała, widać młodziutka, ledwie toto opierzone, sterczały jej te piórzyny , widać, młodziak…Niestety, zaczęła panikować i nie dość, że pchała się do mieszkania waląc w szybę, to widać było, że się denerwuje. Nie mniej zdenerwowałam się ja…..nie waliłam głową w szybę, ale  przejęłam się nią, bo zaczynała wyglądać na podenerwowaną.
Nie chciałam od razu jej łapać, więc starałam się ją pokierować  w stronę wylotu z balkonu. Prawie się udało. Robiąc po drodze kupsko na  siedziszcze balkonowe, jaskółka skierowała się na parapet . Niestety, na jego wewnętrzną stronę…A u nas jest tak, że parapet przedziela  coś w rodzaju szczebelków metalowych, które kończą się  prostopadłą do nich barierką. I jaskółka wykoncypowała, że się przez owe szczebelki przeciśnie. Niestety, chociaż wyglądała na  młodziaka, jednak trochę tego ciałka na niej był o i…wyglądało na to, że się klinuje. Gdyby nie to, że przeczuwałam, że się tym denerwuje, jej kokoszenie się , a raczej próba przedostania się byłaby nawet zabawna.
Wyszłam więc do niej z tekstem "No, jaskółka, co my z tobą zrobimy". Spojrzała na mnie czarnym, błyszczącym okiem, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. Następnie odwróciła łebek i spoglądała w dal…
Zastanawiałam się, jak zareaguje, kiedy wezmę ją w dłonie. Po doświadczeniach z kanarkiem, wiem, mniej więcej, jak ująć  ptaszka w dłoń (proszę  bez zbereźnych skojarzeń;))…
Ujęłam ją w złożone dłonie i nawet się zdziwiłam, bo nie latało jej jak opętane serduszko, a biło spokojnie. Wyjęłam ją nad barierkę a ona zrozumiała, że jest już dobrze, ćwierknęła, jakby chciała mi  powiedzieć, że "dziękuje za pomoc".
Otworzyłam złożone dłonie i wyfrunęła mi  z rąk…Pofrunęła spokojnym, pewnym lotem……..mam nadzieję, że nie będzie już więcej miała takich przygód…

63 lata…

temu wybuchło Powstanie Warszawskie.
Wiele teraz słychać głosów przeciw.
Ja zostałam wychowana w nurcie szacunku dla tych, którzy wtedy się sprzeciwili okupantowi i podjęli walkę. Nie umiem spoglądać na nich, jako na marzycieli, którzy niesłusznie podjęli nierówną walkę. A już szczególnie po ostatnio przeczytanym wywiadzie z Bartoszewskim…
Pewnie dlatego o 17.00 zadumam się nad tym, co wtedy się działo…