„Wszystko w czekoladzie”. Tatiana Polakowa.

Jeśli ta pani faktycznie przed pisaniem 14 lat spędziła pracując w przedszkolu, to widać w Rosji są zdecydowanie bardziej hartujące do życia przedszkola, niż u nas;)
A na serio, bywający u mnie wiedzą, że to, co rosyjskie, a szczególnie "noworosyjskie" mnie interesuje i dlatego zastrzygłam uszami, kiedy P. powiedział mi o tej książce.
Zamówiłam, pochłonęła mnie i podobała mi się bardzo.
Dobry, według mnie, oczywiście, kryminał, rozgrywający się w jakimś mieście w Rosji (nie Moskwie, ale sądzę, że którymś z większych, więc może w Sankt  Petersburgu?).

Mam nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się wydawać tę serię po kolei. We "Wszystko w czekoladzie" poznajemy bohaterkę , Olgę Riazencewę, i losy, które doprowadziły ją do tego a nie innego punktu i miejsca w jej zyciu.

Olga jest byłą kochanką prominenta i kandydującego właśnie polityka, zwanego "Dziadkiem". Na jego prośbę? a raczej rozkaz, rozpoczyna prywatne śledztwo. Śledztwo ma rozwiązać tajemnicę morderstwa popełnionego na jednej z prostytutek pracujących w klubie, który do "Dziadka" należy. Ktoś bardzo starał się , aby pokierować ślady w stronę "Dziadka" właśnie, Olga jednak nie może w to uwierzyć  i podejmuje się rozwiązać zagadkę. Po pewnym czasie, do miasta przybywa ściągnięty przez "Dziadka" spec z Moskwy, który ma za zadanie rozwiązać ową sprawę wraz z Olgą. Olga orientuje się, że spec ma do niej jakąś osobistą urazę, ale rozwiązanie jej poznamy dopiero pod koniec kryminału.

Współczesna Rosja ze wszystkimi jej grzeszkami, ciekawy pomysł na fabułę, interesująca bohaterka (nie mdła lala z blond lokami a raczej lekko alkoholizująca się dwudziestosiedmiolatka), wszystko to spowodowało, że książkę tę czytało mi się dobrze i szybko.
Miłośnikom kryminałów mogę polecić.

usłyszałam wczoraj nieprawdopodobna historię…

przyjaciółka moja mi to opowiedziała, a więc jest to fakt. Otóż w jej poprzedniej pracy, do koleżanki z zespołu odezwała się niewidziana nigdy rodzina z Brazylii. I to rodzina, jak się okazuje, bardzo bliska. Na odzywaniu się nie skończyło. Dziewczyna wzięła sporo urlopu i do tej Brazylii się wybrała, rodzinę poznała i kontakt pozostał.
I tak mnie naszły rozmaite refleksje. Zrządzeniem losu, który, jak wiemy, wymyśla najciekawsze scenariusze, mam rodzinę w Stanach (według prawa amerykańskiego moja babcią była Amerykanką), ale i we Francji. Obu rodzin na oczy nie widziałam, a oni nie mają pojęcia, że gdzieś tam w świecie, w takim dziwnym kraju nad Wisłą, żyje sobie ich krewna, w bliższy lub dalszy sposób.
Swego czasu łaziło za mną poważnie, żeby się zająć odszukaniem ich, o dziwo, chyba bardziej za mną "łaziła" ta francuska strona, ale …nawet nie wiem, jak do tego podejść. Sprawa (nie chcę pisać szczegółów), jest do tego stopnia skomplikowana, że nie chodzi tu już tylko o zwykłą genealogię a o coś bardziej zawiłego i pewnie trzeba by poszukać jakiegoś mega speca, który zapewne wziąłby za takie poszukiwania niezłą kasę. W dodatku, bałabym się, że taka poszukiwana rodzina zaczęłaby mieć jakieś niewłaściwe podejrzenia co do intencji poszukiwań. Spotkałam się już kiedyś z opowieścią o tym, jak ktoś poszukujący rodziny usłyszał, że "pewnie szuka, bo chce kasy albo wakacji za granicą", co nie było prawdą i w moim przypadku, oczywiście też w grę nie wchodzi…
Zazdroszczę tej dziewczynie, że ta rodzina ją odszukała , i że podjęła z nią kontakt…U nas te sprawy są tak zawiłe, że raczej nie mam szans…
I żyje sobie gdzieś dalej i bliżej jakaś część mojej rodziny, której nigdy nie poznam. Smutne.

pole maków…

musi zaczekać (pytanie, czy w ogóle dotrze)…wczoraj w skrzynce nie było. Marga, Babo, niepotrzebnie mi powiedziałaś, teraz nerwówy dostanę, jakbym mało miała innych stresów tutaj..
Na przyszłość, lepiej nie mów, bo widzisz, jak z tą moją pocztą jest…
Za to doszła kartka z Chorwacji, Korculi, od przyjaciół…Ładna okolica i delfiny nawet (muszę podpytać, czy są tam spotykane, zapewne, skoro na pocztówce występują).
Przyjemnie tak "popodróżować" chociażby poprzez pocztówkę;)